Connect with us

Nowy pre­zes na trud­ne czasy

Wywiad

Nowy pre­zes na trud­ne czasy

Rozmawiał: Michał Wierusz-Kowalski

Statut powi­nien pozwa­lać na spraw­niej­sze zarzą­dza­nie związ­kiem, szcze­gól­nie w trud­nych dla hodow­li cza­sach. Trzeba zre­kon­stru­ować pro­gra­my hodow­la­ne i przy­sto­so­wać je do wymo­gów Unii Europejskiej – mówi pro­fe­sor Zbigniew Jaworski, nowy pre­zes Polskiego Związku Hodowców Koni.

Panie Prezesie, na począ­tek pro­szę przy­jąć ser­decz­ne gra­tu­la­cje. Czy ostat­ni Walny Zjazd spra­woz­daw­czo-wybor­czy był dla Pana stresujący?
– Dziękuję. Walny Zjazd, któ­ry jest naj­wyż­szą wła­dzą PZHK, a przy tym jeże­li jest zjaz­dem spra­woz­daw­czo-wybor­czym, zawsze jest w jakimś stop­niu stre­su­ją­cy dla tych, któ­rzy bio­rą w nim aktyw­ny udział. Bardziej stre­su­ją­cy był dla mnie czas, kie­dy pod­ją­łem decy­zję o kan­dy­do­wa­niu na tę funk­cję. Mam świa­do­mość, iż wpły­nie ona na moje życie, zarów­no zawo­do­we, jak i rodzin­ne, co będzie się wią­zać głów­nie z bra­kiem wol­ne­go cza­su, któ­re­go do tej pory i tak mia­łem niewiele.

A jak Pan w ogó­le tra­fił do koni – gene­za zain­te­re­so­wa­nia i źró­dło fascynacji?
– Do koni tra­fi­łem w 1973 r., zaczy­na­jąc stu­dia w Bydgoszczy. Podobnie jak kole­żan­ki i kole­dzy, wstą­pi­łem do two­rzą­ce­go się pod prze­wod­nic­twem Bronisława Pastuszewskiego Akademickiego Klubu Jeździeckiego. Jako stu­den­ci i przy­szli adep­ci jeź­dziec­twa mie­li­śmy to szczę­ście, że tra­fi­li­śmy na zna­ko­mi­tych tre­ne­rów, Helenę i Józefa Zagorów, któ­rzy w tym cza­sie prze­nie­śli się do Myślęcinka, ówcze­sne­go Zakładu Treningowego Koni Kombinatu PGR Kusowo. To głów­nie pod ich kie­run­kiem pozna­wa­łem arka­na jeź­dziec­twa. W AKJ dzia­ła­łem aktyw­nie przez cały okres stu­diów, a tak­że kie­dy byłem już asy­sten­tem, m.in. przez dwie kaden­cje peł­niąc funk­cję prezesa.
Okres ten wspo­mi­nam z dużym sen­ty­men­tem, gdyż w tym cza­sie w byd­go­skim AKJ dzia­ła­ły takie oso­by, jak Marta Głuchowska, Urszula Bedlińska, Michał Masłowski, Jerzy Ożga i wie­le innych, któ­re swo­ją pasję prze­nio­sły na grunt zawo­do­wy, a obec­nie są auto­ry­te­ta­mi w śro­do­wi­sku konia­rzy. To, że pod­ją­łem pra­cę na uczel­ni, zawdzię­czam prof. Januszowi Załusce, któ­ry zna­jąc moje koniar­skie zain­te­re­so­wa­nia, zapro­po­no­wał mi asy­sten­tu­rę, no i zwią­za­ną z tym pra­cę nauko­wą. W tzw. okre­sie byd­go­skim odby­łem staż pro­duk­cyj­ny w SK Rzeczna, gdzie dyrek­tor Ludwik Pietrzyk, ale tak­że Zbigniew Witkowski i Henryk Hucz prze­ka­zy­wa­li mi wie­dzę zwią­za­ną z pro­wa­dze­niem stad­ni­ny. Następnie w OZHK w Bydgoszczy pod kie­run­kiem Jana Rydla i Edwarda Trzemżalskiego pozna­wa­łem, jak to okre­śla­no, hodow­lę tere­no­wą. To, cze­go nauczy­łem się w Rzecznej i OZHK w Bydgoszczy, wyko­rzy­sta­łem w póź­niej­szej pra­cy w Popielnie, gdzie tra­fi­łem zupeł­nie przy­pad­ko­wo za spra­wą mojej byłej stu­dent­ki, któ­ra odby­wa­ła staż w Popielnie i prze­ka­za­ła mi, że dr Magdalena Jaworowska szu­ka następ­cy na swo­je miej­sce. Zostałem przez Panią Doktor zaak­cep­to­wa­ny, co poczy­tu­ję sobie za duże wyróż­nie­nie, i tym spo­so­bem na wie­le lat, cho­ciaż począt­ko­wo mia­ło być tyl­ko pięć, zwią­za­łem się z Popielnem i koni­ka­mi pol­ski­mi. W tej chwi­li nie wyobra­żam sobie, bym mógł odejść od koni­ków i zamie­nić je na inną rasę, tym bar­dziej że wszyst­ko im zawdzię­czam. To one i Popielno mnie wypromowały.

Czuje się Pan bar­dziej naukow­cem czy hodowcą?
– Wydaje mi się, że w rów­nym stop­niu jestem naukow­cem, co hodow­cą. Naukowcem – bo wyni­ka to m.in. z zatrud­nie­nia na UWM w Olsztynie i obec­ne­go sta­tu­su (tytuł pro­fe­so­ra), któ­ry zawdzię­czam wyłącz­nie pra­cy nauko­wej. Natomiast prze­by­wa­jąc w gro­nie hodow­ców, czu­ję się tak­że hodow­cą. Mam w tym zakre­sie już 26-let­nie doświad­cze­nie, a tak­że suk­ce­sy na tym polu, w związ­ku z czym nie mam przed prak­ty­ka­mi żad­nych kom­plek­sów. Wprawdzie zaj­mu­ję się wyłącz­nie koni­ka­mi pol­ski­mi, ale dzię­ki nim pozna­łem zasa­dy hodow­li obo­wią­zu­ją­ce w róż­nych sys­te­mach utrzy­ma­nia, tj. sta­jen­nym, bez­sta­jen­nym i rezer­wa­to­wym, co nie­kie­dy daje mi prze­wa­gę nad inny­mi hodow­ca­mi. Poza tym w bez­po­śred­nich roz­mo­wach z nimi mam oka­zję dzie­lić się spo­strze­że­nia­mi, któ­rych z racji tra­dy­cyj­ne­go pro­wa­dze­nia hodow­li nie mogą doświadczać.

Został Pan wybra­ny na funk­cję pre­ze­sa PZHK zde­cy­do­wa­ną więk­szo­ścią gło­sów. Co jed­nak spra­wi­ło, że zgo­dził się Pan kandydować?
– Wynik, jaki uzy­ska­łem w wybo­rach, był dla mnie przy­jem­nym zasko­cze­niem, a jed­no­cze­śnie potwier­dze­niem, że pod­ją­łem słusz­ną decy­zję, choć nie było mi łatwo zde­cy­do­wać się na kan­dy­do­wa­nie. Z pra­cy zawo­do­wej nie mogę zre­zy­gno­wać, bo dzię­ki niej utrzy­mu­ję rodzi­nę, a poza tym mam zwią­za­ne z nią pla­ny. W obec­nej sytu­acji część z nich będę musiał odło­żyć na póź­niej, bo funk­cja pre­ze­sa PZHK wyma­ga znacz­ne­go zaan­ga­żo­wa­nia. Z dru­giej stro­ny aktyw­nie dzia­łam w Związku już od ok. 30 lat. Współpracowałem z pre­ze­sem Jerzym Domańskim, Andrzejem Wodą i Władysławem Brejtą, popie­ra­jąc kie­ru­nek przez nich wyty­czo­ny. Chciałbym go kon­ty­nu­ować, mając oczy­wi­ście na uwa­dze nowe uwa­run­ko­wa­nia i wyzwa­nia. Dlatego pro­po­zy­cja, jaką zło­ży­li mi człon­ko­wie ustę­pu­ją­ce­go Prezydium Zarządu Głównego PZHK, zosta­ła prze­ze mnie osta­tecz­nie przy­ję­ta i pod­ją­łem nowe wyzwa­nie. Jednocześnie mam nadzie­ję, że moi współ­pra­cow­ni­cy z Katedry podej­dą do tego ze zro­zu­mie­niem i będą wspo­ma­gać mnie w tej działalności.

Jakie wyzwa­nia sto­ją przed PZHK w naj­bliż­szej kaden­cji i kolej­nych latach?
– Wyzwań jest wie­le, ale chy­ba wię­cej jest takich, z któ­rych w tej chwi­li nie zda­je­my sobie spra­wy, a któ­re mogą poja­wić się w naj­mniej ocze­ki­wa­nym momen­cie. Nikogo nie trze­ba prze­ko­ny­wać, jak zła jest sytu­acja w hodow­li koni od stro­ny eko­no­micz­nej, a przede wszyst­kim nie­moż­no­ści zby­cia wyho­do­wa­ne­go mate­ria­łu. Dopóki to się nie zmie­ni, będzie­my bory­kać się z wie­lo­ma pro­ble­ma­mi, któ­re odbi­ja­ją się tak­że na dzia­łal­no­ści Związku. Stąd wie­le fru­stra­cji, znie­chę­ce­nia i kry­ty­ki pod naszym adresem.
Ze spraw bez­po­śred­nio zwią­za­nych z dzia­łal­no­ścią Związku nie­wąt­pli­wie pil­ne jest zmo­dy­fi­ko­wa­nie jego sta­tu­tu, któ­ry musi być przy­sto­so­wa­ny do obec­nych realiów i powi­nien pozwa­lać na spraw­niej­sze zarzą­dze­nie. Jest to szcze­gól­nie istot­ne w nad­cho­dzą­cych trud­nych cza­sach. Podobny krok wyko­nał PZJ. W naj­bliż­szym cza­sie zosta­ną wybra­ne nowe komi­sje ksiąg stad­nych, już wg nowe­go regu­la­mi­nu, któ­re jak naj­szyb­ciej powin­ny przy­stą­pić do reali­za­cji wyty­czo­nych zadań. Rekonstrukcji wyma­ga­ją pro­gra­my hodow­la­ne, któ­re muszą być przy­sto­so­wa­ne do wymo­gów UE. Tylko Księga Stadna Kuców oraz Księga Stadna Koników Polskich i zawar­te w nich pro­gra­my hodow­la­ne zosta­ły w nowej wer­sji zaak­cep­to­wa­ne przez mini­ster­stwo. W innych pro­gra­mach, np. dla koni ras szla­chet­nych czy zim­no­krwi­stych, zmia­ny te powin­ny doty­czyć tak­że dosto­so­wa­nia ich do aktu­al­nych potrzeb ryn­ku, a więc wyma­gań odbiorców.
Chciałbym, aby w ramach PZHK dzia­ła­ły związ­ki repre­zen­tu­ją­ce wszyst­kie rasy, dla któ­rych nasz Związek pro­wa­dzi księ­gi. Dobrym przy­kła­dem są dwa naj­dłu­żej dzia­ła­ją­ce, tj. Polski Związek Hodowców Konia Huculskiego i Związek Hodowców Koników Polskich, któ­re przez swo­ich przed­sta­wi­cie­li w księ­dze stad­nej w znacz­nej czę­ści kie­ru­ją pra­cą hodow­la­ną (selek­cja, wpis ogie­rów do księ­gi, pró­by użyt­ko­wo­ści), zaj­mu­ją się pro­mo­cją rasy, a jed­no­cze­śnie inte­gru­ją hodow­ców, orga­ni­zu­jąc impre­zy hodow­la­no-jeź­dziec­kie. Ta dzia­łal­ność odby­wa się przy ści­słej współ­pra­cy ze związ­ka­mi wojewódzkimi/okręgowymi, bez któ­rych popar­cia i bez­po­śred­nie­go zaan­ga­żo­wa­nia nie była­by moż­li­wa. Należy rów­nież pod­kre­ślić, iż w ubie­głym roku powo­ła­li­śmy spół­kę, któ­ra powin­na pro­wa­dzić dzia­łal­ność gospo­dar­czą doty­czą­cą pro­mo­cji i orga­ni­za­cji sprze­da­ży koni, wyda­wa­nia nasze­go pisma oraz wspie­ra­nia każ­dej innej dzia­łal­no­ści Związku, tak aby w przy­szło­ści gene­ro­wać zyski mogą­ce stop­nio­wo zastę­po­wać kur­czą­ce się dotacje.
W poprzed­niej kaden­cji Prezydium ZG roz­po­czę­ło pra­cę nad doku­men­tem „Strategia roz­wo­ju PZHK”. Zwrócono w nim uwa­gę na koniecz­ność uwzględ­nie­nia stra­te­gii poszcze­gól­nych ras koni (wnio­ski powin­ny wypły­nąć od nowych komi­sji ksiąg stad­nych po zro­bie­niu bilan­su otwar­cia) oraz potrze­bę pod­ję­cia dzia­łań zmie­rza­ją­cych do zacie­śnie­nia współ­pra­cy z orga­ni­za­cja­mi dzia­ła­ją­cy­mi w obsza­rze tzw. prze­my­słu koń­skie­go. Na pew­no będzie­my kon­ty­nu­ować te dzia­ła­nia. Na szcze­gól­ną uwa­gę zasłu­gu­je pomysł, jaki zgło­sił pre­zes PZJ Marcin Szczypiorski pod­czas Walnego Zjazdu, aby do prac nowe­go Zarządu PZJ został zapro­szo­ny przed­sta­wi­ciel PZHK. Byłoby to wyraź­ne zacie­śnie­nie współ­pra­cy naszych organizacji.

Widzi Pan jakieś zagrożenia?
– Zagrożeń jest wie­le. Państwo aktu­al­nie dofi­nan­so­wu­je zada­nia, jakie PZHK wyko­nu­je na zle­ce­nie mini­ster­stwa, zgod­nie z usta­wą o orga­ni­za­cji hodow­li i roz­ro­dzie zwie­rząt gospo­dar­skich. W przy­cho­dach Związku jest to zna­czą­ca, ok. 40-pro­cen­to­wa pozy­cja. Brak tej dota­cji był­by kata­stro­fą dla PZHK i OZHK, gdyż prze­rzu­ce­nie na nie całe­go obcią­że­nia finan­so­we­go za usłu­gi zoo­tech­nicz­ne wyko­ny­wa­ne przez inspek­to­rów związ­ków woje­wódz­kich było­by przez hodow­ców nie do przyjęcia.

A szan­se?
– Myślę, że naszą szan­są jest jed­ność i spój­ność Związku. Jako sil­na gru­pa, repre­zen­tu­ją­ca zde­cy­do­wa­ną więk­szość hodow­ców koni w naszym kra­ju, jeste­śmy w sta­nie poko­ny­wać róż­ne trud­no­ści i prze­ciw­dzia­łać poja­wia­ją­cym się zagro­że­niom. Takie zagro­że­nia poja­wia­ły się tak­że w prze­szło­ści i jak do tej pory kata­stro­fy uda­ło się unik­nąć. Wierzę, że nadal będzie­my w sta­nie opie­rać się coraz sil­niej­szej kon­ku­ren­cji zachod­nich związ­ków hodow­ców koni, a ze zde­rze­nia np. z admi­ni­stra­cją pań­stwo­wą wyj­dzie­my obron­ną ręką. Liczę na to, że w gro­nie Zarządu Głównego będzie­my współ­pra­co­wać, mimo nie­unik­nio­nych róż­nic inte­re­sów, dla tzw. dobra wspól­ne­go. Cieszę się, że moja pro­po­zy­cja skła­du Prezydium, a więc osób, z któ­ry­mi w pierw­szej kolej­no­ści będę podej­mo­wać sta­tu­to­we decy­zje, zosta­ła przez ZG zaak­cep­to­wa­na. Jednocześnie dzię­ku­ję człon­kom nowe­go Prezydium, że chcą razem ze mną roz­wią­zy­wać pro­ble­my, z jaki­mi przyj­dzie nam się zmierzyć.

Hodowla pań­stwo­wa a prywatna…
– Hodowla pań­stwo­wa w ostat­nich latach ule­gła znacz­ne­mu ogra­ni­cze­niu i zde­cy­do­wa­na więk­szość tzw. mate­ria­łu hodow­la­ne­go znaj­du­je się w rękach pry­wat­nych. Niemniej jest ona bez­względ­nie potrzeb­na, m.in. jako swo­isty bank genów, któ­ry był two­rzo­ny przez wie­le poko­leń hodow­ców i któ­ry jest naszym dzie­dzic­twem kul­tu­ro­wo-hodow­la­nym. Ma ona do ode­gra­nia ogrom­ną rolę edu­ka­cyj­ną. Utrzymywanie tego dzie­dzic­twa przez pań­stwo jed­no­cze­śnie daje gwa­ran­cję, że ten doro­bek nie zosta­nie zaprze­pasz­czo­ny, pod warun­kiem, że jed­no­znacz­nie zosta­nie okre­ślo­na rola stad i stad­nin koni znaj­du­ją­cych się w zaso­bach ANR. W jakich roz­mia­rach ma być ona utrzy­my­wa­na, to musi okre­ślić mini­ster rol­nic­twa, ale chęt­nie weź­mie­my udział w dys­ku­sji poświę­co­nej tym zagad­nie­niom. Hodowla pań­stwo­wa zawsze mia­ła okre­ślo­ny wpływ na hodow­lę pry­wat­ną, któ­ra korzy­sta­ła i nadal korzy­sta z jej osią­gnięć, dla­te­go tak waż­na jest współ­pra­ca w tym zakre­sie. Tak napraw­dę są one ści­śle sko­re­lo­wa­ne, tzn. im sil­niej­sza hodow­la pań­stwo­wa, tym szyb­ciej roz­wi­ja­ją­ca się hodow­la pry­wat­na i na odwrót.

Jak Pan oce­nia dotych­cza­so­we rela­cje z ANR? Czy moż­na je poprawić?
– Relacje PZHK z ANR moż­na oce­niać na róż­nych pozio­mach. Myślę, że te na szcze­blu związ­ków woje­wódz­kich, ze sta­da­mi i stad­ni­na­mi pod­le­gły­mi ANR, na ogół są dobre lub bar­dzo dobre. Wielu pra­cow­ni­ków tych jed­no­stek to człon­ko­wie nasze­go Związku i jak poka­zał ostat­ni Zjazd, ich przed­sta­wi­cie­le zna­leź­li się tak­że we wła­dzach sta­tu­to­wych PZHK (Komisja Rewizyjna, Sąd Koleżeński). Podobnie wyglą­da sytu­acja w związ­kach woje­wódz­kich, okrę­go­wych czy raso­wych. Natomiast co do naszych rela­cji z dyrek­cją ANR, to ukła­da­ły się one raz lepiej, innym razem nie­co gorzej, ale nigdy nie były zde­cy­do­wa­nie złe. Trudnością były zbyt czę­ste zmia­ny zacho­dzą­ce w ANR. Wydaje mi się, że obec­na sytu­acja w Agencji pozwa­la mieć nadzie­ję, gdyż wcze­śniej dobrze nam się współ­pra­co­wa­ło z dyrek­to­rem Grzegorzem Młynarczykiem. My ze swo­jej stro­ny dekla­ru­je­my dale­ko idą­cą współ­pra­cę w roz­wią­zy­wa­niu spraw zwią­za­nych z hodow­lą koni, tak­że tych trud­nych. Partnerstwo w tym zakre­sie jest nie­zbęd­ne, gdyż hodow­la jest jed­na i w rów­nym stop­niu powin­no nam zale­żeć na jej rozwoju.

Idea związ­ko­we­go sta­da ogie­rów przy­ga­sła wobec zakoń­czo­nej fia­skiem pró­by dzier­ża­wy SO Biały Bór. Podobny los podzie­li­ła akcja SOS dla Stad. Porywamy się z moty­ką na słońce?
– To nie było pory­wa­nie się z moty­ką na słoń­ce. Taka była wola naszych człon­ków, dla­te­go pod­ję­li­śmy te akcje. Wprawdzie zakoń­czy­ły się fia­skiem, ale jed­no­cze­śnie poka­za­ły, że czu­je­my się współ­od­po­wie­dzial­ni za stan naszej hodow­li, za doro­bek tych, któ­rzy ją two­rzy­li po woj­nie. Szkoda tyl­ko, że w tak waż­nych dla przy­szło­ści Związku spra­wach nie uda­ło się prze­ko­nać wszyst­kich hodow­ców – naszych człon­ków do popar­cia zapro­po­no­wa­nych przez Zarząd rozwiązań.

Na Walnym Zjeździe zgło­szo­no wnio­sek o zbie­ra­nie pod­pi­sów popar­cia pod pety­cją do mini­stra rol­nic­twa w spra­wie prze­ka­za­nia SO Łąck do akty­wów PZHK. Czy może­my jako śro­do­wi­sko wytwo­rzyć taką pre­sję spo­łecz­ną, któ­ra pozwo­li Związkowi za sym­bo­licz­ną zło­tów­kę wejść w posia­da­nie takie­go obiek­tu i przed­się­bior­stwa jak SO Łąck?
– Nie wiem, czy uda nam się wyge­ne­ro­wać tak sil­ną pre­sję spo­łecz­ną, któ­ra pozwo­li­ła­by PZHK wejść w posia­da­nie SO Łąck. Niewątpliwie będzie to bar­dzo trud­ne, cho­ciaż­by ze wzglę­du na brak sto­sow­nych prze­pi­sów, któ­re moż­na by zasto­so­wać w tym wypad­ku. Jaką for­mę przyj­mie ta akcja, poza zbie­ra­niem pod­pi­sów, to w tym momen­cie nie umiem powie­dzieć, do tego musi się usto­sun­ko­wać nowo wybra­ny Zarząd. Czy wszy­scy nasi człon­ko­wie poprą tę ini­cja­ty­wę? W wypad­ku Białego Boru się nie uda­ło, a wyda­wa­ło nam się, że jest na wycią­gnię­cie ręki.

Panie Profesorze, czy i co może pol­ska nauka, któ­rą Pan repre­zen­tu­je, dać pol­skiej hodow­li koni? Czy moż­li­we jest zacie­śnie­nie współpracy?
– Polska nauka zawsze współ­pra­co­wa­ła z PZHK, mógł­bym w tym miej­scu przy­po­mnieć oso­by, któ­re wcze­śniej zasia­da­ły w naj­wyż­szych wła­dzach, jak prof. Ewald Sasimowski, prof. Jerzy Chachuła czy prof. Marian Budzyński. W tej chwi­li zde­cy­do­wa­na więk­szość pra­cow­ni­ków nauko­wych wyż­szych uczel­ni i insty­tu­tów badaw­czych w róż­nych for­mach współ­pra­cu­je z hodow­lą. W prak­ty­ce spro­wa­dza się to do reali­za­cji wła­snych tema­tów badaw­czych, prac inży­nier­skich, magi­ster­skich czy dok­tor­skich, gdzie mate­ria­łem badaw­czym są konie z jed­no­stek hodow­la­nych bądź ośrod­ków jeź­dziec­kich – zarów­no pań­stwo­wych, jak i pry­wat­nych. Niejednokrotnie tema­ty­kę suge­ru­ją sami hodow­cy, sta­wia­jąc okre­ślo­ny pro­blem do roz­wią­za­nia. Wielu naukow­ców zasia­da w róż­nych gre­miach, jak komi­sje ksiąg stad­nych, Rada Hodowlana czy inne komi­sje dorad­cze powo­ły­wa­ne w zależ­no­ści od potrzeb. Mają swój udział w opra­co­wy­wa­niu pro­gra­mów hodow­la­nych, szko­le­niach czy kon­fe­ren­cjach i semi­na­riach nauko­wych. Praktycznie każ­dy zwią­zek woje­wódz­ki czy raso­wy korzy­sta w jakiejś mie­rze z ich „usług nauko­wych”, co jest korzyst­ne dla obu stron. Nie nale­ży też zapo­mi­nać o arty­ku­łach pisa­nych do róż­nych perio­dy­ków, m.in. do „Hodowcy i Jeźdźca”. Nie chcę poda­wać przy­kła­dów, bo musiał­bym wymie­nić nie­mal wszyst­kich naukow­ców para­ją­cych się hipo­lo­gią, a gdy­bym o kimś zapo­mniał, mógł­by poczuć się ura­żo­ny. Niemniej ta współ­pra­ca może być jesz­cze bar­dziej owoc­na. Dlatego chciał­bym, aby spo­tka­nia naukow­ców i prak­ty­ków odby­wa­ły się na róż­nych szcze­blach i przy róż­nych oka­zjach, bo tyl­ko dzię­ki temu wza­jem­ny prze­pływ infor­ma­cji będzie efek­tyw­ny. Życzyłbym też sobie, aby hodow­cy w więk­szym stop­niu inspi­ro­wa­li naukow­ców do podej­mo­wa­nia nauko­wych wyzwań, wska­zu­jąc im pro­ble­my do rozwiązania.

A popu­la­ry­za­cja wie­dzy hodow­la­nej – co moż­na zro­bić, aby śro­do­wi­sko hodow­ców koni chcia­ło czy­tać, uczyć się, roz­wi­jać? Szczególnie inte­re­su­je mnie ów wątek w kon­tek­ście kwar­tal­ni­ka „Hodowca i Jeździec”.
– Popularyzacja wie­dzy w śro­do­wi­sku hodow­ców to waż­ne zagad­nie­nie. Temu słu­ży m.in. wyda­wa­nie „Hodowcy i Jeźdźca”, czy­li związ­ko­we­go kwar­tal­ni­ka. Jego układ i tema­ty­ka, dosto­so­wa­na do zapo­trze­bo­wa­nia, ma zachę­cać do tego, aby hodow­cy po nie­go się­ga­li. Temu ma tak­że słu­żyć zwol­nie­nie z odpro­wa­dza­nia na rzecz PZHK 13 proc. od skła­dek człon­kow­skich w przy­pad­ku jego rocz­nej pre­nu­me­ra­ty. Z moich obser­wa­cji wyni­ka, że cza­so­pi­smo ma już wyro­bio­ną mar­kę i jest chęt­nie czy­ta­ne. Myślę, że osta­tecz­nie powin­ni­śmy dopro­wa­dzić do sytu­acji, kie­dy każ­dy czło­nek PZHK będzie otrzy­my­wać w ramach skład­ki człon­kow­skiej rocz­ną pre­nu­me­ra­tę nasze­go związ­ko­we­go pisma. Jest to pew­ne­go rodza­ju nor­ma w związ­kach dzia­ła­ją­cych w kra­jach Europy Zachodniej. Nasz kwar­tal­nik może być dosko­na­łym narzę­dziem edu­ka­cji hodow­ców i użyt­kow­ni­ków koni, słu­żyć pro­mo­cji hodow­li i sze­ro­ko poję­te­go jeź­dziec­twa, a tak­że zamiesz­cza­niu ogło­szeń kup­na-sprze­da­ży dla hodow­ców itp. Pismo związ­ko­we zapew­nia rów­nież więk­szą łącz­ność Związku z jego człon­ka­mi. Dlatego jak naj­szyb­ciej trze­ba dopro­wa­dzić do roz­wią­za­nia kwe­stii pre­nu­me­ra­ty. Może być to ostat­ni dzwo­nek, bo kie­dy zaczną się pro­ble­my finan­so­we, na takie pocią­gnię­cia będzie już za póź­no. Takie dzia­ła­nie powin­no też pozwo­lić na roz­wój pisma i jego kon­ku­ren­cję na ryn­ku bran­żo­wym, a w dal­szej przy­szło­ści być kolej­nym źró­dłem finan­so­wa­nia Związku, dzię­ki więk­szym wpły­wom z reklam. Ale„Hodowca i Jeździec” to już dome­na Pana Redaktora i dalej nie będę tego wąt­ku rozwijać.
Inną for­mą popu­la­ry­zo­wa­nia wie­dzy hipo­lo­gicz­nej mają być cyklicz­nie orga­ni­zo­wa­ne szko­le­nia, semi­na­ria i kon­fe­ren­cje nauko­we poświę­co­ne okre­ślo­nej rasie lub danej tema­ty­ce. Dobrym przy­kła­dem może być ostat­nio zor­ga­ni­zo­wa­na kon­fe­ren­cja poświę­co­na koniom zim­no­krwi­stym pod tytu­łem „Przyszłość konia zim­no­krwi­ste­go w Polsce”. Takie kon­fe­ren­cje to rów­nież obo­wią­zu­ją­ca for­ma szko­le­nia dla pra­cow­ni­ków inży­nie­ryj­no-tech­nicz­nych. Niezależnie od tego spo­so­bu popu­la­ry­za­cji wie­dzy uzu­peł­nie­niem imprez hodow­la­nych orga­ni­zo­wa­nych przez związ­ki woje­wódz­kie i raso­we są semi­na­ria nauko­we skie­ro­wa­ne do ich uczest­ni­ków. Na tym polu jest jesz­cze wie­le do zro­bie­nia i mam nadzie­ję, że wypra­cu­je­my tak­że inne for­my prze­ka­zy­wa­nia wie­dzy hipo­lo­gicz­nej człon­kom nasze­go Związku.

Obserwując dele­ga­tów ostat­nie­go Walnego Zjazdu, trud­no było oprzeć się reflek­sji na temat sta­rze­nia się śro­do­wi­ska hodow­ców. Średnia wie­ku to 60+. Zatem na koniec – co zamie­rza Pan zro­bić, aby przy­cią­gnąć do PZHK mło­dych ludzi?
– Rzeczywiście, obser­wu­jąc ostat­ni Walny Zjazd, moż­na było odnieść wra­że­nie, że nasze śro­do­wi­sko się sta­rze­je. Jednak nale­ży wziąć pod uwa­gę, iż dele­ga­ta­mi są zazwy­czaj uzna­ne auto­ry­te­ty, a to wią­że się z doświad­cze­niem i wie­kiem. W związ­kach woje­wódz­kich czy raso­wych sytu­acja wyglą­da znacz­nie korzyst­niej, co nie zna­czy, że jest dobrze. Młodych ludzi zain­te­re­so­wa­nych hodow­lą i użyt­ko­wa­niem koni nie bra­ku­je, o czym świad­czy duża licz­ba mło­dzie­ży, któ­ra chce się uczyć w tech­ni­kach o tej spe­cjal­no­ści czy stu­dio­wać w uczel­niach wyż­szych. Część z nich to dzie­ci rodzi­ców zaj­mu­ją­cych się hodow­lą i oni z regu­ły tra­fia­ją w sze­re­gi PZHK. Ale jak dotrzeć do pozo­sta­łych? Jak wia­do­mo, hodow­la koni to dzia­łal­ność nie­ko­niecz­nie przy­no­szą­ca zyski, z któ­rej moż­na się utrzy­mać, a do tego wszyst­kie­go obar­czo­na dużym ryzy­kiem. Dlatego trud­no będzie prze­ko­nać mło­dych ludzi, aby je podej­mo­wa­li. Niemniej musi­my zna­leźć takie for­my zachę­ty, któ­re przy­cią­gną do PZHK mło­dych hodow­ców. W tym widzę dużą rolę związ­ków rasowych.
Myślę, że trze­ba rów­nież pro­wa­dzić i wspie­rać dzia­ła­nia popu­la­ry­zu­ją­ce jeź­dziec­two wśród dzie­ci i mło­dzie­ży jako aktyw­ną for­mę wypo­czyn­ku, zapew­nia­ją­cą kon­takt z natu­rą, a przy tym nie droż­szą niż np. żeglar­stwo, któ­re upra­wia oko­ło dwóch milio­nów ludzi. To powin­no dopro­wa­dzić do wzro­stu zapo­trze­bo­wa­nia na konie do rekre­acji. Jeśli uda nam się wyho­do­wać i przy­go­to­wać takie konie, krót­ko mówiąc – konie rekre­acyj­ne, to zarów­no hodow­cy, jak i użyt­kow­ni­cy będą zadowoleni.

Zbigniew Jaworski

Ukoń­czył stu­dia zoo­tech­nicz­ne na Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym w Bydgoszczy (1978), gdzie roz­po­czął pra­cę na sta­no­wi­sku asy­sten­ta w Zakładzie Hodowli Owiec i Koni, kie­ro­wa­nym przez prof. dr. hab. Janusza Załuskę. W roku 1986 uzy­skał sto­pień dok­to­ra nauk rol­ni­czych (spe­cjal­ność hodow­la i użyt­ko­wa­nie koni). Pracował w Zakładzie Doświadczalnym Polskiej Akademii Nauk w Popielnie (obec­nie Stacja Badawcza Rolnictwa Ekologicznego i Hodowli Zachowawczej Zwierząt), gdzie pro­wa­dził dział hodow­li zacho­waw­czej koni­ków pol­skich. W roku 2004 uzy­skał sto­pień dok­to­ra habi­li­to­wa­ne­go, a w 2011 tytuł pro­fe­so­ra. Po habi­li­ta­cji przy­jął pra­cę na UWM w Olsztynie w Katedrze Hodowli Koni i Jeździectwa u prof. dr. hab. Ryszarda Tomczyńskiego i tym spo­so­bem wró­cił do pra­cy nauczy­cie­la aka­de­mic­kie­go. Od roku 2006 kie­ru­je tą Katedrą, a jed­no­cze­śnie nadal spra­wu­ję nad­zór hodow­la­ny nad sta­dem koni­ków pol­skich w Popielnie, któ­re jest dla nie­go głów­ną bazą badawczą.

 

Więcej w Wywiad

Na górę