Connect with us

Uczyła ich Wanda Wąsowska

Sport i wyścigi

Uczyła ich Wanda Wąsowska

Wysłuchał: Piotr Dzięciołowski

Za jej spra­wą Andrzej Sałacki kupił pierw­sze­go ujeż­dże­nio­we­go konia, dzię­ki jej pomo­cy Maryla Zielińska ucie­kła z Polski a Rafał Czemier przy­no­sił jej na tre­nin­gi kanap­ki…

Pracowała w Sopocie, Warszawie, Wólce Pęcherskiej… Zaczynała jako asy­stent­ka Andrzeja Orłosia. Ilu uczniów mia­ła do tej pory? Tego nie wie nikt, nawet Ona sama. Trudno spa­mię­tać kil­ka­set nazwisk. Jednym dora­dza­ła tyl­ko spo­ra­dycz­nie, innym, na przy­kład nie­zna­jo­mym, wska­zy­wa­ła błę­dy, ot tak, z dobre­go ser­ca; tabu­ny jeźdź­ców tre­no­wa­ła regu­lar­nie, cały­mi lata­mi. Wszystkich wymie­nić nie spo­sób.
– Jeśli kogoś pomi­nę, to się obra­zi – mówi smut­nym gło­sem Wanda Wąsowska.
– Proszę się nie mar­twić, będzie na auto­ra… Zaczynamy:

Zofia Górska: tre­no­wa­ła WKKW u Andrzeja Orłosia, u mnie ujeż­dże­nie. Dosiadała Halbana, któ­ry nie­ste­ty abso­lut­nie nie nada­wał się do sko­ków, strą­cał prze­szko­dy, trud­no było liczyć, że pomo­że jeźdź­co­wi osią­gnąć suk­ces. Wywrócił się na prze­szko­dzie w lesie, Zosia zła­ma­ła krę­go­słup i dzie­więć mie­się­cy musia­ła leżeć plac­kiem na desce. Odwiedzałam ją w szpi­ta­lu; byłam zasko­czo­na jej dziel­no­ścią i opty­mi­zmem, nawet w tak trud­nych chwi­lach. Nigdy nie powie­dzia­ła, że zamie­rza zerwać z jeź­dziec­twem. I nie zerwa­ła! Wróciła do tre­nin­gów; ujeź­dzi­ła swo­je­go konia do kla­sy Intermédiaire.

Anna Piasecka: Najodważniejsza wuka­ka­wist­ka, jaką kie­dy­kol­wiek zna­łam. Świetnie radzi­ła sobie w sytu­acjach eks­tre­mal­nych. Szkoda, że na olim­pia­dę w Moskwie poje­cha­ła tyl­ko jako rezer­wo­wa, ale tre­ner kadry WKKW Andrzej Orłoś, usta­la­jąc skład naszej czte­ro­oso­bo­wej eki­py, popeł­nił kil­ka poważ­nych błę­dów. Obok Jacka Wierzchowieckiego i Mirosława Szłapki, zamiast wysta­wić Ankę i zna­ko­mi­te­go Piotra Piaseckiego, któ­re­go w ogó­le nie zabrał na igrzy­ska, doko­op­to­wał dwóch nie­do­świad­czo­nych jeźdź­ców, Jacka Daniluka i Stanisława Jasińskiego. Ci nie­ste­ty zawo­dów nie ukoń­czy­li.

Z Piotrem Piaseckim, Eugeniuszem Koczorskim oraz Sylwestrem Piotrowskim pro­wa­dzi­łam tre­nin­gi ujeż­dże­nio­we w Legii. Imponowało mi, że daję lek­cje uzna­nym zawod­ni­kom, wów­czas znacz­nie więk­szym ode mnie. Współpraca zna­ko­mi­cie nam się ukła­da­ła.

Danuta Darul-Niczyporuk: Wszechstronna, pra­co­wi­ta i sza­le­nie ambit­na. Trenowała sko­ki, WKKW i ujeż­dże­nie. Pamiętam, jak na tre­nin­gu dałam jej jed­ne­go z pię­ciu trzy­let­nich koni, któ­re dosta­łam do zajeż­dże­nia. W cią­gu pół godzi­ny spa­dła pięć razy. Spadała, wsia­da­ła, spa­da­ła… Nazajutrz mówię do niej: – Mam dla cie­bie dobrą wia­do­mość, weź­miesz inne­go konia. A ona w płacz: – Pani tre­ner, niech mi pani tego nie robi. Tamten jest świet­ny. I dosia­dła go, nie spa­da­jąc już ani razu. Po latach pomo­głam Danusi oraz jej mężo­wi Leszkowi kupić konia. Klacz Siwa oka­za­ła się dosko­na­łym wierz­chow­cem, Leszek zdo­był na niej wice­mi­strzo­stwo Polski w WKKW.

Maryla Zielińska: Kiedy pra­co­wa­łam w Sopocie i za spra­wą Czesława Górskiego zaczę­łam peł­nić funk­cję samo­dziel­ne­go tre­ne­ra, urzą­dzi­łam, jak­by­śmy to dziś powie­dzie­li, casting na zawod­ni­ków mojej staj­ni. Zgłosiła się wte­dy m.in. Marylka i – pre­zen­tu­jąc umie­jęt­no­ści – spa­dła. Zaczęła tak strasz­nie ryczeć, jak­by obdzie­ra­no ją ze skó­ry. Czym prę­dzej więc pod­bie­głam, spoj­rza­łam, a dziew­czy­nie w ułam­kach sekun­dy oko zni­ka­ło pod opu­chli­zną. Czegoś podob­ne­go nie widzia­łam nigdy wcze­śniej ani póź­niej. Niedobrze – pomy­śla­łam, trze­ba do leka­rza. Okazało się jed­nak, że Marylka nie pła­cze wca­le z powo­du oka, ale z oba­wy, że nie przyj­mę jej do mojej eki­py. Mało tego, że spa­dła, to jesz­cze mnie prze­pra­sza­ła. Przyjęłam ją, po pierw­sze dla­te­go, że jeden upa­dek o niczym nie świad­czy, po dru­gie spodo­bał mi się twar­dy cha­rak­ter dziew­czy­ny: boli oko, a myśli o tre­nin­gach. Miałam nosa. Zawodniczka doszła do kla­sy Intermédiaire. Była odda­na koniom bez resz­ty. Nigdy nie wyszła ze staj­ni przede mną, choć nie bra­ko­wa­ło jej codzien­nych rodzin­nych obo­wiąz­ków. Bardzo się zży­ły­śmy, a kie­dy zna­la­zła się w trud­nej sytu­acji, razem z moim mężem pomo­głam jej uciec do Niemiec. To były cza­sy, gdy nie trzy­ma­ło się pasz­por­tu w szu­fla­dzie…

Adam Tarnowski: pierw­szy zawod­nik dopro­wa­dzo­ny prze­ze mnie do Grand Prix. Pracowity i ambit­ny, moc­no prze­ży­wał nawet drob­ną poraż­kę. A poraż­ką było dla nie­go każ­de miej­sce poza podium. Jeździł na Wilkołaku; koń z racji bar­dzo sła­bych kopyt wyma­gał codzien­nych, żmud­nych zabie­gów pie­lę­gna­cyj­nych. Adaś dbał o nie­go jak o kogoś naj­bliż­sze­go. Kiedy prze­pro­wa­dził się do Niemiec, konia musiał zosta­wić – nie­ste­ty nie zna­lazł się nikt, kto by mu w tej opie­ce dorów­nał. Stan kopyt pogar­szał się z tygo­dnia na tydzień. To był koniec spor­to­wej przy­go­dy Wilkołaka.

Trenowałam też żonę Adama, Violettę Kłos-Tarnowską, któ­ra wyróż­nia­ła się nie­by­wa­łą deli­kat­no­ścią w pro­wa­dze­niu konia z sio­dła. Klacz, któ­rej dosia­da­ła, uwiel­bia­ła ją; to było widać na pierw­szy rzut oka. Kiedy Violetta musia­ła na pewien czas prze­rwać tre­nin­gi, koń posmut­niał; pamię­tam ten jego tęsk­ny wzrok.

Marek Zabłocki: rów­nież doszedł do Grand Prix, tyle że już pod kie­run­kiem Bogusława Misztala, bo ja zdą­ży­łam prze­nieść się do Warszawy. Niesamowity chło­pak, brnął do celu, choć wyda­wa­ło­by się, że z racji trud­nej sytu­acji mate­rial­nej nie ma szans reali­zo­wać jeź­dziec­kiej pasji. On tym­cza­sem o 5 rano poma­gał ryba­kom zasta­wiać sie­ci i zara­biał w ten spo­sób na jed­ną, dwie lek­cje w sio­dle. Płacił bilo­nem, dwu­dzie­sto­gro­szów­ka­mi. Uwagę na nie­go, wła­śnie przez ten bilon, zwró­ci­ła moja cór­ka Agata, któ­ra na torze w Sopocie dora­bia­ła w cza­sie waka­cji sprze­da­wa­niem bile­tów. Któregoś dnia zapy­ta­ła, czy zgo­dzi­ła­bym się go uczyć, bo on taki mały, bied­ny, a bar­dzo by chciał. – Pewnie, że tak – odrze­kłam – ale nic za dar­mo. Stępował więc konie innych zawod­ni­ków, czy­ścił, zamia­tał w staj­ni – w zamian tre­no­wał, i to jak solid­nie!

Andrzej Sałacki: pozna­li­śmy się w 1978 roku w Książu na zgru­po­wa­niu, któ­re pro­wa­dził Wolfgang Müller. Andrzej przy­je­chał tam jako sko­czek, ale cią­gle za mną cho­dził, pro­sząc o indy­wi­du­al­ne lek­cje. Zgodziłam się i tre­no­wa­łam go wie­czo­ra­mi na kla­czy Kielcza. Koń przy­padł mu do gustu, choć nie był jesz­cze przy­go­to­wa­ny do wyso­kie­go stop­nia ujeż­dże­nia. Któregoś dnia Andrzej oznaj­mił, że chęt­nie by go kupił. Było mi to nie na rękę. Miałam wobec tej kla­czy zupeł­nie inne pla­ny, ale że nie nale­ża­ła do mnie, a do stad­ni­ny w Rzecznej, obie­ca­łam spy­tać, ile za nią chcą. Wycenili na 40 tysię­cy. Andrzejowi powie­dzia­łam, że na 100 tysię­cy. On, ku moje­mu kom­plet­ne­mu zasko­cze­niu, odrzekł: dobrze! I tak roz­po­czął swo­ją ujeż­dże­nio­wą przy­go­dę. Myślę, że nigdy nie miał do mnie żalu, że za Kielczę prze­pła­cił. Najlepszy dowód, że kie­dy we Wrocławiu zdo­był zło­ty medal (na koniu Mytrop), to wyca­ło­wał mnie jako pierw­szą.

Katarzyna Milczarek: jed­na z dwu, obok Anny Bienias, moich naj­ja­śniej­szych gwiazd. Wyjątkowo zacię­ta i wyma­ga­ją­ca po pierw­sze od sie­bie, po dru­gie od konia, po trze­cie od tre­ne­ra. Niespożyte siły. Bez wzglę­du na to, ile cza­su spę­dzi­ła dane­go dnia w sio­dle, męczy­ła mnie, by jesz­cze poćwi­czyć dosiad na lon­ży. Wiedziała, co czy­ni. Doszła do per­fek­cji, osią­gnę­ła świa­to­wy poziom, sama przy­go­to­wa­ła do Grand Prix 16 koni!
Pamiętam, jak jeź­dzi­łam po nią moim malu­chem i zabie­ra­łam na tre­nin­gi. Kiedy Kasia zda­ła egza­min na pra­wo jaz­dy, zamie­nia­ły­śmy się miej­sca­mi: ona pro­wa­dzi­ła, a ja w tym cza­sie robi­łam sobie maki­jaż. Wygoda z taką ama­zon­ką, co z samo­cho­dem radzi sobie tak samo dobrze jak z koniem.
Joanna Cieplak przy­szła do mnie z Rewii Konnej, nie­źle już jeź­dzi­ła. Wraz z Kasią Milczarek zgar­nia­ły wszyst­kie pucha­ry i meda­le w zawo­dach na Mazowszu. Na tre­nin­gi do Miłosnej dojeż­dża­ła z Podkowy Leśnej, i to z prze­siad­ka­mi, kawał musia­ła iść pie­szo. Opuściła tyl­ko dwa tre­nin­gi… dwa w cią­gu dzie­się­ciu lat! Dosiadała Ikara, któ­ry na otwar­tej prze­strze­ni pono­sił, dla­te­go zresz­tą został wyco­fa­ny z WKKW. Nie pozwa­la­łam brać go w teren. Pewnego razu nie posłu­cha­ła i pod moją nie­obec­ność wzię­ła. Przychodzę naza­jutrz do staj­ni, a Asieńka z siń­ca­mi, otar­cia­mi; na koniu rów­nież jakieś zadra­pa­nia. Długo musia­łam nale­gać, by wresz­cie wyja­wi­ła, co się sta­ło. Otóż razem z Kasią Milczarek poje­cha­ły na mali­ny. W dro­dze powrot­nej Ikar poniósł, wywró­cił się i stąd te śla­dy na ama­zon­ce oraz wierz­chow­cu.
Kiedy kil­ka dni póź­niej orga­ni­zo­wa­łam gru­pę na prze­jażdż­kę w teren, sta­now­czo zabro­ni­łam jej jechać. Tak mnie jed­nak bła­ga­ła, że ule­głam. Kazałam tyl­ko zało­żyć czar­ną wodzę. Niestety nie pomo­gło. Ikar zno­wu poniósł i pędził pro­sto w stro­nę szo­sy. Zamarłam. Zaczęłam krzy­czeć na całe gar­dło: ewa­ku­uj się! Skoczyła, nic się nie sta­ło. Koń rów­nież bez­piecz­nie dobiegł do staj­ni. Odetchnęłam.

Anna Bienias: Cicha, spo­koj­na. Jako dwu­na­sto­lat­ka zaczę­ła tre­no­wać WKKW u Anny Piaseckiej. Potem tra­fi­ła do mnie. Przyszła z Ciosem, ogie­rem gene­ra­ła Wojciecha Jaruzelskiego, ale przy­dzie­li­łam jej Moderna, na któ­rym odnio­sła zwy­cię­stwo w Pradze. Z kolei na moim Pacyfiku wygra­ła Mistrzostwa Warszawy – byłam wów­czas jedy­ną tre­ner­ką, któ­ra poży­cza­ła uczniom swo­je konie. Z cza­sem zaczę­ła jeź­dzić na nale­żą­cym do mnie Celbancie. Nie przy­pusz­cza­łam, że Ania już po roku tre­nin­gów osią­gnie bar­dzo wyso­ki poziom. Celbant stał się jej pod­sta­wo­wym koniem, odno­si­ła z nim naj­więk­sze suk­ce­sy m.in. w kon­kur­sach ran­gi Grand Prix. Na moje 80. uro­dzi­ny dała na tym eme­ry­to­wa­nym 28-lat­ku(!) pokaz, wzbu­dza­jąc podziw i wzru­sze­nie gości. Dziękuję jej za to po raz kolej­ny!

Dorota Modlińska: Jak tyl­ko dowie­dzia­ła się, że pro­wa­dzę zaję­cia w Warszawie, zaraz do mnie przy­szła. Zjawiła się na moim tre­nin­gu z małym dziec­kiem, sta­nę­ła za ban­dą i przy­pa­try­wa­ła się w mil­cze­niu. Nie mia­łam poję­cia, kto to, ale pomy­śla­łam, niech sobie popa­trzy. W pew­nej chwi­li dziec­ko prze­tur­la­ło się pod barier­ką i wpa­dło na czwo­ro­bok, czym spło­szy­ło moje­go konia, Luksora. Ależ się sumi­to­wa­ła. Właśnie od prze­pro­sin zaczę­ła się nasza zna­jo­mość. Wkrótce zosta­ła moją asy­stent­ką, musia­łam tyl­ko „prze­ro­bić” ją ze skocz­ka na ujeż­dże­niow­ca. Na Damazym zali­czy­ła I kla­sę. Na Luksorze nato­miast mia­ła prze­za­baw­ną, choć groź­nie wyglą­da­ją­cą przy­go­dę. Otóż wystar­to­wa­ła w kon­kur­sie ran­gi św. Jerzego. Koń się prze­stra­szył i wsko­czył na podest, na któ­rym sie­dzie­li sędzio­wie: Kazimierz Wojtczak i Rozmaryna Morawska. Oboje fik­nę­li z krze­sła­mi, czym wywo­ła­li radość publicz­no­ści.

Katarzyna Kuczyńska: W Wólce Pęcherskiej, dokąd prze­nio­słam się z Legii, prze­ży­ły­śmy smut­ną przy­go­dę. Jedna ze źreb­nych kla­czy, Ironia, wsa­dzi­ła nogę w kra­ty i w żaden spo­sób nie mogła jej wycią­gnąć. Ruszyłyśmy na pomoc. W trak­cie sza­mo­ta­ni­ny zaczę­ła rodzić, nie­ste­ty gru­bo przed cza­sem. Źrebak padł, klacz uda­ło się ura­to­wać. Kasia odku­pi­ła ją i pod moim kie­run­kiem tre­no­wa­ła na niej ujeż­dże­nie. Była tak pra­co­wi­ta i sumien­na, że „kaza­ła” mi odby­wać z nią zaję­cia nawet wów­czas, gdy byłam po wypad­ku od pasa w gip­sie. Woziła mnie z domu na ujeż­dżal­nię i z powro­tem.

Tomasz Wardyński: nie­zwy­kle zaję­ty praw­nik; na lek­cjach spo­ty­ka­li­śmy się po dwu­dzie­stej trze­ciej; dopro­wa­dzi­łam go do Grand Prix. To bar­dzo dobry czło­wiek, poma­gał, gdy mia­łam poważ­ne kło­po­ty, dbał też o mnie pod­czas noc­nych tre­nin­gów: aże­bym nie mar­z­ła, poda­ro­wał mi kurt­kę pucho­wą i kami­zel­kę. Mam je do dziś.
Rafał Czemier: Poznaliśmy się w Rzecznej, gdy był dziec­kiem. Po latach nie­wi­dze­nia zja­wił się, nie­zwy­kle wytwor­ny, w Wólce Pęcherskiej i zapy­tał, czy mógł­by u mnie jeź­dzić. Pomogłam mu kupić konia, co wca­le pro­ste nie było, bo chłop jak dąb. Doszedł do kla­sy Grand Prix. Uczyłam go dłu­go, do jego wyjaz­du za gra­ni­cę. Wiedząc, że zawsze jestem głod­na, wzru­szał mnie, przy­no­sząc na tre­nin­gi jedze­nie. Mówił: cate­ring przy­je­chał.

Karolina Gogolińska: Może ktoś się zdzi­wi, że o tym mówię, ale to jed­na z tych zawod­ni­czek, któ­ra zawsze o swo­jej tre­ner­ce pamię­ta. Podkreśla przy każ­dej oka­zji, że to dzię­ki mnie zaczę­ła star­to­wać. Utrzymujemy ser­decz­ne kon­tak­ty, czę­sto jeż­dżę do ośrod­ka w Łodzi i pro­wa­dzę kon­sul­ta­cje z jej zawod­ni­ka­mi.

Barbara Niemczewska: nie­zwy­kle zdy­scy­pli­no­wa­na; od naj­młod­szych lat prze­ja­wia­ła zdol­no­ści peda­go­gicz­ne. Nie wyklu­cza­łam więc, że w przy­szło­ści może być nie tyl­ko dobrą zawod­nicz­ką, ale i tre­ner­ką. Nie omy­li­łam się: jest bar­dzo dobrą.

Ewa Iwaszkiewicz: Była wte­dy małą dziew­czyn­ką. Na wszyst­kie zaję­cia przy­cho­dzi­ła z wyjąt­ko­wo tro­skli­wą mamą; pani Iwaszkiewicz, choć poważ­nie cho­ra, nie opu­ści­ła z cór­ką ani jed­ne­go tre­nin­gu. Można więc powie­dzieć, że w dużej mie­rze wła­śnie dzię­ki mamie Ewa wygry­wa­ła na swo­im kucy­ku Forest Gump wszyst­ko, co tyl­ko wygrać mogła – w tym Mistrzostwa Polski i Puchar Polski. Gdy wyro­sła z kuca, prze­sia­dła się na Scheridana i też odno­si­ła suk­ce­sy. Zdobyła na nim m.in. srebr­ny medal Mistrzostw Polski.

Anna Deręgowska: zaczy­na­ła w klu­bie Delfin przy SGGW. Wysyłali ją na zawo­dy bez tre­ne­ra; kie­dyś przy­je­cha­ła do Sopotu. Zwróciłam na nią uwa­gę, że taka samot­na, a tak dziel­nie sobie radzi. Z cza­sem wzię­łam ją pod moje skrzy­dła.

Maria Pilichowska: Takich przy­gód się nie zapo­mi­na! Do Pragi na zawo­dy mię­dzy­na­ro­do­we poje­cha­ły­śmy samo­cho­dem, któ­ry Marysia kupi­ła kil­ka dni wcze­śniej. Auto mia­ło co praw­da bar­dzo mały prze­bieg, ale aż dwa­dzie­ścia lat. Kiedy je zoba­czy­łam, prze­ra­zi­łam się: w miej­scu, gdzie szy­by sty­ka­ją się z karo­se­rią, rósł mech! Nie chcia­łam kra­kać, więc nie podzie­li­łam się moimi oba­wa­mi. Podczepiłyśmy konio­wóz z dwo­ma koń­mi i w dro­gę. Po 120 kilo­me­trach samo­chód sta­je. Próbujemy napra­wić, ale prze­cież kom­plet­nie się na tym nie zna­my. Wtem z lasu wycho­dzi jakiś czło­wiek, oka­zu­je się mecha­ni­kiem. Cud! Raz dwa usu­wa uster­kę. Niestety po kolej­nych 100 kilo­me­trach pęka tyl­na oś. Wzywamy pomoc dro­go­wą, Maria wyda­je reszt­kę pie­nię­dzy. Po kil­ku godzi­nach auto mamy spraw­ne i ani nam w gło­wie wra­cać do Warszawy. Ledwie ruszy­ły­śmy, nawa­li­ła elek­try­ka. Z tru­dem docie­ra­my do gra­ni­cy, tam auto defi­ni­tyw­nie odma­wia posłu­szeń­stwa. Alarmujemy Vlastę Kadlecovą, mistrzy­nię kra­ju i gospo­dy­nię zawo­dów, któ­rej nota­be­ne czę­sto­kroć udzie­la­łam kon­sul­ta­cji. Vlasta wysy­ła po nas cię­ża­rów­kę. Zaprzęgamy konio­wóz oraz nasz wehi­kuł i na zawo­dy. Obie zaj­mu­je­my pierw­sze miej­sca, ja na swo­im koniu, Maria na swo­im. Zwycięstwo cie­szy, ale trze­ba prze­cież jakoś wró­cić do Warszawy. Okazuje się, że syn Vlasty zna się świet­nie na samo­cho­dach. Naprawia, ale nie mamy czym zapła­cić. Jedziemy więc do Wrocławia, poży­cza­my pie­nią­dze i wra­ca­my do Pragi. Po kolej­nych kil­ku­na­stu godzi­nach może­my wresz­cie wyspać się we wła­snych łóż­kach.

Halina Gronowska: Poznałam ją na kur­sie w Pińczowie. Była naj­lep­sza! Uczyłam ją ujeż­dże­nia, a ona… klę­ka­nia moje­go konia Sonara. Jest wybit­ną znaw­czy­nią psy­cho­lo­gii zwie­rząt. Potrafi roz­ma­wiać nie tyl­ko z koń­mi, ale nawet z pta­ka­mi i szczu­ra­mi! Coś nie­praw­do­po­dob­ne­go!

Weronika Ciechowska: jej konia Pita dopro­wa­dzi­łam do Grand Prix. W cią­gu roku nauczy­łam go wię­cej, niż zdo­ła­li moi poprzed­ni­cy przez wie­le, wie­le lat. Nie było zresz­tą łatwo, bo strze­lał z zadu przy każ­dej zmia­nie nóg. Znalazłam jed­nak na nie­go spo­sób: zamiast po dwie zmia­ny, musiał robić na tre­nin­gu trzy­dzie­ści. I prze­szło, jak ręką odjął. Jakiś czas temu byłam u Weroniki w USA, gdzie obec­nie miesz­ka. Dałyśmy tam pokaz.

Karolina Szulc, moja wnucz­ka. Na koniec muszę dwa sło­wa o niej powie­dzieć. Wróżę jej duże suk­ce­sy, zresz­tą nie tyl­ko ja. Kasia Milczarek twier­dzi, że wystar­czy poob­ser­wo­wać jej dosiad, by zauwa­żyć, w jak zna­ko­mi­tej utrzy­mu­je się rów­no­wa­dze z koniem. Wierzę, że jesz­cze o Karolinie usły­szy­my. Może nawet usły­sze­li­by­śmy coś dobre­go po tego­rocz­nych mistrzo­stwach junio­rów, ale ktoś mądry wymy­ślił orga­ni­za­cję zawo­dów na począt­ku czerw­ca, gdy to ostat­ni moment popra­wia­nia ocen przed koń­cem roku szkol­ne­go. Szkoda słów!

* * *

Wanda Wąsowska o swo­ich uczniach mogła­by napi­sać nie jed­ną, ale kil­ka ksią­żek. W takim tek­ście jak ten nie wszyst­ko da się zmie­ścić.
– Chce pan powie­dzieć, że koń­czy­my? Przecież nie wspo­mnia­łam jesz­cze o Beacie Beck, Małgorzacie Chałeła, Ilonie Cieślinskiej-Janas, Annie Fejlak, Marcie Gutowskiej, Bożenie Jachlewskiej, Dorocie Mazurek, Arturze Pawłowskim, Marcie Piaseckiej, Grażynie Polak, Kamili Rupiewicz, Dorocie Urbańskiej, Jolancie Żarskiej-Sułeckiej, Katarzynie Żurawskiej… Co ja im powiem, jak się spo­tka­my?
– Ustaliliśmy na począt­ku: będzie na auto­ra!

Więcej w Sport i wyścigi

Na górę