Connect with us

Przejrzeć na oczy

Wywiad

Przejrzeć na oczy

Rozmawiał: Michał Wierusz-Kowalski

Jednoczenie śro­do­wi­ska to żmud­ny pro­ces - wyma­ga nie lada wysił­ku, żeby wypra­co­wać wspól­ne dobro, ogól­ny sza­cu­nek dla sie­bie nawza­jem oraz jed­no­myśl­ność wobec waż­nych bran­żo­wych spraw. Tego powi­nien szu­kać świat koni - zjed­no­cze­nia. Zwycięstwa wspól­ne­go inte­re­su nad inte­re­si­ka­mi lokal­nych dema­go­gów, wataż­ków, pie­nia­czy. I sko­ro uda­ło się to ludziom od bydła, to może i konia­rze dadzą radę. Mówi o tym Leszek Hądzlik, pre­zy­dent Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka, wice­pre­zes Polskiego Związku Hodowców Koni i pre­zes Związku Hodowców Koni Wielkopolskich.

Jest Pan pre­zy­den­tem Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka, jed­no­cze­śnie wice­pre­ze­sem Polskiego Związku Hodowców Koni i pre­ze­sem Związku Hodowców Koni Wielkopolskich. Czym się róż­ni kro­wa od konia?
- Zasadniczo. Przede wszyst­kim gatun­kiem, pocho­dze­niem, ale i spo­so­bem użyt­ko­wa­nia. To są dwa odmien­ne zwie­rzę­ta – jed­no parzy­sto-, dru­gie nie­pa­rzy­sto­ko­pyt­ne, róż­ne korzy­ści pro­duk­to­we z nich pły­ną. Są nawet kon­ku­ren­cyj­ne w wyko­rzy­sta­niu powierzch­ni paszo­wych, choć sta­no­wią dosko­na­łe uzu­peł­nie­nie w rela­cjach gospo­dar­czych. Taki przy­naj­mniej jest obec­nie kie­ru­nek, bo wcze­śniej konie pra­co­wa­ły na roli, przy­go­to­wy­wa­ły paszę i poma­ga­ły roz­wo­zić ją bydłu, były środ­kiem trans­por­tu, part­ne­rem kar­micz­nym Homo sapiens i sym­bo­lem sta­tu­su. Natomiast teraz bydło przez pro­fi­ty, któ­re daje rol­nic­twu, awan­so­wa­ło w hie­rar­chii gospo­dar­czo-biz­ne­so­wej i raczej utrzy­mu­je konia…

Historia konia na tych zie­miach jest jed­nak znacz­nie dłuż­sza niż kro­wy.
- Myślę, że tak. Szczególnie takie bez­po­śred­nie użyt­ko­wa­nie, zży­cie się z nim, udo­mo­wie­nie. Koń wła­ści­wie był od same­go począt­ku z czło­wie­kiem. Na naszym tere­nie ujarz­mio­no koni­ka pol­skie­go. To on był przez wie­ki nie­od­łącz­nym przy­ja­cie­lem pol­skiej wsi, potem towa­rzy­szem na zawie­ru­chę wojen­ną, bez mała per­so­ni­fi­ko­wa­ną siłą robo­czą i środ­kiem komu­ni­ka­cyj­nym. Zaspokajał potrze­by kul­tu­ro­twór­cze i este­tycz­ne. Geneza poja­wie­nia się konia mię­dzy Bałtykiem a Tatrami wią­że się z peł­nym sen­ty­men­tu przy­wią­za­niem i zapo­trze­bo­wa­niem Polaka na kon­takt z tym zwie­rzę­ciem oraz pięk­ną sym­bio­zą, jaka ich łączy­ła. Tymczasem bydło jest z nami dłu­go, choć zawsze stric­te użyt­ko­wo, dalej od ogni­ska domo­we­go. Miało do wypeł­nie­nia zada­nia o cha­rak­te­rze spo­żyw­czo-gastro­no­micz­nym - naj­pierw mię­so, potem mle­ko i całe prze­twór­stwo. Choć przez chwi­lę kro­wa mia­ła z koniem wspól­ny mia­now­nik - słu­ży­ła na roli jako siła pocią­go­wa. Reasumując - koń był bli­żej ludz­kie­go ser­ca, ale kro­wa jest dzi­siaj waż­niej­sza, bo nas żywi!

Jak Pan znaj­du­je na to wszyst­ko czas, godzi te nie­ba­ga­tel­ne funk­cje?
- Nie jest łatwo, ale to wyszło z jakie­goś takie­go moje­go ogól­ne­go roz­pę­dze­nia orga­ni­za­cyj­ne­go. To pokło­sie pre­dys­po­zy­cji mene­dżer­skich; bez wzglę­du na dzie­dzi­nę, któ­rą się zaj­mo­wa­łem, zawsze było dużo robo­ty. Bez góry obo­wiąz­ków łyso się czu­łem i czu­ję, więc poświę­cam każ­dą wol­ną chwi­lę na dzia­łal­ność - jak nie zawo­do­wą, to spo­łecz­ną.
Konie oczy­wi­ście były miło­ścią numer jeden. Dla nich posze­dłem na zoo­tech­ni­kę, choć hob­by­stycz­nie gra­łem wów­czas w pił­kę noż­ną i pro­wa­dzi­łem dru­ży­nę na pozio­mie II i III ligi. Ponadto była pra­ca zwią­za­na z sek­to­rem rol­ni­czym. I tak stop­nio­wo przy­by­wa­ło pro­fe­sjo­nal­nych i para­pro­fe­sjo­nal­nych aktyw­no­ści zwią­za­nych zarów­no z bydłem, jak i koń­mi, np. wysta­wy na Służewcu. Udzielałem się chęt­nie, z entu­zja­zmem zała­twia­łem góry spraw za byłych dzia­ła­czy, pisa­łem spra­woz­da­nia itd. i tak mija­ły kolej­ne impre­zy, sym­po­zja, kon­fe­ren­cje, zjaz­dy, wysta­wy, kon­kur­sy, tar­gi, zawo­dy… W pew­nym momen­cie dostrze­żo­no moje pre­dys­po­zy­cje orga­ni­za­cyj­ne i wsią­kłem. Konie i bydło sta­ły się moim życiem. A żeby było cie­ka­wiej, z chwi­lą gdy zaczę­ły powsta­wać powia­ty, naj­pierw w 1998 r. zosta­łem pre­ze­sem Powiatowego Koła Hodowców Koni w Gostyniu. Nie wiem, jak to wyszło, w każ­dym razie, kie­dy w 2000 r. ówcze­sny pre­zes WZHK Jerzy Domański ustą­pił z przy­czyn zdro­wot­nych, to mimo wie­lu aspi­ru­ją­cych kan­dy­da­tów mnie na tę funk­cję namasz­czo­no. Jednocześnie byłem w zarzą­dzie Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka w Wielkopolsce, gdzie udzie­la­łem się od lat 80., np. przy wysta­wie w Pudliszkach. Powoli, ale kon­se­kwent­nie zbie­ra­łem bagaż doświad­czeń i to nań w pew­nym momen­cie ludzie posta­wi­li, wie­dzie­li, co sobą repre­zen­tu­ję.
W 2003 r., jako dele­gat na Walny Zjazd, dosta­łem pro­po­zy­cję kan­dy­do­wa­nia na pre­zy­den­ta pol­skiej fede­ra­cji. Wielu mi dziś nie wie­rzy, ale zgo­dzi­łem się dopie­ro za trze­cim podej­ściem, bo mia­łem świa­do­mość, że pod­ję­cie się pew­nych funk­cji pocią­ga za sobą zobo­wią­za­nia, a tego się oba­wia­łem. Bo dajesz się wybrać nie po to, żeby tyl­ko być, ale żeby coś kon­kret­ne­go robić. Wiedziałem, że jak w coś wej­dę, będzie to kosz­tem cza­su, rodzi­ny i innych spraw. Zwłaszcza że byłem pre­ze­sem WZHK i człon­kiem pre­zy­dium PZHK. Już wte­dy moimi codzien­ny­mi obo­wiąz­ka­mi mogłem obdzie­lić kil­ka osób.
Wtedy też zaczął się zmie­niać cha­rak­ter tych orga­ni­za­cji, a szcze­gól­nie Polskiej Federacji Hodowców Bydła. Z chwi­lą gdy zosta­łem pre­zy­den­tem, a byłem trze­cim z rzę­du w histo­rii tej orga­ni­za­cji, w fir­mie zatrud­nio­na była jed­na oso­ba - dyrek­tor biu­ra PFHB. Natomiast teraz jeste­śmy pra­co­daw­cą dla 2050 osób. Ponadto jeste­śmy posia­da­cza­mi pew­nych wła­sno­ści, mamy na wyłącz­ność powie­rzo­ne poszcze­gól­ne zada­nia, są ogrom­ne zobo­wią­za­nia, lecz i gigan­tycz­na fraj­da na fina­le.
Można powie­dzieć, że wpa­dłem w wir tej pra­cy. Nie jest lek­ko, acz­kol­wiek to, że zosta­nę na przy­szłą kaden­cję, daje satys­fak­cję i infor­ma­cję, że cie­szę się zaufa­niem i sza­cun­kiem, bo speł­niam ocze­ki­wa­nia wybor­ców. A to jest bar­dzo waż­ne.

Czy korzy­sta Pan z doświad­czeń każ­dej z orga­ni­za­cji w dzia­łal­no­ści pozo­sta­łych?
- Na pew­no tak. Byłoby błę­dem, a wręcz czy­stą głu­po­tą nie korzy­stać z tego, co poży­tecz­ne, spraw­dzo­ne, sku­tecz­ne. Naturalnie prze­szcze­piam tyl­ko pew­ne zasa­dy i roz­wią­za­nia logi­stycz­ne, bo nie ma co ukry­wać, że np. konia­rze zor­ga­ni­zo­wa­li się w samo­dziel­ną orga­ni­za­cję znacz­nie wcze­śniej niż bydla­rze. I to była dzia­łal­ność typo­wo związ­ko­wa. Zostałem pre­ze­sem powia­to­we­go koła, posta­wi­łem sobie pew­ne zada­nia, a następ­nie je efek­tyw­nie reali­zo­wa­łem, zapro­wa­dzi­łem porzą­dek w WZHK - wszyst­ko to spra­wi­ło, że hodow­cy bydła mi zaufa­li. To było fun­da­men­tem, szcze­gól­nie na począt­ku, gdy jesz­cze mało kto mnie znał, wybo­ru na sze­fa, któ­ry jest zdol­ny popro­wa­dzić ku nowe­mu taki twór, jak pol­ska fede­ra­cja.
Nie wsty­dzi­łem się zaraz na począt­ku powie­dzieć bez ogró­dek, że jestem rów­nież pre­ze­sem WZHK i spra­wy tego związ­ku tak­że leżą mi na ser­cu. To był new­ral­gicz­ny okres, kie­dy razem z dyrek­to­rem Andrzejem Stasiowskim, repre­zen­tu­jąc PZHK w Weronie, pre­ten­do­wa­li­śmy i byli­śmy przyj­mo­wa­ni do WBFSH. Szczęśliwie poczy­ta­no to za atut - z suk­ce­sem repre­zen­to­wa­łem inną orga­ni­za­cję, i to o dużym zna­cze­niu, któ­ra zosta­ła przy­ję­ta na świa­to­we salo­ny. To był pozy­tyw­ny koń­ski akcent, któ­ry ode­grał istot­ną rolę w mojej karie­rze. Konie dały mi kopa w górę!
Obycie, doświad­cze­nie z zebrań i spo­tkań, otar­cie się o pewien rodzaj funk­cjo­no­wa­nia, był bodź­cem do dal­szych kro­ków.

Krowy w naszym kra­ju mają się dziś znacz­nie lepiej niż konie, dla­cze­go?
- Różnie to bywa­ło w naj­now­szej histo­rii, bo w latach 80. czy 90. o tych, co zaj­mo­wa­li się hodow­lą bydła, mówio­no per patrio­ci, czy­li w domy­śle idio­ci, maso­chi­ści, samo­bój­cy, oczy­wi­ście w kon­tek­ście mate­rial­nym. Natomiast myślę, że pol­ska fede­ra­cja, któ­ra powsta­ła w 1995 r., stwo­rzy­ła bar­dzo solid­ne pod­wa­li­ny. Moi poprzed­ni­cy - Krzysztof Banasz i Andrzej Strzyżewski - podej­mo­wa­li traf­ne decy­zje, któ­re z upły­wem lat pozwo­li­ły naszej orga­ni­za­cji roz­wi­nąć skrzy­dła.
Podstawowym atu­tem sta­ła się kon­so­li­da­cja wszyst­kich związ­ków. Nie ma ani jed­ne­go związ­ku poza fede­ra­cją, w imię hasła - w jed­no­ści siła! Stanowimy jed­ną sil­ną orga­ni­za­cję o nazwie Polska Federacja Hodowców Bydła i Producentów Mleka. Element „i Producentów Mleka” doda­li­śmy z chwi­lą roz­po­czę­cia mojej kaden­cji. W ten spo­sób zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy bar­dzo sze­ro­ką gru­pę, lob­by któ­re­mu nikt nie pod­sko­czy, nie sta­nie oko­niem, nie zigno­ru­je, bowiem jeste­śmy repre­zen­tan­tem całe­go kra­ju. I to daje nam nie­sa­mo­wi­tą moc spraw­czą.
Bardzo czę­sto w roz­mo­wach ze zmie­nia­ją­cy­mi się mini­stra­mi ktoś pró­bu­je w imię poli­tycz­nej huc­py kogoś cyto­wać, odwo­ły­wać i porów­ny­wać do „kon­ku­ren­cji”, mówić o opo­zy­cji czy alter­na­ty­wie, odwra­cać kota ogo­nem, powo­łu­jąc się na jakieś wir­tu­al­ne sto­wa­rzy­sze­nia. Wtedy mogę śmia­ło zari­po­sto­wać, że nie ma innych, tyl­ko my jeste­śmy repre­zen­tan­tem śro­do­wi­ska hodow­ców bydła i pro­du­cen­tów mle­ka w Polsce. Inne orga­ni­za­cje, jeże­li nawet są, to mają zupeł­nie mar­gi­nal­ny cha­rak­ter.
W dobie wła­sno­ści spół­dziel­czej mle­czar­stwa nasi człon­ko­wie to pro­du­cen­ci, któ­rzy są jed­no­cze­śnie wła­ści­cie­la­mi tych­że mle­czar­ni, two­rząc ich rady nad­zor­cze, to dys­try­bu­to­rzy oraz zwar­ta sieć kapi­ta­ło­wa. I to ma swo­je prze­ło­że­nie na sze­ro­ką pro­duk­cję. Po połą­cze­niu ze struk­tu­ra­mi euro­pej­ski­mi i świa­to­wy­mi, bo nale­ży­my do wszyst­kich naj­bar­dziej wpły­wo­wych orga­ni­za­cji bran­żo­wych typu ICAR, INTERBUL, jeste­śmy jedy­nym tema­tycz­nym repre­zen­tan­tem tego 40-milio­no­we­go pań­stwa. Dzięki temu moż­li­we są ści­słe kon­tak­ty z inny­mi pro­du­cen­ta­mi i hodow­ca­mi, pozwa­la­ją sza­no­wać i respek­to­wać się wza­jem­nie, a jak potrze­ba - razem reago­wać na sytu­acje kry­zy­so­we. Te rela­cje są napraw­dę bar­dzo bli­skie, więc jak trze­ba, potra­fi­my się zor­ga­ni­zo­wać i wspól­nie, tam gdzie pra­wo się sta­no­wi, czy­li w UE, w Brukseli, wytwo­rzyć taki wspól­ny nacisk, że np. cena mle­ka rze­czy­wi­ście się bro­ni przed infla­cją. A było wie­lu takich, co lek­ce­wa­ży­ło tę naj­trud­niej­szą gałąź pro­duk­cji rol­nej, aż dotar­ło do nich, że nie moż­na nas ole­wać, dys­kry­mi­no­wać, sabo­to­wać, bo nie może tyl­ko hodow­ca bydła czy pro­du­cent mle­ka pono­sić kosz­tów nie­do­sko­na­ło­ści ryn­ku.
Dzisiaj nor­mal­ność ozna­cza soli­dar­ność biz­ne­so­wą róż­nych obsza­rów gospo­dar­czych. Wiem, że zaraz ktoś ze śro­do­wi­ska pro­du­cen­tów powie - kosz­ty pro­duk­cji sta­le rosną. Odpowiem - rosną wszę­dzie, ale my przy­naj­mniej mamy z cze­go zapła­cić. U nas pro­duk­cja mle­ka jest opła­cal­na. Może być bar­dziej lub mniej ren­tow­na, ale na pew­no jest. I co waż­ne, ma zdro­we per­spek­ty­wy. Stała się sta­bil­na, o co zawsze nam cho­dzi­ło. Nie żeby cena była na hura jak naj­wyż­sza, a sza­lo­ny jej wzrost zwia­sto­wał rychłe ban­kruc­two, tyl­ko żeby była sta­bil­na i obiek­tyw­nie opła­cal­na. Z ten­den­cją lek­kie­go wzro­stu. Żeby dawa­ła gwa­ran­cję bytu ludziom para­ją­cym się pro­duk­cją; poczy­nio­ne przez nich inwe­sty­cje mogą się dłu­go spła­cać, ale dają gwa­ran­cję zwro­tu, ergo - zapew­nia­ją spo­kój na codzień. Dziś notu­je­my powol­ny, ale dłu­go­fa­lo­wy wzrost. I siłę, któ­ra drze­mie w jed­no­ści. A ja jako pre­zy­dent mam jesz­cze siłę dzię­ki świa­do­mo­ści, że stoi za mną sen­sow­na uchwa­ła wal­ne­go zjaz­du czy wspar­cie roz­trop­ne­go zarzą­du.
Dzięki temu moż­li­we jest dba­nie o wspól­ne dobro - w tych trud­nych cza­sach fak­tem jest więź ludzi zrze­szo­nych w PFHBiPM, o któ­rych gospo­dar­stwa i biz­nes dba­my razem. Rozmawiając z kimś z bran­ży, czy to na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej, czy nawet kra­jo­wej, wyzna­ję z dumą, że jako hodow­cy bydła i pro­du­cen­ci mle­ka jeste­śmy wszy­scy part­ne­ra­mi. I zazdrosz­czą nam, że razem sta­no­wi­my zwar­tą siłę „kro­wie­go” inte­re­su, a nie jeste­śmy roz­la­ną bez­ład­nie mag­mą, któ­rą moż­na cynicz­nie mani­pu­lo­wać. Z przy­kro­ścią muszę stwier­dzić, że w koniach tego nie ma; w uko­cha­nych koniach tego mi bra­ku­je…
Pamiętajmy, tu prio­ry­te­tem jest eko­no­mi­ka. W bydle ska­la pro­duk­cji jest o wie­le więk­sza niż w koniach. Po pro­stu repre­zen­tu­je­my dużo więk­szy sek­tor biz­ne­su. Dlatego choć­by w pro­duk­cji mle­ka po stro­nie fun­du­szu pro­mo­cji mamy wszyst­kich swo­ich przed­sta­wi­cie­li. Inne bran­żo­we fun­du­sze nie mogą się tym pochwa­lić. Mało tego, przed­sta­wi­ciel izby rol­ni­czej jest człon­kiem PFHBiPM. Ponadto 70% spół­dziel­czych zakła­dów mle­czar­skich jest wła­sno­ścią pro­du­cen­tów mle­ka. Możemy robić to, co uwa­ża­my za słusz­ne, a naj­waż­niej­sze jest zado­wo­le­nie kon­su­men­ta - z tego pły­nie popyt i cena dla pro­du­cen­tów.
Konsolidacja wszyst­kim się opła­ca. Było miło, kie­dy mimo obiek­tyw­nie trud­nych cza­sów przy­je­cha­li do nas na kon­fe­ren­cję mię­dzy­na­ro­do­wą Kanadyjczycy czy Francuzi i prze­ka­zy­wa­li­śmy im swo­je doświad­cze­nia. Również tym, któ­rzy począt­ko­wo nie bar­dzo wie­rzy­li, że coś takie­go może w Polsce wyjść. Że na prze­kór obie­go­wej opi­nii Polacy potra­fią mówić jed­nym gło­sem. Wcześniej uzgad­nia­my, oczy­wi­ście począt­ko­wo róż­ni­my się zda­nia­mi, ale potra­fi­my wybrać naj­lep­sze sta­no­wi­sko, korzyst­ne dla wszyst­kich - więk­szość musi być zado­wo­lo­na. Mimo to dba­my też o tego naj­mniej­sze­go. Na Podkarpaciu czy w Małopolsce pro­si­li o zacho­wa­nie kwo­to­wa­nia, więc wszy­scy się na to zgo­dzi­li, bo chcie­li otwar­cia na słab­szych, choć nie byli tym zain­te­re­so­wa­ni. Daliśmy tym samym dowód uho­no­ro­wa­nia tych naj­mniej­szych, żeby czu­li się dobrze w naszym śro­do­wi­sku i zarzą­dzie. Bo dla mnie i moich kole­gów jest waż­ne, że oni są z nami, że jeste­śmy razem, duzi i mali.

Prezes Władysław Brejta mówi w wywia­dzie udzie­lo­nym do luto­we­go „Świata Koni” o koniecz­no­ści wpro­wa­dze­nia zmian w struk­tu­rze PZHK, i powo­łu­je się na przy­kład PFHBiPM. Na czym pole­ga suk­ces fede­ra­cji?
- Trudno mi kogoś pouczać, ale doświad­cze­nie PFHBiPM zde­cy­do­wa­nie prze­ma­wia za naszym sys­te­mem. Polega on na tym, że ist­nie­je struk­tu­ra związ­ków - ona jest naj­waż­niej­sza. Skupia wszyst­kie regio­nal­ne i byłe woje­wódz­kie orga­ni­za­cje oraz związ­ki raso­we o zasię­gu kra­jo­wym. I to cia­ło pro­po­nu­je regu­la­cje praw­ne, uchwa­la­ne przez wal­ny zjazd. Potem jako wyko­naw­ca wkra­cza zarząd. Na dziś liczy on 30 osób, ale mamy w pla­nach jesz­cze go powięk­szyć, bo przy­by­wa zrze­szo­nych związ­ków i rośnie licz­ba człon­ków, czy­li przed­sta­wi­cie­li poszcze­gól­nych grup inte­re­su, któ­rzy mają pra­wo mieć swo­ją repre­zen­ta­cję w cie­le decy­zyj­nym.
Na przy­kład Podlasie, któ­re jest naj­więk­szym związ­kiem, ma czte­rech przed­sta­wi­cie­li i nie­co mniej­sza Wielkopolska rów­nież czte­rech, ale tyl­ko dla­te­go, że ja, repre­zen­tu­jąc Wielkopolskę, jestem jed­no­cze­śnie pre­zy­den­tem. Udało nam się usta­lić roz­sąd­ne pro­por­cje i osią­gnąć kon­sen­su­al­ną rów­no­wa­gę. Natomiast pamię­taj­my, że za bez­po­śred­nie zarzą­dza­nie odpo­wie­dzial­ne jest 7-oso­bo­we pre­zy­dium.

Gdzie jesz­cze tkwi tajem­ni­ca Waszego powo­dze­nia?
- Jeśli cho­dzi o struk­tu­ry, wyko­naw­cą zadań jest biu­ro fede­ra­cji. Jest dyrek­tor, zastęp­ca i wszy­scy pra­cow­ni­cy z całe­go kra­ju, pod­le­ga­ją­cy bez­po­śred­nio cen­tra­li. Natomiast poszcze­gól­ne związ­ki na danym tere­nie są opi­nio­twór­cze. Jest oczy­wi­ście etap kon­sul­ta­cji uchwa­ły wal­ne­go zgro­ma­dze­nia, a następ­nie do akcji wkra­cza zarząd, któ­ry podej­mu­je wszyst­kie decy­zje. Robi to, do cze­go został upo­waż­nio­ny. Informacje napły­wa­ją­ce z całe­go tere­nu doty­czą nie­raz bar­dzo trud­nych decy­zji, np. czę­ścio­wej likwi­da­cji labo­ra­to­riów bada­nia mle­ka, ich reduk­cji z 7 do 4, ale posta­no­wie­nie wpro­wa­dza się w życie, bo więk­szość tak zde­cy­do­wa­ła.
Najważniejszą spra­wą jest wni­kli­wa, sto­ją­ca na naj­wyż­szym pozio­mie mery­to­rycz­no­ści oce­na hodow­cy bydła i pro­du­cen­ta mle­ka. Bez wzglę­du na struk­tu­ry. Prawidłowa oce­na krów jest dużym wspar­ciem. W przy­pad­ku koni jesz­cze więk­szym niż w bydle, bowiem docho­dzi tutaj wspar­cie oce­ny użyt­ko­wej na potrze­by ksiąg hodow­la­nych.
Poza tym nie może być tak, że biu­ro odpo­wia­da za coś, a nie może tego wyeg­ze­kwo­wać. To jest nie do pomy­śle­nia w fede­ra­cji. Cała tajem­ni­ca tkwi w tym, że wyko­naw­stwo pod­le­ga bez­po­śred­nie­mu nad­zo­ro­wi i za to odpo­wia­da gene­ral­ny dyrek­tor PFHBiPM, przy wspar­ciu związ­ków z poszcze­gól­nych regio­nów. Liczymy się z opi­nia­mi i egze­ku­cja nie może być na szko­dę hodow­ców. Ale przez to my, związ­kow­cy, dba­my o pra­cow­ni­ków. O god­ność, o zaan­ga­żo­wa­nie, o sta­łe pod­no­sze­nie kwa­li­fi­ka­cji, o przy­go­to­wa­nie do zadań, a wresz­cie o dobre wyna­gro­dze­nie i jak naj­lep­sze warun­ki.
W przy­szło­ści cała księ­go­wość będzie sko­ma­so­wa­na w Warszawie. Wszystkie dane będą spły­wać do cen­tra­li, tutaj będą pod­da­wa­ne oce­nie, ale każ­dy będzie miał w nie wgląd. To pro­wa­dzi do wręcz per­fek­cyj­ne­go wyko­naw­stwa, któ­re widać na wysta­wach.
Nie ma takich sytu­acji, że dyrek­tor któ­re­goś związ­ku jest skłó­co­ny z pre­ze­sem. Czy odkry­łem tajem­ni­cę?

No dobrze, ale jaka jest w Polsce popu­la­cja bydła?
- Jak zosta­wa­łem pre­zy­den­tem, to krów pod oce­ną użyt­ko­wo­ści było 440 tys. I tu też może­my mówić o suk­ce­sie. Bo dzi­siaj mamy 640 tys. O jed­ną trze­cią wię­cej. Jesteśmy chy­ba jed­nym z nie­wie­lu związ­ków, w któ­rym popu­la­cja pod oce­ną sta­le rośnie. A my uwa­ża­my, że i tak jest za mała, żeby dobrze reali­zo­wać pro­gram hodow­la­ny; i jest zde­cy­do­wa­nie więk­sza niż koni. Krów jest ogó­łem oko­ło 2,5 mln, z cze­go 640 tys. sta­no­wią zwie­rzę­ta wpi­sa­ne do ksiąg hodow­la­nych.
Koni rodo­wo­do­wych jest 25 tys. na ogól­ną licz­bę, jak poda­je GUS, ok. 340 tys. Ale to i tak nie­źle - w owcach notu­ją spa­dek…

Czy moż­na te dobre oby­cza­je i spo­so­by dzia­ła­nia fede­ra­cji prze­szcze­pić na grunt koń­ski? Jak i któ­re roz­wią­za­nia?
- Myślę, że moż­na, ale naj­pierw trze­ba zmie­nić men­tal­ność ludzi. Drastycznie prze­sta­wić ich spo­sób widze­nia spraw i podej­ście do tema­tu, otwo­rzyć oczy i umy­sły. I to u dużej licz­by przed­sta­wi­cie­li poszcze­gól­nych związ­ków tego śro­do­wi­ska. Jak znik­nie samo­za­do­wo­le­nie z tego, że „ja tu zarzą­dzam” gdzieś lokal­nie, roz­ka­zu­ję na wła­snym lichym podwó­recz­ku i cią­gnę tyl­ko we wła­sną stro­nę, napi­nam musku­ły, więc bój­cie się mnie, drżyj­cie naro­dy… Jeżeli zro­zu­mie­ją, że w jed­no­ści siła, to może…
Hodowcy bydła mówią, że dopie­ro doświad­cze­nie bie­dy, gło­du i bra­ku dachu nad gło­wą, doświad­cze­nie nie­moż­no­ści zwią­za­nia koń­ca z koń­cem wynie­sio­ne z autop­sji zmu­sza do obra­nia eko­no­micz­ne­go kie­run­ku dzia­ła­nia. Natomiast jeśli jest dobrze, to ludzie odpusz­cza­ją, bo na dziś mają pie­nią­dze, a są zbyt gnu­śni, żeby zacząć prze­wi­dy­wać i myśleć per­spek­ty­wicz­nie. Dobrobyt ich usy­pia. I tak jest na razie u więk­szo­ści hodow­ców koni.

Nie się­gnę­li­śmy jesz­cze dna?
- Uważałem, że konia­rze sta­no­wią eli­tę, ale pod­kre­ślam - to prze­szłość. Nie wystar­czy wło­żyć angiel­ski kasz­kiet i ole­jak, żeby być dżen­tel­me­nem i hipo­lo­giem z praw­dzi­we­go zda­rze­nia. Natomiast teraz chwi­la­mi tra­cę sza­cu­nek dla wie­lu kole­gów, szcze­gól­nie w kon­tek­ście zasad i uchwał. A szcze­gól­nie jed­no­myśl­no­ści, żeby po uchwa­le­niu pew­nych reguł gry twar­do je repre­zen­to­wać i umieć wytrwać przy raz pod­ję­tej decy­zji i powzię­tym kie­run­ku zmian. Tak się nie­ste­ty nie dzie­je wśród hodow­ców koni. Tymczasem wśród hodow­ców bydła jest nie do pomy­śle­nia, żeby ktoś mówił, a już na pew­no robił ina­czej, niż to było chwi­le wcze­śniej usta­lo­ne czy uchwa­lo­ne. U nas jest demo­kra­cja na zasa­dzie uzna­nia więk­szo­ści.
Raz pod­ję­ta decy­zja, cze­go­kol­wiek doty­czy, jeśli jest wcze­śniej do bólu roz­pa­try­wa­na, dys­ku­to­wa­na, ana­li­zo­wa­na, wał­ko­wa­na, a na koń­cu pod­ję­ta przez gło­so­wa­nie, jest jed­no­znacz­na ze zwy­cię­stwem dobra ogól­ne­go, nie zaś par­ty­ku­la­ry­zmu jed­nost­ki i nepo­ty­zmu. To żmud­ny pro­ces - wyma­ga nie lada wysił­ku, żeby wypra­co­wać wspól­ne dobro, i tego powi­nien szu­kać świat koni - zwy­cię­stwa wspól­ne­go inte­re­su, a nie inte­re­si­ków lokal­nych.
Jeżeli cho­dzi o wyko­naw­stwo, to hodow­la koni nie potrze­bu­je jakichś dużych, wystaw­nych, ele­ganc­kich biur, może wystar­czą małe, ale spraw­ne przed­sta­wi­ciel­stwa, żeby teren był świet­nie obsłu­żo­ny. Ale do tego trze­ba doj­rzeć, mieć odwa­gę się­gnąć po takie na pierw­szy rzut oka mało popu­lar­ne roz­wią­za­nia i je prze­ćwi­czyć na wła­snej skó­rze. Bydlarze pomyśl­nie prze­szli ów okres testo­wa­nia i wygra­li los na lote­rii. A u konia­rzy? Będzie iden­tycz­nie, bo inna dro­ga nie ma szan­sy!
Jestem głę­bo­ko prze­ko­na­ny, że to nie nastą­pi tak szyb­ko, bo człon­ko­wie PZHK nie są jesz­cze goto­wi na takie zmia­ny. Dopiero sytu­acja finan­so­wa zmu­si ich do rady­kal­nych reform. Zaczną wte­dy ner­wo­wo szu­kać roz­wią­zań eko­no­micz­nie uza­sad­nio­nych. Niemniej oba­wiam się jed­ne­go - nie widzę woli, żeby moc­niej­sze związ­ki chcia­ły zmian i chcia­ły dzie­lić się z ogó­łem swo­im bogac­twem. Stoją moc­no finan­so­wo i nie stać ich na per­spek­ty­wicz­ne myśle­nie. Dlatego pocze­ka­ją, aż się sła­bi wykrwa­wią, a dopie­ro potem się zorien­tu­ją i prze­ko­na­ją po nie­wcza­sie, że sami są sła­bi, bo jest ich zbyt mało, żeby mogli mieć wpływ na cokol­wiek. Oby oczy nie otwo­rzy­ły się im zbyt póź­no.

Więcej w Wywiad

Na górę