Connect with us

Jeźdźca pro­mu­je koń

Sport i wyścigi

Jeźdźca pro­mu­je koń

Jan Skoczylas

Trenujemy po to, żeby zdo­być potrzeb­ne umie­jęt­no­ści. Trenujemy po to, żeby orga­nizm bez tru­du radził sobie z wysił­kiem. Pilnie i wytrwa­le roz­wi­ja­my spraw­no­ści psy­cho­mo­to­rycz­ne, dosko­na­li­my tech­ni­kę, uczy­my się stra­te­gii i tak­ty­ki… Trenujemy po to, żeby wygry­wać, żeby być naj­lep­szym.

Żeby być naj­lep­szym, trze­ba być fan­ta­stycz­nie przy­go­to­wa­nym. Kłopot w tym, że na dużej impre­zie spor­to­wej pra­wie wszy­scy są fan­ta­stycz­nie przy­go­to­wa­ni. Sport wyczy­no­wy pro­mu­je jed­nost­ki wybit­ne. Zarówno nie­zwy­kle kom­pe­tent­nych tre­ne­rów, jak i nie­prze­cięt­nie uta­len­to­wa­nych zawod­ni­ków. W jeź­dziec­twie zawod­ni­kiem jest para: jeź­dziec i wierz­cho­wiec. Każdy tre­ner przy­go­to­wu­je do zawo­dów trzy jed­nost­ki: czło­wie­ka, konia i… jed­ność tych dwóch. Jak tre­nu­je­my – to jed­no. Kogo tre­nu­je­my – to dru­gie. Nie może być mowy o zwy­cię­stwach, jeśli tre­no­wa­ni nie będą dys­po­no­wa­li wro­dzo­ny­mi pre­dys­po­zy­cja­mi dale­ko wykra­cza­ją­cy­mi poza prze­cięt­ną.

Wygrywa się arty­zmem

Jeźdźca promuje końObraz jeź­dziec­twa bar­dzo się zmie­nił w ostat­nich latach, w Polsce i na całym świe­cie. Jeszcze nie tak daw­no wygry­wał ten, kto popeł­nił mniej istot­nych błę­dów. Obecnie trze­ba być bez­błęd­nym i to mało – trze­ba się wyróż­niać na tle innych wspa­nia­łych. Trzeba być dosko­na­łym i swo­bod­nym. W Londynie jeden punkt za prze­kro­cze­nie nor­my cza­su eli­mi­no­wał z wal­ki o zło­to, a wyśmie­ni­ty jeź­dziec Nick Skelton na sku­tek jed­nej zrzut­ki stra­cił miej­sce na podium. W ujeż­dże­niu też zdą­ży­li­śmy się odzwy­cza­ić od zwy­cię­skich koni popeł­nia­ją­cych błę­dy. Wygrywa się arty­zmem, pre­cy­zja to za mało. Artyzm wyma­ga swo­bo­dy i uza­sad­nio­nej pew­no­ści sie­bie. Jeśli nie dys­po­nu­je się koniem naj­lep­szym-z-naj­lep­szych, taka swo­bo­da jest nie­moż­li­wa. Wrodzone pre­dys­po­zy­cje konia deter­mi­nu­ją też czas potrzeb­ny na jego szko­le­nie, a ten czas prze­li­cza się na nie­ba­ga­tel­ne sumy uby­wa­ją­ce z port­fe­li finan­su­ją­cych całą „zaba­wę”.
Nie od dziś wia­do­mo, że wybit­ny koń jest w sta­nie wynieść jeźdź­ca na szczy­ty. Współczesny układ uwa­run­ko­wań spra­wia, nie­ste­ty, że dosko­na­ły koń jest w sta­nie zapew­nić względ­ny suk­ces czło­wie­ko­wi, któ­ry wca­le do wybit­nych jed­no­stek nie nale­ży. Do (bez­względ­nej) wygra­nej nie­zbęd­ny jest wyso­ki poziom i konia, i jeźdź­ca, i wza­jem­nej har­mo­nii, ale fan­ta­stycz­ny koń jest war­to­ścią nie do prze­ce­nie­nia. Znaczenie jako­ści koni (i zna­cze­nie źró­deł finan­so­wa­nia) udo­wod­ni­ły ostat­nio repre­zen­ta­cje Arabii Saudyjskiej i Ukrainy. Oczywiście nie­zbęd­ne jest tak­że sys­te­mo­we pro­jek­to­wa­nie całe­go pro­ce­su uzy­ski­wa­nia zna­czą­cych wyni­ków.

Koń jest spor­tow­cem

Status konia w spo­rcie jeź­dziec­kim jest dość skom­pli­ko­wa­ny. Koń jest spor­tow­cem, part­ne­rem i przy­ja­cie­lem, isto­tą zależ­ną i zda­ną na naszą opie­kę, ale jest też rze­czą (w sen­sie praw­nym), obiek­tem pod­le­ga­ją­cym pra­wom wła­sno­ści, kosz­tow­nym (i zawod­nym) sprzę­tem spor­to­wym. Podmiotem i przed­mio­tem. Sprawę kom­pli­ku­je fakt, że kosz­ty utrzy­ma­nia konia są wyso­kie i nie­mal jed­na­ko­we, nie­za­leż­nie od tego, czy jest to osob­nik wybit­ny czy mier­ny. Jednocześnie ludzie przy­wią­zu­ją się (i powin­ni) do swo­ich pod­opiecz­nych i part­ne­rów w tru­dzie. Rzecz w tym, żeby swo­ją wię­zią emo­cjo­nal­ną zarzą­dzać opty­mal­nie. Nasz ulu­bie­niec z kimś innym może stwo­rzyć parę ide­al­ną, a my może­my zna­leźć part­ne­ra na mia­rę naszych ambi­cji. Przynajmniej teo­re­tycz­nie. Teoria zmie­nia się w prak­ty­kę, gdy idą za nią odpo­wied­nie finan­se. W Polsce jeźdź­cy rzad­ko dys­po­nu­ją staw­ką koni umoż­li­wia­ją­cą sprze­daż konia przy­go­to­wa­ne­go do wyso­kich klas, a jed­nak nie­od­po­wia­da­ją­ce­go w stu pro­cen­tach; wymia­nę na konia nie­ustę­pu­ją­ce­go kla­są, przy­go­to­wa­niem. Sprzedaż zbyt czę­sto ozna­cza regres spor­to­wy – trze­ba przy­go­to­wać następ­ne­go konia, może poten­cjal­nie lep­sze­go, ale za rok, dwa, trzy. Jeźdźcy funk­cjo­nu­ją na zasa­dzie berajt­rów – przy­go­to­wu­ją konie dla innych i cofa­ją się zno­wu i zno­wu na spor­to­wej ścież­ce. Lub sta­le dosia­da­ją swo­je­go wycho­wan­ka, ze świa­do­mo­ścią, że jego cechy ogra­ni­cza­ją roz­wój. W każ­dych oko­licz­no­ściach jeden koń, nawet dosko­na­ły, to za mało, żeby osią­gnąć suk­ces. Sport wyczy­no­wy wyma­ga staw­ki koni – wyso­kiej kla­sy i przy­go­to­wa­nych do poważ­nych wyzwań. Skąd wziąć taką staw­kę przy ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ściach finan­so­wych? Co może być atu­tem w ryzy­kow­nym biz­ne­sie, jakim jest współ­cze­sny sport jeź­dziec­ki?
Kiedyś „bra­ło się, co się mia­ło” – „jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Obecnie opcja tra­fie­nia przy­pad­kiem na poten­cjal­ną per­łę i mozol­ne­go dopro­wa­dze­nia jej do naj­wyż­sze­go pozio­mu prak­tycz­nie nie ist­nie­je. Konie do spor­tu dobie­ra się na dro­dze cią­głej eli­mi­na­cji na zasa­dzie pira­mi­dy: z ogrom­nej ilo­ści koni hodo­wa­nych w celach spor­to­wych wybie­ra­my naj­le­piej roku­ją­ce, z ogrom­nej ilo­ści „mło­dych zdol­nych” zno­wu wybie­ra­my wybit­ne, potem eli­mi­nu­je­my zno­wu i zno­wu. Z licz­ne­go pogło­wia „wszyst­ko­ma­ją­cych” w wyso­kim spo­rcie zosta­ją poje­dyn­cze osob­ni­ki. Nie wybie­ra­my z licz­nej gru­py koni mar­nych. Wybieramy spo­śród koni poten­cjal­nie dosko­na­łych. Posiadanie jed­ne­go, dwóch, nawet trzech koni tego typu nie jest gwa­ran­cją suk­ce­su. Bo koń jest „zawod­nym sprzę­tem” i nie pod­le­ga wie­lo­let­niej gwa­ran­cji pro­du­cen­ta. No i zmar­no­wać moż­li­wo­ści konia jest znacz­nie łatwiej, niż je w peł­ni roz­wi­nąć i wyko­rzy­stać.

Stworzyć „konia ide­al­ne­go”

Hodowcy od wie­lu lat usil­nie pra­cu­ją nad dostar­cza­niem do spor­tu coraz lep­szych koni, coraz lepiej wyse­lek­cjo­no­wa­nych już na eta­pie sta­nów­ki. Dopracowali się, tak­że dzię­ki zdo­by­czom nauki, zasad koja­rze­nia i wycho­wu. Wiedzą, któ­re cechy zwięk­sza­ją praw­do­po­do­bień­stwo suk­ce­su. W świa­do­mie pro­wa­dzo­nych hodow­lach lista cech wybra­nych do wstęp­nej selek­cji ule­ga stop­nio­we­mu zawę­że­niu. Coraz lepiej wia­do­mo, któ­re pre­dys­po­zy­cje z dużym praw­do­po­do­bień­stwem roku­ją dobrze, a któ­re są mało istot­ne.
Hodowcy są ludź­mi. Postępowaniem ludzi kie­ru­ją moty­wy, a te, jak zawsze, ukła­da­ją się pomię­dzy skraj­nym ide­ali­zmem a skraj­nym prag­ma­ty­zmem. Są tacy, któ­rzy będą pono­sić istot­ne nakła­dy, aby stwo­rzyć „konia ide­al­ne­go” dla wła­snej satys­fak­cji, tacy, któ­rzy będą pro­du­ko­wać towar wg potrzeb klien­tów, tacy, któ­rych będzie inte­re­so­wał wyłącz­nie doraź­ny zysk. Jednak w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze hodow­la koni jest po pro­stu biz­ne­sem jak każ­dy inny, a zada­niem każ­de­go pro­du­cen­ta jest dostar­cze­nie takie­go towa­ru, któ­ry znaj­dzie nabyw­ców i pozwo­li wypra­co­wać zyski. Dlatego nie usta­je się w wysił­kach, żeby do spor­tu wypro­du­ko­wać takie konie, jakich życzą sobie nabyw­cy: jeźdź­cy i ci, któ­rzy finan­su­ją ich trud. Współczesny koń musi być efek­tow­ny, bar­dzo sil­ny i dyna­micz­ny, dys­po­no­wać wro­dzo­ną ela­stycz­no­ścią i łatwo pod­po­rząd­ko­wy­wać się czło­wie­ko­wi. Musi też być dziel­ny spor­to­wo, cokol­wiek to ozna­cza – ale tę cechę jest nie­zwy­kle trud­no prze­wi­dzieć.
Nie nale­ży się łudzić, że jaki­kol­wiek koń będzie miał wszyst­kie pożą­da­ne zale­ty. Na rzecz wymie­nio­nych cech powszech­nie rezy­gnu­je się m.in. ze zdro­wia i odpor­no­ści. Jeżeli komuś nie wyda­je się to oczy­wi­ste, niech spró­bu­je się zasta­no­wić, z jakich przy­czyn dolew np. peł­nej krwi nie jest tak duży, jak powszech­nie wia­do­mo, że powi­nien być. Nieważne, że każ­dy koniarz zapy­ta­ny, jaka zale­ta konia jest naj­waż­niej­sza, z mar­szu odpo­wie: żeby był zdro­wy. Ogólna odpor­ność koni jest poświę­ca­na, bo… na bied­ne­go nie tra­fi­ło. Kto bawi się w sport jeź­dziec­ki, tego ma być stać na kosz­tow­ną opie­kę, zabie­gi wete­ry­na­ryj­ne i na… czę­stą wymia­nę „par­ku maszy­no­we­go”. W spo­rcie wyczy­no­wym zosta­ją te konie, któ­re (przy peł­nym wspar­ciu) dają radę, resz­ta znaj­du­je mniej wyma­ga­ją­cych nabyw­ców. Konsekwencje tej sytu­acji (oczy­wi­stej prze­cież – coś za coś) pono­szą wła­ści­cie­le cień­szych port­fe­li i ci, któ­rzy do wyso­kie­go spo­tu dopie­ro aspi­ru­ją. Obecnie coś takie­go jak koń-pro­fe­sor do wyso­kie­go spor­tu za umiar­ko­wa­ne pie­nią­dze po pro­stu nie ist­nie­je, a i za poważ­ne fun­du­sze zna­leźć go trud­no. Intensywnie roz­wi­ja się hodow­la koni wręcz gwa­ran­tu­ją­cych spek­ta­ku­lar­ne suk­ce­sy jako mło­de konie, ale nie gwa­ran­tu­ją­cych przej­ścia peł­nej ścież­ki roz­wo­ju.
„Oszczędzanie” koni nie jest żad­nym wyj­ściem, bo ilość i sto­pień trud­no­ści star­tów prze­kła­da się na bez­cen­ne doświad­cze­nie. Natomiast roz­wo­jem spor­to­wym konia koniecz­nie trze­ba zarzą­dzać opty­mal­nie i zawsze za suk­ces nale­ży poczy­tać nie­zmar­no­wa­nie poten­cja­łu. Zaprzepaścić zdol­no­ści konia jest nie­zwy­kle łatwo. Nasze wierz­chow­ce są kru­che i deli­kat­ne (choć­by ich hodow­la była bar­dzo ukie­run­ko­wa­na na odpor­ność), bo kru­che i ulot­ne jest życie. Ale każ­da isto­ta żywa ma sil­ny instynkt prze­trwa­nia, ogrom­ny poten­cjał samo­le­cze­nia, zdol­no­ści adap­ta­cyj­ne (na któ­rych bazu­je każ­dy tre­ning), poten­cjał roz­wo­jo­wy. Czemu da się szan­se roz­wi­nąć do doj­rza­ło­ści – to się roz­wi­nie. Biologiczna deter­mi­na­cja życia w kie­run­ku roz­wo­ju jest powszech­nie nie­do­ce­nia­na.
Zbyt czę­sto nie daje­my szans na roz­kwit­nię­cie, nie wyko­rzy­stu­je­my sił peł­nej doj­rza­ło­ści, nie uwzględ­nia­my cza­su odpo­czyn­ku, nie pozwa­la­my natu­rze przy­wró­cić peł­nej spraw­no­ści.

Błędy się msz­czą

Optymalne wyko­rzy­sta­nie koni nie ozna­cza prze­cią­ga­nia cza­su tre­nin­gu w nie­skoń­czo­ność. Ramy roz­wo­ju uta­len­to­wa­ne­go wierz­chow­ca wystar­cza­ją­co okre­śla­ją prze­pi­sy FEI. Pod kil­ko­ma warun­ka­mi: koń jest w sta­łym sen­sow­nym tre­nin­gu, z uwzględ­nie­niem wypo­czyn­ku, ale bez przerw na kon­tu­zje czy złe warun­ki tre­nin­go­we, jego moż­li­wo­ści są nie­prze­cięt­ne (nie­ko­niecz­nie wybit­ne), nie jest jed­nost­ką póź­no doj­rze­wa­ją­cą ani… wybit­ną (bo te wybit­ne potrze­bu­ją cza­sem wybit­nie zin­dy­wi­du­ali­zo­wa­ne­go podej­ścia). Optymalne wyko­rzy­sta­nie koni nie pole­ga na ich bez­względ­nej eks­plo­ata­cji ani na zani­ża­niu pozio­mu star­tów. Są błę­dy, któ­re zemsz­czą się zawsze: rwa­ny, cha­otycz­ny rytm tre­nin­gów i star­tów, prze­ska­ki­wa­nie eta­pów roz­wo­ju i pozo­sta­wia­nie luk w wyszko­le­niu, trak­to­wa­nie wszyst­kich star­tów jak doce­lo­we­go wyzwa­nia (a muszą być star­ty tre­nin­go­we i kon­tro­l­ne). Pewna cecha koni wymy­ka się pre­cy­zyj­nym pomia­rom. Jest to ich walecz­ność i dobra wola. Te rezer­wy nie­zwy­kle łatwo jest przed­wcze­śnie wyczer­pać. Z pew­no­ścią nie będzie dobrze wyko­rzy­sta­ny tak­że wybit­ny koń, któ­ry całe życie cho­dzi L, bo jego jeź­dziec nie pla­nu­je wię­cej.
Nad opty­ma­li­za­cją łamią sobie gło­wy naj­tęż­sze umy­sły świa­ta. Sukces wyma­ga opty­ma­li­za­cji dobrze zapro­jek­to­wa­ne­go pro­ce­su. W warun­kach eko­no­micz­nych, w któ­rych przy­szło nam żyć i dzia­łać, opty­mal­ne wyko­rzy­sta­nie koni powin­no być naszą naj­więk­szą wspól­ną tro­ską. Optimum w spo­rcie ozna­cza też selek­cję. Ostrą, sku­tecz­ną i tak­że – nega­tyw­ną. U nas jest ina­czej. Nie dzia­ła żaden sys­tem selek­cjo­no­wa­nia i odrzu­ca­nia koni ani oce­ny ich pre­dys­po­zy­cji. Klient poszu­ku­ją­cy wierz­chow­ca nie znaj­du­je żad­ne­go zor­ga­ni­zo­wa­ne­go wspar­cia, „każ­dy sobie rzep­kę skro­bie”, bez prze­rwy poko­nu­jąc te same trud­no­ści. Konie, któ­re powin­ny być nega­tyw­nie wyse­lek­cjo­no­wa­ne, i tak zosta­ją w spo­rcie i w hodow­li. Jednocześnie wystę­pu­je zja­wi­sko „strze­la­nia sobie w sto­pę”, bo tyl­ko tak nale­ży oce­nić nie­prze­my­śla­ne kopio­wa­nie spo­so­bów i zasad selek­cji z kra­jów, któ­re mają o wie­le szer­szą pod­sta­wę pira­mi­dy koni uta­len­to­wa­nych. Stawianie zbyt wcze­śnie zbyt wyso­kich wyma­gań, dosto­so­wa­nych do koni o ogrom­nych moż­li­wo­ściach, to utrą­ca­nie swo­ich zaso­bów, a sta­wia­nie zbyt małych – doni­kąd nie pro­wa­dzi. Naprawdę powin­ny się zna­leźć oso­by, któ­re zapro­jek­tu­ją sys­tem (!) postę­po­wa­nia z koń­mi spor­to­wy­mi dosto­so­wa­ny do naszych warun­ków. Taki sys­tem nie był­by żad­nym przy­mu­sem – był­by nie­oce­nio­ną pomo­cą.

Trzeba szu­kać i wybie­rać

Wyczynowy sport jeź­dziec­ki nasu­wa mi porów­na­nie do… prze­my­słu kine­ma­to­gra­ficz­ne­go. Każdy, abso­lut­nie każ­dy może sobie nakrę­cić film kame­rą, choć­by w tele­fo­nie. Ale żeby stwo­rzyć super­pro­duk­cję, potrzeb­na jest… super­pro­duk­cja. Potrzebne są i wybit­ne talen­ty, i rze­mieśl­ni­cy, potrzeb­ny jest pro­du­cent (pomy­sło­daw­ca i finan­su­ją­cy), orga­ni­za­tor pro­duk­cji, sce­na­riusz, reży­ser, sce­no­graf, ludzie odpo­wie­dzial­ni za casting (tak, tak), nie byle jakie stu­dio fil­mo­we, pro­fe­sjo­nal­ny sprzęt, nazwi­ska fir­mu­ją­ce całość. Wielu marzy o byciu wybit­nym i wzię­tym akto­rem, uda­je się jed­nost­kom, ale rze­sze osób utrzy­mu­ją sie­bie i rodzi­ny w zawo­dach zwią­za­nych z pro­duk­cją.
Szczególną uwa­gę chciał­bym zwró­cić na casting. Gdy NBA poszu­ku­je zawod­ni­ków, zaj­mu­ją się tym licz­ni dobrze opła­ca­ni fachow­cy. Jeździectwo jest spor­tem podob­ne­go typu: tech­nicz­no-akro­ba­cyj­nym. Nie ma mowy o suk­ce­sach bez wybit­ne­go talen­tu moto­rycz­ne­go. Jeździec nie musi być wybit­ny – wcze­śniej czy póź­niej, lepiej lub gorzej, poświę­ca­jąc mniej lub wię­cej środ­ków – każ­de­go wyszko­lić się da, ale koń musi. Żeby nie wiem jak usta­lać obiek­tyw­ne i wymier­ne kry­te­ria, nadal oce­na, kto jest talen­tem, pozo­sta­je intu­icyj­na: mówi się o wyczu­ciu, oku i nosie. Konia (zdro­we­go) powi­nien wybie­rać nabyw­ca, tre­ner, jeź­dziec spe­cja­li­sta, jeź­dziec doce­lo­wy i nie­do­brze, jeśli jest to jed­na i ta sama oso­ba. Ktoś powi­nien być kry­tycz­ny, ktoś mniej, ktoś patrzeć ide­ali­stycz­nie, ktoś prag­ma­tycz­nie, ktoś oce­niać z zie­mi, ktoś z sio­dła, ktoś trzy­mać się „tu i teraz”, ktoś być wizjo­ne­rem. Trzeba szu­kać i wybie­rać, cią­gle i cią­gle. Oprócz star­tów to naj­waż­niej­sze zada­nie poważ­ne­go, pro­fe­sjo­nal­ne­go zawod­ni­ka. Kłopot w tym, że zawod­nik, któ­ry w pocie czo­ła musi zara­biać na przy­sło­wio­we waci­ki, nie ma na to moż­li­wo­ści, cza­su ani moty­wa­cji. I mało jest osób, któ­re mają takie doświad­cze­nie i wyczu­cie, że potra­fią traf­nie oce­nić pre­dys­po­zy­cje konia i wykre­ować pro­roc­two, któ­re się speł­ni. Mało kto miał oka­zję dosia­dać setek koni, w tym doświad­czo­nych i doj­rza­łych. A taki sku­tecz­ny pro­rok jest jedy­ną szan­są. Bo, naj­moc­niej prze­pra­szam, świet­na zna­jo­mość rodo­wo­dów to dużo, ale to za mało. Jeszcze jest „tech­nicz­na stro­na” zaku­pu. Niezależnie od gru­bo­ści port­fe­la. Tak się skła­da, że sprze­da­ją­cy zawsze jest więk­szym fachow­cem w sprze­da­wa­niu niż nabyw­ca w kupo­wa­niu – gdy mowa o koniach poten­cjal­nie wybit­nych.
Nie zano­si się na to, żeby szyb­ko było nas stać na super­pro­duk­cję. Jeśli chce­my hitu – musi­my sta­wiać na kino stu­dyj­ne. Tylko nie mar­nej jako­ści. Na małą ska­lę, ale wszyst­ko musi być na tip-top. Jeśli nie zmie­ni się zarów­no sys­te­mo­we, jak i indy­wi­du­al­ne podej­ście do spor­tu, sta­le będzie­my sły­szeć, że „zabra­kło tro­chę szczę­ścia, aby nasi zawod­ni­cy mogli wal­czyć w sze­ro­kim fina­le”.
Chciałbym zakoń­czyć trze­ma ape­la­mi, bo jedy­nie ape­lo­wać mogę. Żebyśmy pochop­nie nie wie­sza­li psów na prze­cięt­nym zawod­ni­ku, któ­ry dys­po­nu­je świet­nym koniem. To jego ogrom­na zasłu­ga, że takie­go konia ma, ale w jeź­dziec­twie wal­czy para. Jeżeli ktoś dys­po­nu­je koniem o ogrom­nych moż­li­wo­ściach, a sam nie ma sto­sow­nych ambi­cji ani aspi­ra­cji, niech roz­wa­ży zna­le­zie­nie konio­wi jeźdź­ca, któ­ry te moż­li­wo­ści spo­żyt­ku­je – z korzy­ścią mate­rial­ną lub pre­sti­żo­wą dla dotych­cza­so­we­go (lub nadal) wła­ści­cie­la. Oraz apel do hodow­ców i ogól­nie osób nasta­wio­nych na zyski ze sprze­da­ży koni, żeby w swo­ich pla­nach i spo­so­bach postę­po­wa­nia uwzględ­nia­li nie tyl­ko doraź­ną korzyść, ale ewen­tu­al­ność dłu­go­fa­lo­wej inwe­sty­cji.
Nadal moc­no wie­rzę, że na pol­skim fir­ma­men­cie jeź­dziec­kim może poja­wić się praw­dzi­wa gwiaz­da. Muszę w to wie­rzyć, wszak każ­dy żoł­nierz nosi buła­wę mar­szał­kow­ską w ple­ca­ku.

Więcej w Sport i wyścigi

Na górę