Connect with us

Naturalne zaufa­nie

Hodowla

Naturalne zaufa­nie

inż. Lidia Kacperska 

Wielkie sła­wy jeź­dziec­twa, jak Anky van Grunsven, Monty Roberts, Chris Cox, Robert M. Miller i inni na całym świe­cie, pro­wa­dzą kli­ni­ki, nawią­zu­jąc do metod natu­ral­nych bądź cał­kiem opie­ra­jąc na nich swo­ją pra­cę. W ostat­nim cza­sie obser­wu­je­my roz­kwit wie­dzy beha­wio­ral­nej doty­czą­cej róż­nych gatun­ków zwierząt.

Co moż­na zro­bić, aby źre­bak, a z cza­sem doro­sły koń chęt­nie współ­pra­co­wał i był ufny? Jak unik­nąć wie­lu pro­ble­mów zwią­za­nych z bada­niem konia, kuciem, robie­niem zastrzy­ków, zało­że­niem son­dy noso­wo-żołąd­ko­wej itp.? Na Zachodzie więk­szość stad­nin sto­su­je imprin­ting oraz wcze­sne szko­le­nie źre­biąt. W dużym skró­cie imprin­ting jest to wyko­rzy­sta­nie okre­su kry­tycz­ne­go, czy­li mniej wię­cej pierw­szych 18 godzin życia, na odczu­le­nie konia, zli­kwi­do­wa­nie odru­chu prze­ciw­sta­wia­nia oraz zbu­do­wa­nie zaufa­nia. Fenomen imprin­tin­gu moż­na pogłę­bić i jesz­cze moc­niej utrwa­lić, pra­cu­jąc z mal­cem przez kil­ka kolej­nych dni, budu­jąc jed­no­cze­śnie sza­cu­nek konia dla czło­wie­ka. Zważywszy na to, że ten pro­ces pozo­sta­wia po sobie trwa­ły ślad w rela­cjach czło­wiek-koń, powin­ny prze­pro­wa­dzać go oso­by prze­szko­lo­ne, bowiem błę­dy popeł­nio­ne w tym okre­sie są bar­dzo trud­ne do wyeli­mi­no­wa­nia. Imprinter przez ryt­micz­ny i wie­lo­krot­nie powta­rza­ny dotyk odczu­la wszyst­kie otwo­ry w cie­le: uszy, oczy, noz­drza, jamę ust­ną, odbyt. Dzięki temu w przy­szło­ści nie będzie pro­ble­mów z pie­lę­gna­cją uszu, zakra­pla­niem kro­pli do oczu czy też mie­rze­niem tem­pe­ra­tu­ry. W sytu­acji cho­ro­by, np. kol­ki, uła­twio­ne będzie bada­nie konia oraz zało­że­nie son­dy nosowo-żołądkowej.
Aby w przy­szło­ści koń się nie odsa­dzał, opusz­czał gło­wę przy zakła­da­niu ogło­wia, a pod sio­dłem usta­wiał ją zgod­nie z życze­niem jeźdź­ca, już w fazie imprin­tin­gu nale­ży go do tego odpo­wied­nio prze­szko­lić. W prak­ty­ce wyglą­da to tak, że imprin­ter klę­ka tuż za ple­ca­mi źre­ba­ka, jed­ną ręką ostroż­nie blo­ku­je gło­wę zgię­tą i poło­żo­ną na kło­dzie, a dru­gą ręką trzy­ma zgię­tą przed­nią nogę. Druga oso­ba klę­ka obok, przy­trzy­mu­jąc tyl­ne nogi, unie­moż­li­wia­jąc w ten spo­sób poko­pa­nie. Osobom nie­przy­zwy­cza­jo­nym do takie­go wido­ku może się wyda­wać, że maleń­stwu dzie­ję się krzyw­da, zwłasz­cza gdy przy tym moc­no drży, jed­nak gdy zda­my sobie spra­wę, jak moc­no źre­bię jest poskrę­ca­ne w łonie mat­ki, to ta oba­wa tra­ci uza­sad­nie­nie. Gdy w takiej pozy­cji maluch się zre­lak­su­je, może­my zacząć odczu­lać na dotyk kopyt­ka i resz­tę cia­ła. Źrebięta po pra­wi­dło­wo prze­pro­wa­dzo­nym szko­le­niu nie wyka­zu­ją chę­ci uciecz­ki, kopa­nia czy stra­chu przed dźwię­ka­mi maszyn­ki do gole­nia, spry­ski­wa­cza, suszar­ki, sze­le­stu gaze­ty bądź folii, na któ­re zosta­ły odczu­lo­ne. Dla leka­rza wete­ry­na­rii i pod­ku­wa­cza pra­ca z takim źre­ba­kiem ozna­cza mniej­szy stres i więk­sze bezpieczeństwo.
Co zro­bić, jeśli jeste­śmy wła­ści­cie­la­mi doro­słe­go już konia, u któ­re­go pro­ces wcze­sne­go szko­le­nia nie został prze­pro­wa­dzo­ny? Ilu wła­ści­cie­li koni nie dener­wu­je się przed wizy­tą wete­ry­na­rza, wie­dząc, że bada­nie kli­nicz­ne, orto­pe­dycz­ne, sprzęt wete­ry­na­ryj­ny (jego wygląd, wyda­wa­ne dźwię­ki) czę­sto je prze­ra­ża? Równie pro­ble­ma­tycz­ne oka­zu­je się wdra­ża­nie konia do ruchu po kil­ku­ty­go­dnio­wym okre­sie poby­tu w bok­sie. Jak zasto­so­wać się do zale­ceń leka­rza wete­ry­na­rii, któ­ry np. zale­ca 10 minut stę­pa w ręku, a nasze­go pod­opiecz­ne­go żad­na siła nie potra­fi utrzy­mać w tym chodzie?
Tu nale­ży oddać wiel­ki ukłon tre­ne­rom, któ­rzy mówią o budo­wa­niu rela­cji z koniem, a nie tyl­ko o jego użyt­ko­wa­niu. Jeśli nasza rela­cja z koniem będzie opar­ta na trzech rów­nych ele­men­tach: zaufa­niu, sza­cun­ku i domi­na­cji, wspo­mnia­ne pro­ble­my prze­sta­ną istnieć.

Zaufanie

Wypracowanie zaufa­nia pole­ga na wyko­rzy­sta­niu pro­ce­su habi­tu­acji, czy­li odczu­la­nia i uczu­la­nia konia na róż­ne rze­czy i sytu­acje. Im wię­cej takich rze­czy poka­zu­je­my konio­wi, tym spo­koj­niej­szy się sta­je. Ponieważ ta pra­ca począt­ko­wo powin­na być prze­pro­wa­dzo­na z zie­mi, przez „miło­śni­ków” jaz­dy kon­nej jest czę­sto pomi­ja­na - w efek­cie w nowej sytu­acji koń nie wie, że może czuć się bez­piecz­nie przy spo­koj­nym i pew­nym sie­bie człowieku.
Na czym pole­ga pro­ces odczu­la­nia i uczu­la­nia? W zależ­no­ści od konia i od umie­jęt­no­ści czło­wie­ka może­my zasto­so­wać trzy spo­so­by habi­tu­acji, czy­li odczulania.
Pierwszy spo­sób to przy­bli­ża­nie i odda­la­nie np. folii. Ważne jest to, że przed­miot, z któ­rym chce­my zapo­znać konia, poka­zu­je­my w spo­sób ryt­micz­ny i począt­ko­wo z dala od konia. Powinniśmy zająć pozy­cję mię­dzy koniem a folią. Pozwala to na zacho­wa­nie bez­pie­czeń­stwa, gdyż koń począt­ko­wo ucie­ka od takie­go bodź­ca. Ważna jest nasza zre­lak­so­wa­na i jed­no­cze­śnie pew­na sie­bie posta­wa. Nie może­my ulec emo­cjom, któ­re udzie­la­ją się wystra­szo­ne­mu konio­wi. Nasza posta­wa lide­ra pozwo­li na szyb­sze odczu­le­nie konia.
Bardzo waż­ny jest moment prze­rwa­nia ćwi­cze­nia, gdyż jest to chwi­la, w któ­rej koń się uczy. Moment, gdy ustę­pu­je pre­sja, jest szcze­gól­nie istot­nym eta­pem szko­le­nia. Kiedy koń prze­sta­je ucie­kać (uciecz­ka wca­le nie musi być zwią­za­na z ruchem nóg; gdy koń napi­na mię­śnie, drży, odsu­wa gło­wę, roz­sze­rza noz­drza, sze­ro­ko otwie­ra oczy, to jest w fazie uciecz­ki), nale­ży zro­bić krót­ką prze­rwę, pod­czas któ­rej nic nie chce­my od konia. Jeśli koń moc­no zare­ago­wał, moż­na go bar­dzo deli­kat­nie pogła­skać, odra­dzam jed­nak powszech­nie sto­so­wa­ne kle­pa­nie, któ­re nie ma nic wspól­ne­go ze wzmoc­nie­niem pozy­tyw­nym. W tym cza­sie z regu­ły nastę­pu­je prze­żu­wa­nie - wyglą­da to tak, jak­by koń coś jadł. Oznacza to, że koń uru­cho­mił pro­ces myślo­wy i pró­bu­je zro­zu­mieć, jakiej reak­cji od nie­go oczekujemy.
Po prze­rwie powta­rza­my ćwi­cze­nie, coraz bar­dziej przy­bli­ża­jąc folię do konia. Finałem tego ćwi­cze­nia powin­na być peł­na akcep­ta­cja na dotyk folii na całym cie­le, zwłasz­cza w miej­scach tak wraż­li­wych, jak nogi, uszy, oczy. Jeśli ćwi­cze­nie to powtó­rzy­my kil­ka­krot­nie w róż­nych miej­scach, to koń na sta­łe zosta­nie odczu­lo­ny od tej­że folii. Niestety odczu­le­nie nie doty­czy inne­go rodza­ju folii, np. ina­czej sze­lesz­czą­cej, innej wiel­ko­ści. Jednak od każ­dej nowo pozna­nej folii będzie odczu­lał się w coraz krót­szym cza­sie. W pew­nym momen­cie wystar­czy, że tyl­ko poka­że­my konio­wi nową folię i pozwo­li­my ją pową­chać, a koń będzie już ją w peł­ni akcep­to­wał. Jeśli folię zamie­ni­my na papie­ro­wą tor­bę, para­sol, spry­ski­wacz lub inny dowol­ny przed­miot z nasze­go oto­cze­nia, to na cie­le konia nie będzie już miej­sca, któ­re­go nie pozwo­li nam dotknąć.
Ważny jest nasz dotyk w miej­scach przez nas pomi­ja­nych, jak noz­drza, oczy, uszy, oko­li­ce odby­tu. Jeśli koń pozwa­la na to, jest to bar­dzo waż­na infor­ma­cja doty­czą­ca zaufa­nia, jakim nas darzy - teraz roz­sze­rze­nie powiek do zakro­ple­nia oczu, zmie­rze­nie tem­pe­ra­tu­ry czy zało­że­nie opa­trun­ku na nodze nie będzie sta­no­wić problemu.
Drugi spo­sób odczu­la­nia to podą­ża­nie za przed­mio­tem. Co zro­bić, by koń nie bał się sprzę­tów wete­ry­na­ryj­nych, takich jak rent­gen, ultra­so­no­graf czy shock wave? Trudno przy­zwy­cza­ić konia to tych kon­kret­nie sprzę­tów, bo na co dzień nie ma ich w oto­cze­niu. Można nato­miast przy­zwy­cza­ić konia do innych groź­nych, hała­śli­wych urzą­dzeń, takich jak odku­rzacz czy będą­cy w każ­dej staj­ni trak­tor. Trudno nam sobie wyobra­zić, że przy­bli­ża­my i odda­la­my ten przed­miot, zacho­wu­jąc przy tym bez­pie­czeń­stwo. Doskonałym spo­so­bem na odczu­le­nie konia od takie­go, czę­sto gło­śne­go, sprzę­tu jest podą­ża­nie za nim.
Lekarz wete­ry­na­rii dr Robert M. Miller mówi, że konie wca­le nie boją się dra­pież­ni­ków, tyl­ko zacho­wań dra­pież­nych. Do nich zali­cza­my wszel­kie zacho­wa­nia wywo­łu­ją­ce reak­cję uciecz­ki u konia. W natu­rze dra­pież­nik nigdy nie cofa się przed ofia­rą, dla­te­go też jeśli koń widzi, że przed­miot, któ­re­go się boi, cofa się, a on podą­ża za nim, to prze­sta­je się go bać. Dlatego war­to pamię­tać, żeby odczu­lić konia na róż­ne dźwię­ki wyda­wa­ne np. przez suszar­kę, maszyn­kę do gole­nia, odku­rzacz, kosiar­kę do tra­wy i wszyst­ko inne, co hała­su­je, a jest w naszym oto­cze­niu. Jeśli koń nie boi się już kil­ku huczą­cych sprzę­tów, wów­czas każ­dy kolej­ny jest coraz mniej strasz­ny. Wszystko to spra­wi, że wizy­ta wete­ry­na­rza wraz z urzą­dze­nia­mi medycz­ny­mi nie będzie dla nas stresująca.
Trzeci spo­sób, naj­trud­niej­szy i tyl­ko dla doświad­czo­nych konia­rzy, to zale­wa­nie bodź­cem. Polega on na ode­bra­niu konio­wi moż­li­wo­ści uciecz­ki (jest to bar­dzo ryzy­kow­ne i może pro­wo­ko­wać konia do zacho­wań obron­nych, jak kopa­nie, gry­zie­nie) i niczym nie­prze­rwa­ną sty­mu­la­cję. Tę meto­dę czę­sto sto­su­ją sami leka­rze weterynarii.
Równie waż­nym ele­men­tem habi­tu­acji jest uczu­le­nie konia na róż­ne bodź­ce, czy­li tak waż­ne w jeź­dzie kon­nej podą­ża­nie za odczuciem.
Myślę, że wie­lu jeźdź­ców ma pro­blem, gdy koń „kła­dzie się” na pomo­ce jeź­dziec­kie, czy­li nie ustę­pu­je od deli­kat­nych pomo­cy, a wręcz napie­ra na nie. Warto naj­pierw z zie­mi nauczyć konia podą­ża­nia za odczu­ciem, np. opusz­cze­nia gło­wy. Ułatwia to codzien­ne życie z koniem: zakła­da­nie kan­ta­ra, ogło­wia, pie­lę­gna­cję gło­wy i grzy­wy. Będzie to tak­że bar­dzo waż­ne, gdy zaist­nie­je koniecz­ność bada­nia oku­li­stycz­ne­go. Aby uzy­skać efekt, naj­pierw deli­kat­nie doty­ka­my konia w oko­li­cy poty­li­cy, zwięk­sza­jąc nacisk do uzy­ska­nia pierw­szej reak­cji konia. Wtedy robi­my prze­rwę i głasz­cze­my konia. Następnie ćwi­cze­nie powta­rza­my. W efek­cie koń uczy się reago­wać na bar­dzo deli­kat­ne pomoce.
Równie waż­ne są zgię­cia bocz­ne oraz cofa­nie od doty­ku na klat­ce pier­sio­wej - dzię­ki temu uzy­sku­je­my łatwość odpo­wied­nie­go usta­wie­nia konia w każ­dej sytu­acji, w tym pod­czas bada­nia wete­ry­na­ryj­ne­go, np. usg.

Szacunek

Wypracowanie sza­cun­ku pole­ga na kon­tro­li naszej prze­strze­ni, a co za tym idzie - na prze­strze­ga­niu kil­ku zasad:

  • To czło­wiek pierw­szy doty­ka konia, nie pozwa­la na ocie­ra­nie się, pod­szczy­py­wa­nie, popy­cha­nie. Nie powi­nien konia kar­mić z ręki. W codzien­nym kon­tak­cie z koniem ozna­cza to, że nale­ży egze­kwo­wać wła­ści­we zacho­wa­nie konia i zwra­cać uwa­gę na wszyst­ko, np. gdy wcho­dzi­my do bok­su, waż­ny jest kąt usta­wie­nia konia wzglę­dem nas. Jeśli koń ma nas w stre­fie kop­nię­cia, ozna­cza to brak sza­cun­ku do czło­wie­ka. Należy wów­czas spro­wo­ko­wać konia do zmia­ny tego usta­wie­nia przez nie­wy­go­dę, np. macha­ją­cą lin­ką (robiąc to, nigdy nie powin­ni­śmy zna­leźć się w zasię­gu kopyt konia). Jeśli koń zro­bi mały krok, zmie­nia­jąc kąt, nale­ży natych­miast prze­rwać macha­nie lin­ką i chwi­lę zacze­kać. Ćwiczenie powta­rza­my do chwi­li, aż kąt usta­wie­nia konia będzie taki, jakie­go oczekujemy.
    Równie czę­sto zda­rza­ją się konie „milu­siń­skie”, któ­re uwiel­bia­ją przy­tu­lać się do swo­ich wła­ści­cie­li, co jest powszech­nie trak­to­wa­ne jako oka­zy­wa­nie nam uczuć przez konia. Prawda nie­ste­ty wyglą­da zupeł­nie ina­czej, bowiem ten­den­cja ludz­ka do uczło­wie­cza­nia zwie­rząt nie­wie­le ma wspól­ne­go z tym, co tak napraw­dę myśli koń. Jeśli idzie­my po konia na padok i nasz milu­siń­ski pod­cho­dzi do nas, po czym wycie­ra swój pysz­czek o nas, deli­kat­nie nas sztur­cha noskiem, a my z uśmie­chem na twa­rzy daje­my mu na to przy­zwo­le­nie, to dla konia ozna­cza, że w jego sta­dzie sto­imy na bar­dzo niskim szcze­blu. Taki koń w rze­czy­wi­sto­ści nas nie sza­nu­je i nie będzie chęt­nie podą­żał za naszy­mi suge­stia­mi. Nie ozna­cza to rów­nież, że mamy zre­zy­gno­wać z oka­zy­wa­nia sym­pa­tii. Ważne jest jed­nak to, żeby­śmy to my decy­do­wa­li, kie­dy, jak i ile cza­su ma trwać oka­zy­wa­nie przez nas uczuć. Wspaniale by było, gdy­by­śmy robi­li to - zwłasz­cza w trak­cie szko­le­nia - jako wzmoc­nie­nie pozy­tyw­ne po dobrze wyko­na­nym ćwiczeniu.
  • To czło­wiek wyzna­cza prze­strzeń, w któ­rą koń nie może wkro­czyć pod­czas pro­wa­dze­nia lub gdy się cze­goś wystra­szy. Dzięki zbu­do­wa­niu sza­cun­ku budu­je­my rów­nież dla sie­bie stre­fę bez­pie­czeń­stwa. Nauczony tego koń nigdy nie nadep­nie nam na nogę, nie sko­czy na nas i będzie bar­dziej sku­pio­ny na tym, cze­go od nie­go ocze­ku­je­my. Wyznaczanie prze­strze­ni ozna­cza na przy­kład, że nie pozwa­la­my konio­wi na wyprze­dza­nie oso­by pro­wa­dzą­cej. Gdy się tak sta­nie, natych­miast nale­ży konia wyco­fać ze stre­fy, w któ­rą bez pozwo­le­nia wkro­czył. W prak­ty­ce ozna­cza to uży­cie mini­mal­nej pre­sji, na któ­rą koń zare­agu­je wyco­fa­niem się. Presja, czy­li nasze dzia­ła­nie, musi być dosto­so­wa­na do konia - jeśli pro­wa­dzi­my konia bar­dzo wraż­li­we­go, to wystar­czy, że pod­nie­sie­my rękę, aby koń zre­zy­gno­wał z wyprze­dze­nia nas.
    Zdarzają się rów­nież konie, któ­re zde­cy­do­wa­nie wyma­ga­ją od nas uży­cia więk­szej ener­gii. Musi to być zwią­za­ne z naszą pew­ną sie­bie, wypro­sto­wa­ną posta­wą i ener­gicz­ny­mi rucha­mi lin­ką, na któ­rej pro­wa­dzo­ny jest koń. Z począt­ku trze­ba się liczyć, że dro­ga do celu może wyglą­dać tak, że będzie­my iść jeden krok do przo­du i dzie­sięć kro­ków do tyłu. Ważne, żeby pro­wa­dzić konia na luź­nej lin­ce, gdyż jej napię­cie jest infor­ma­cją dla konia, że cze­goś się oba­wia­my. A czło­wiek oba­wia­ją­cy się nie może być lide­rem i wte­dy czę­sto koń przej­mu­je kon­tro­lę nad sytu­acją. Właściwe pro­wa­dze­nie konia, któ­ry nas sza­nu­je, ma olbrzy­mie zasto­so­wa­nie u koni po kon­tu­zjach, gdyż pozwa­la na bez­piecz­ne pro­wa­dza­nie stę­pem nawet konia peł­ne­go energii.

Dominacja

Wypracowanie domi­na­cji jest trud­niej­szą spra­wą i wyma­ga wie­dzy z zakre­su zacho­wań koni w sta­dzie. W skró­cie domi­na­cja pole­ga na pano­wa­niu nad rucha­mi konia zarów­no w ruchu, jak i w stój, czy­li spra­wie­niu, że koń będzie podą­żał tam, gdzie chce­my, i w taki spo­sób, jak chce­my. Jednym z pod­sta­wo­wych i naj­czę­ściej sto­so­wa­nych ćwi­czeń jest pod­no­sze­nie nóg konia. W kla­sy­ce robi się to po to, aby wyczy­ścić kopy­ta, jed­nak nie zda­je­my sobie spra­wy, jak wspa­nia­le moż­na to ćwi­cze­nie wzbo­ga­cić, sta­wia­jąc nogę na jakimś przed­mio­cie. Pozwala nam to na swo­bod­ne ope­ro­wa­nie noga­mi konia, co ozna­cza dla nie­go, że jeste­śmy prze­wod­ni­kiem sta­da. Dla wete­ry­na­rza i kowa­la ozna­cza to nato­miast znacz­nie łatwiej­szą i bez­piecz­niej­szą pracę.
Kolejnym wspa­nia­łym ćwi­cze­niem jest „odan­ga­żo­wa­nie” zadu. Zad u konia jest „sil­ni­kiem napę­do­wym”. Jeśli go odłą­czy­my, zaczy­na­my pano­wać nad ruchem konia. Ćwiczenie pole­ga na pro­wo­ko­wa­niu konia do wkro­cze­nia zadnią nogą pod kło­dę, jak na zdję­ciu powy­żej. Trzeba pamię­tać, że pre­sję wywie­ra­ną na zad konia zaczy­na­my od naj­de­li­kat­niej­szej suge­stii, czy­li myśli. Następnie patrzy­my na sła­bi­znę konia. Jeśli chce­my prze­pro­wa­dzić odan­ga­żo­wa­nie zadu w pra­wo, to na począt­ku kie­ru­je­my nos konia w lewo. Jeśli koń nadal nie reagu­je, robi­my krok w stro­nę zadu, jed­no­cze­śnie deli­kat­nie macha­jąc lin­ką. Presja powin­na nara­stać do momen­tu reak­cji zwie­rzę­cia. Z cza­sem wyma­ga­my od konia coraz wię­cej - dokład­ne­go i ener­gicz­ne­go wyko­na­nia ćwi­cze­nia. Efektem koń­co­wym powin­no być odan­ga­żo­wa­nie zadu zarów­no z zie­mi, jak i z konia tyl­ko od nasze­go spoj­rze­nia. W mnie­ma­niu konia taka umie­jęt­ność sta­wia nas wyżej w hierarchii.
Nie chcia­ła­bym, aby­ście pań­stwo myśle­li, że „bawiąc się w natu­ral”, prze­sta­nie­cie jeź­dzić kon­no, tyl­ko będzie­cie musie­li w kół­ko machać lin­ką. Uważam jedy­nie, że konie w natu­rze nie sta­wia­ją przed sobą tyle zadań, ile im wyzna­cza­my. Aby czu­ły się bez­piecz­nie w śro­do­wi­sku, któ­re dla nich stwo­rzy­li­śmy, powin­ni­śmy poświę­cić odpo­wied­nią ilość cza­su na przy­sto­so­wa­nie ich do takie­go życia. Startując na koniu, któ­re­mu poświę­ci­li­śmy czas, spra­wia­my, że mamy ufne­go, chęt­ne­go do wyzwań i współ­pra­cy wierz­chow­ca. Będzie on rów­nież sta­rał się podą­żać za naszą naj­mniej­szą suge­stią, przez co jaz­da na takim koniu będzie czy­stą przy­jem­no­ścią. Zainteresowanych takim podej­ściem odsy­łam na stro­nę www.jnbt.pl.

Podsumowując - wła­śnie teraz, gdy wasz koń jest zdro­wy, war­to zasta­no­wić się nad rela­cją, jaką z nim stwo­rzy­li­ście, gdyż od niej zale­ży jego poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, a co za tym idzie bez­pie­czeń­stwo wasze, wete­ry­na­rza, kowa­la i innych osób pra­cu­ją­cych z waszym koniem.

Więcej w Hodowla

Na górę