Connect with us

Hodowca i Jeździec

Demokracja zwy­cię­ży

Wywiad

Demokracja zwy­cię­ży

Rozmawiał: Michał Wierusz-Kowalski

Jeszcze tyl­ko kil­ka tygo­dni dzie­li nas od Walnego Zjazdu Sprawozdawczo-Wyborczego Polskiego Związku Hodowców Koni. W dru­giej poło­wie maja dele­ga­ci namasz­cze­ni przez śro­do­wi­sko wybio­rą wła­dze Związku. Temperatura dys­ku­sji rośnie. Wśród fawo­ry­tów do sta­no­wi­ska przy­szłe­go pre­ze­sa wymie­nia się m.in. Jacka Saborskiego, z któ­rym roz­ma­wia­my na temat kon­dy­cji i wizji rodzi­mej branży.

Jacek Soborski fot. Paulina Peckiel

Jacek Soborski
fot. Paulina Peckiel

Od kil­ku kaden­cji jest Pan we wła­dzach PZHK. Z wykształ­ce­nia jest Pan leśni­kiem. Proszę więc powie­dzieć, jak zaczę­ła się Pana przy­go­da z koń­mi, kie­dy i w jakich oko­licz­no­ściach tra­fił Pan do tego środowiska?
– Konie w moim życiu są od zawsze, zresz­tą jak w całej mojej rodzi­nie. Dziadek był zarząd­cą mająt­ku ziem­skie­go rodzi­ny Patków w Nietulisku koło Ostrowca Świętokrzyskiego. Jego zdję­cie na iza­be­lo­wa­tej kla­czy, zro­bio­ne oczy­wi­ście na dłu­go przed II woj­ną świa­to­wą, wisi u mnie w domu. Z kolei ojciec, przed­wo­jen­ny absol­went SGGW w Warszawie, ofi­cer zwia­dow­czy pod­czas kam­pa­nii wrze­śnio­wej, jako leśnik nie wyobra­żał sobie służ­by bez konia. Pod pseu­do­ni­mem Gniady brał udział w powsta­niu war­szaw­skim… Po woj­nie został nad­le­śni­czym w Urszulewie koło Rypina (obec­nie woj. kujaw­sko-pomor­skie), gdzie się uro­dzi­łem i miesz­kam. Ja w teren jeż­dżę nie­ste­ty samo­cho­dem, ale ojciec jeź­dził tyl­ko parą dobrych koni, któ­re rów­nież pra­co­wa­ły w polu, po to żeby utrzy­mać rodzi­nę z depu­ta­tu rol­ne­go. Mówi się o mnie i moim bra­cie Wojtku, że zosta­li­śmy poczę­ci na brycz­ce. Brat gospo­da­ru­ją­cy w sąsiedz­twie jest zapa­lo­nym hodow­cą, ma oko­ło 40 koni rasy sp. Był pierw­szym, któ­ry za komu­ny wystar­to­wał jako repre­zen­tant PGR-u w mistrzo­stwach w powo­że­niu w Książu, budząc wśród zawod­ni­ków PSO i SK uśmiech i podziw jed­no­cze­śnie. Ja po stu­diach, któ­re skoń­czy­łem na AR w Poznaniu i SGGW w Warszawie, za swo­je pierw­sze zaro­bio­ne pie­nią­dze kupi­łem oczy­wi­ście… konie, pod­czas gdy moi rówie­śni­cy roz­bi­ja­li się na emzet­kach i junakach.
W swo­jej karie­rze hodow­la­nej wyho­do­wa­łem kil­ka­dzie­siąt kla­czy i parę ogie­rów (jeden z nich, Patryk, po zakła­dzie tre­nin­go­wym w Kwidzynie, sta­cjo­no­wał w PSO Sieraków). Obecnie mam czte­ry kla­cze szla­chet­ne, dwa ślą­skie wała­chy zaprzę­go­we i tro­je źre­biąt po tra­keń­skim Czarczafie. Zawsze twier­dzi­łem, że nawet naj­lep­szy koń sto­ją­cy w staj­ni to zło­to na śmiet­ni­ku. Dlatego razem z bra­tem prze­pro­wa­dzi­li­śmy pierw­sze ama­tor­skie zawo­dy zaprzę­go­we, któ­re odby­ły się chy­ba w 1987 r. w Sosnowie koło Rypina. Podobne zawo­dy odby­wa­ją się rok­rocz­nie, ponie­waż od kil­ku­na­stu lat pro­wa­dzi­my Kujawsko-Warmińsko-Mazowiecką Ligę Zaprzęgową. W 2011 r. w Bydgoszczy zdo­by­łem wice­mi­strzo­stwo Polski ama­to­rów w zaprzę­gach paro­kon­nych, dwa lata póź­niej w Kwiekach zosta­łem mistrzem Polski, a mój brat Wojciech zdo­był wice­mi­strzo­stwo. Zawsze star­tu­je­my w konie pol­skiej hodow­li, któ­re sami przygotowujemy.
Od roku 1996 jestem pre­ze­sem Kujawsko-Pomorskiego Związku Hodowców Koni. Kiedy obją­łem tę funk­cję, zwią­zek był w głę­bo­kiej zapa­ści: pusta kasa, pod­ra­bia­ne licen­cje itp. Wiele lat kon­se­kwent­nej pra­cy dopro­wa­dzi­ło do tego, że moim zda­niem jeste­śmy dobrze funk­cjo­nu­ją­cym związ­kiem. Ponadto przez wie­le lat w Nadleśnictwie Skrwilno, któ­rym kie­ru­ję, pro­wa­dzi­łem hodow­lę koni zim­no­krwi­stych na potrze­by Lasów Państwowych, do zryw­ki drewna.
Przepraszam za ten dłu­gi wstęp, ale wiem, że przez moich adwer­sa­rzy jestem postrze­ga­ny jako czło­wiek, któ­ry dużo mówi, a mało robi.

Bliżej Panu do teo­rii czy prak­ty­ki hodowlanej?
– Są to spra­wy nie­roz­łącz­ne. Nie uwa­żam się za wiel­ki auto­ry­tet hodow­la­ny i z ogrom­nym uzna­niem i poko­rą spo­glą­dam na Janusza Lawina, Andrzeja Matławskiego, Jarosława Szymoniaka i wie­lu innych fachow­ców. Denerwują mnie jed­nak hodow­cy, któ­rzy na wszyst­kim się zna­ją i zawsze kwe­stio­nu­ją oce­ny komi­sji. Robię wszyst­ko, żeby pod­nieść poziom hodow­li w Polsce: to nasz kujaw­sko-pomor­ski zwią­zek jest pio­nie­rem pry­wat­nych zakła­dów tre­nin­go­wych dla kla­czy, a ostat­nio rów­nież dla ogie­rów. Te zakła­dy: Ciechocinek, Włocławek, a teraz Bielice, same nie powsta­ły – to my orga­ni­zo­wa­li­śmy pierw­sze prze­tar­gi. Wymaga to wie­le wysił­ku, ale jed­nak sta­ra­my się i jeste­śmy dum­ni z efek­tów. A jed­na z pierw­szych prób polo­wych dla kla­czy, prze­glą­dy źre­biąt? To jest część moje­go wkła­du do hodow­li. Teoria? Raczej zarzą­dza­nie. Skończyłem też stu­dia pody­plo­mo­we z zarzą­dza­nia i dla­te­go w tym zakre­sie czu­ję się pewnie.
Wszyscy eks­cy­tu­je­my się Nevadosem, naszym mistrzem świa­ta. Ten koń nie spadł nam z nie­ba, oczy­wi­ście nie ujmu­ję nicze­go jego wspa­nia­łe­mu hodow­cy Stanisławowi Szurikowi, czło­wie­ko­wi wiel­kiej kul­tu­ry i wytrwa­ło­ści, ale Nevados był pro­wa­dzo­ny przez wszyst­kie nasze wysta­wy, gdzie zdo­by­wał tytu­ły czem­pio­na i wice­czem­pio­na. Zauważyły go komi­sje pra­cu­ją­ce na tych wysta­wach, m.in. Andrzej Matławski, Jarosław Szymoniak, Bogdan Kuchejda. Były to wysta­wy z typo­wa­niem źre­biąt przy­go­to­wy­wa­ne przez pra­cow­ni­ków nasze­go KPZHK, z jego kie­row­ni­kiem Jarosławem Lewandowskim. Tym wszyst­kim ludziom nale­ży się duże uznanie.

Jest Pan postrze­ga­ny przez kole­gów jako czło­wiek o sil­nym cha­rak­te­rze. Czuje się Pan mocny?
– Silny cha­rak­ter? Na pew­no tak. Mocny abso­lut­nie się nie czu­ję! Do pro­ble­mów pod­cho­dzę z poko­rą. Wiem, że począt­ko­wo zra­żam do sie­bie ludzi, ale gdy się bli­żej pozna­je­my, rady­kal­nie zmie­nia­ją o mnie zda­nie. Mam wie­lu przyjaciół.

Nie boi się Pan kon­fron­ta­cji i mówie­nia, co myśli. Czy to wyni­ka z tro­ski o losy koni w Polsce?
– Tak, mówić pro­sto w oczy to moja dewi­za, nie­ste­ty w mło­dej pol­skiej demo­kra­cji mało popu­lar­na. Większość dys­ku­tan­tów odbie­ra taką posta­wę jako wro­gość, atak. Nie mówię tego tyl­ko o naszym Związku, ale rów­nież o swo­jej pra­cy zawo­do­wej czy spo­łecz­nej (dwie kaden­cje byłem prze­wod­ni­czą­cym rady powia­tu). Robię to w tro­sce o cel nad­rzęd­ny. Taki mam styl pra­cy. W tym przy­pad­ku cho­dzi o hodow­lę koni, a nie o chęć zaistnienia.

Czy widzi Pan potrze­bę zmian w struk­tu­rze PZHK w związ­ku z koń­czą­cy­mi się w 2020 r. unij­ny­mi dotacjami?
– W tej kwe­stii mam roz­bież­ne odczu­cia. Patrząc na pra­cę związ­ku kujaw­sko-pomor­skie­go, któ­rym kie­ru­ję, abso­lut­nie jestem za utrzy­ma­niem obec­nej struk­tu­ry. Z kolei spo­glą­da­jąc np. na zwią­zek zie­lo­no­gór­ski, mam wiel­kie wąt­pli­wo­ści. W każ­dym pro­ce­sie, rów­nież w pro­ce­sie zarzą­dza­nia, czło­wiek jest naj­waż­niej­szym czyn­ni­kiem. Bycie pre­ze­sem związ­ku woje­wódz­kie­go to przede wszyst­kim obo­wią­zek, a nie fasa­da. Nie wie­rzę we wstrzy­ma­nie dota­cji w 2020 r. – był­by to koniec dzia­łal­no­ści nie tyl­ko dla nasze­go związ­ku, ale dla takich bar­dziej zna­czą­cych orga­ni­za­cji, jak zwią­zek hodow­ców bydła i zwią­zek hodow­ców trzo­dy. Nie wyklu­czam koniecz­no­ści łącze­nia się mniej­szych, nie­wy­dol­nych finan­so­wo związ­ków woje­wódz­kich, muszą to być jed­nak suwe­ren­ne decy­zje tych związków.

A jak Pana zda­niem może­my przy­go­to­wać PZHK do samofinansowania?
– Związek już się samo­fi­nan­su­je. Gdyby przej­rzeć stan kapi­ta­łu na kon­tach związ­ków woje­wódz­kich, doszli­by­śmy do wnio­sku, że jeste­śmy jed­nym z bogat­szych związ­ków bran­żo­wych. Podział dota­cji dla związ­ków woje­wódz­kich do 2014 r. był mało czy­tel­ny, uzna­nio­wy, a wie­my, jak z tym jest. Protestowałem prze­ciw­ko temu na posie­dze­niach zarzą­du PZHK, nie­ste­ty bez­sku­tecz­nie. Problem w Zielonej Górze pole­gał m.in. na uzna­nio­wo­ści dota­cji. Były kło­po­ty, to pisa­ło się podan­ko i kasa szła, „no, bo spe­cy­fi­ka związ­ku”. Do cze­go dopro­wa­dzi­li­śmy? Pieniądze pły­nę­ły z PZHK, a konie pię­cio­let­nie, za któ­re moż­na by zwięk­szyć przy­cho­dy – nie­opi­sa­ne. Wnioskowałem o przy­go­to­wa­nie nowej zasa­dy podzia­łu środ­ków. Powstała komi­sja, któ­ra ten pro­jekt opra­co­wa­ła i przy­ję­ła. Przygotowałem go oso­bi­ście, ale został przed­sta­wio­ny przez inne oso­by, bo wie­dzia­łem, że gdy­bym zgło­sił go sam, został­by odrzucony.
W mia­rę spra­wie­dli­wie zosta­ły przy­zna­ne środ­ki na rok 2015, powsta­ła nawet rezer­wa. I co się dzia­ło na koniec roku? Demontaż, wnio­ski od związ­ków, któ­re nawet nie mia­ły kło­po­tów finan­so­wych, „no, ale jak inni piszą, to dla­cze­go nie ja”. W efek­cie sztucz­ny, nie­spra­wie­dli­wy podział nad­wyż­ki, a moż­na było, jak pro­po­no­wa­łem, podzie­lić środ­ki pro­por­cjo­nal­nie do zadań uję­tych w pla­nie. Dostałyby je związ­ki, któ­re pisa­ły wnio­ski, i te dobrze pra­cu­ją­ce, ale wnio­sków nie­skła­da­ją­ce. W ten spo­sób np. pokry­to zawi­nio­ną stra­tę związ­ku zachodniopomorskiego.

A ogra­ni­cze­nie kosz­tów, ewen­tu­al­na reduk­cja zatrud­nie­nia, infor­ma­ty­za­cja – czy i jak Pan by to przeprowadził?
– Ograniczanie kosz­tów? Redukcja eta­tów? O czym mówi­my? To są nie­za­leż­ne decy­zje związ­ków woje­wódz­kich, sfe­de­ro­wa­nych w PZHK. Sprawiedliwy podział środ­ków finan­so­wych spo­wo­du­je pra­wi­dło­wą gospo­dar­kę w suwe­ren­nych związ­kach. Będą musia­ły znik­nąć dys­pro­por­cje kadro­we w związ­kach z tymi samy­mi zada­nia­mi rze­czo­wy­mi. Nasza kadra to wiel­ki kapi­tał, któ­ry gwa­ran­tu­je pra­wi­dło­we wyko­ny­wa­nie zadań.
Z kolei infor­ma­ty­za­cja jest koniecz­no­ścią. Proponowałem już daw­no pro­ste pro­gra­my, cho­ciaż­by opi­sów gra­ficz­nych. Pracuję w fir­mie, któ­ra ma dosko­na­ły sys­tem infor­ma­tycz­ny, przed tym nie ma odwrotu.

Centralizacja czy głęb­sza decen­tra­li­za­cja – w któ­rym kie­run­ku PZHK powi­nien zmie­rzać? W któ­rym kie­run­ku Pan jako szef by poszedł – ogra­ni­cze­nia czy posze­rze­nia auto­no­mii OZHK/WZHK?
– Statut PZHK jest w mia­rę opty­mal­ny, więc kon­se­kwent­nie go reali­zuj­my. Większy musi być nad­zór mery­to­rycz­ny ze stro­ny PZHK nad związ­ka­mi okrę­go­wy­mi, a taką moż­li­wość dają umo­wy pod­pi­sy­wa­ne mię­dzy PZHK i WZHK. Niestety nie korzy­sta­my z tego z róż­nych powo­dów, m.in. z bra­ków kadro­wych w biu­rze PZHK. Pracownicy biu­ra powin­ni cie­szyć się wiel­kim auto­ry­te­tem dzię­ki swo­jej wie­dzy i kompetencjom.
Pozbawienie WZHK pra­cow­ni­ków to fak­tycz­na śmierć tych związ­ków. Spowoduje ogra­ni­cze­nie imprez hodow­la­nych i spor­to­wych do ok. 30 pro­cent obec­nie pro­po­no­wa­nych. Zawsze będą jakieś argu­men­ty na nie. W zasa­dzie jedy­na refor­ma, jaka nam się w Polsce uda­ła, to refor­ma samo­rzą­do­wa. Brońmy więc nasze­go samo­rzą­du hodow­ców koni.
To dzię­ki dzia­łal­no­ści WZHK utwo­rzy­ła się prak­tycz­nie sieć ośrod­ków hodow­li koni; sło­wa uzna­nia dla kra­ku­sów: pre­ze­sów Andrzeja Wody i Zenona Podstawskiego, dyrek­tor Teresy Pracuch za pod­ję­cie tema­tu Klikowej. Ośrodek ten nie­for­mal­nie sta­je się cen­trum hodow­li konia mało­pol­skie­go. Z kolei Książ dzię­ki wysił­ko­wi Janusza Lawina, Pawła Mazurka, Krzysztofa Wójcika i wie­lu innych wspa­nia­łych hodow­ców oraz dzia­ła­czy jest for­mal­ną sto­li­cą konia ślą­skie­go. Żeby nie zape­szyć, ale mam nadzie­ję, że Technikum Hodowli Koni w Bielicach, gdzie prze­pro­wa­dza­ne są zakła­dy tre­nin­go­we dla kla­czy, a nawet ogie­rów, sta­nie się cen­trum hodow­li konia szla­chet­nej pół­krwi. Zaangażowanie hodow­ców i samo­rzą­dow­ców, na cze­le ze sta­ro­stą powia­tu mogi­leń­skie­go Tomaszem Barczakiem, przy wydat­nej pomo­cy nasze­go KPZHK powin­no gwa­ran­to­wać suk­ces w tym zakresie.
Również hodow­cy koni zim­no­krwi­stych, cho­ciaż­by Roman Szultka i Henryk Kuhn, swo­ją hodow­lą udo­wad­nia­ją, że war­to zacho­wać struk­tu­ry okrę­go­we, któ­re reali­zu­ją ich cen­ne ini­cja­ty­wy. Doprowadzili do tego, że konie hodow­li tere­no­wej, sta­no­wią­ce w histo­rii tło dla koni nowo­jan­ko­wic­kich, dziś czę­sto z nimi wygry­wa­ją. Oczywiście nie spo­sób wymie­nić w tym miej­scu wszyst­kich zasłu­żo­nych hodowców.

Proszę o przed­sta­wia­nie Pana sto­sun­ku do związ­ków raso­wych oraz ich roli w struk­tu­rze PZHK.
– Związki raso­we to nasza przy­szłość, nie­ste­ty wal­czy­li­śmy z nimi przez wie­le lat. Oczywiście chciał­bym, żeby były sfe­de­ro­wa­ne w PZHK, ponie­waż duża orga­ni­za­cja ma więk­szą siłę prze­bi­cia (nie­ste­ty obec­nie mar­ną). Trzeba je wzmoc­nić, nawet per­so­nal­nie. Cieszę się, że uda­ło mi się prze­for­so­wać pro­jekt, zgod­nie z któ­rym prze­wod­ni­czą­cy­mi komi­sji ksiąg raso­wych są pra­cow­ni­cy mery­to­rycz­ni związ­ków. Może zro­bić ich koor­dy­na­to­ra­mi raso­wy­mi, dając jakiś doda­tek funk­cyj­ny? Ale wszę­dzie, tak jak wspo­mnia­łem, naj­waż­niej­si są ludzie. Spójrzmy na zwią­zek hodow­ców koni mało­pol­skich i na jego nie­ste­ty byłe­go już pre­ze­sa Bogusława Dąbrowskiego. Czy moż­na sobie wyobra­zić lep­sze­go amba­sa­do­ra? (Troszkę nie­po­kor­ne­go duchem, tak jak i konie tej rasy). Czy byli­by­śmy we Francji bez ich działalności?
Na dru­gim koń­cu nie­ste­ty marazm – zwią­zek sp, któ­re­go czu­ję się ojcem chrzest­nym. Jednak mimo że struk­tu­ry związ­ku funk­cjo­nu­ją nie­mra­wo, komi­sja księ­gi stad­nej sp, w któ­rej dzia­ła­ją człon­ko­wie tego związ­ku, jest chy­ba naj­bar­dziej zapra­co­wa­na – zgła­sza wie­le nowo­cze­snych roz­wią­zań w pro­gra­mach hodow­la­nych. Mam nadzie­ję, że już nie­dłu­go ten stan się zmie­ni. To nie my wymy­śli­li­śmy związ­ki raso­we. Na Ziemi Dobrzyńskiej, skąd pocho­dzę, Związek Hodowców Konia Szlachetnego ist­niał i dzia­łał pręż­nie od 1928 r. Jeżeli już im nie poma­ga­my, to na pew­no nie przeszkadzajmy.

Wierzy Pan w patrio­tyzm kon­su­menc­ki Polaków w kon­tek­ście koni? Jakie konie i dla kogo powin­ni hodo­wać nasi hodow­cy, żeby był na nie zbyt?
– Patriotyzm? W biz­ne­sie? Mówi Pan serio? Polakom bra­ku­je patrio­ty­zmu w Unii Europejskiej, nie może­my się doga­dać w spra­wach istot­nych dla kra­ju, a Pan pyta o patrio­tyzm kon­su­menc­ki. Jakie konie i dla kogo powin­ni hodo­wać nasi hodow­cy, żeby się sprze­da­wa­ły? Odpowiedź jest pro­sta: konie dobre dla kup­ca kra­jo­we­go i zagra­nicz­ne­go, konie przy­go­to­wa­ne, naska­ka­ne, zaprzę­ga­ne. Niech Pan poje­dzie do Rzecznej czy Walewic, pró­bo­wa­łem kupić konie do zaprzę­gu, ale tam są konie dzi­ko żyją­ce – „złap pan sobie i wybierz”. Wartość takich koni to war­tość rzeź­na. Tak więc pra­ca, pra­ca i jesz­cze raz pra­ca. Ta na par­ku­rze, ale i pro­mo­cja, któ­rej bar­dzo czę­sto brakuje.
Poza tym nie­któ­rzy patrio­tyzm rozu­mie­ją dwo­ja­ko: są patrio­ta­mi, kie­dy trze­ba „urzą­dzać” PZHK, a prze­sta­ją nimi być, gdy trze­ba opi­sy­wać konie, korzy­sta­jąc z usług kon­ku­ren­cyj­nych związków.

Na ile Pana zda­niem śro­do­wi­sko jest zde­ter­mi­no­wa­ne, żeby przy­szły zarząd zre­for­mo­wał naszą orga­ni­za­cję? Kto i czy będzie miał wolę wdra­ża­nia zmian?
– Nie dostrze­gam potrze­by więk­szych zmian. Determinacja musi być, jed­nak w reali­za­cji pod­ję­tych pla­nów hodow­la­nych, a nie w kolej­nych zmia­nach orga­ni­za­cyj­nych, rezer­wy w tych ramach są prze­ogrom­ne. Kto to będzie robił, poka­że demokracja.

Jakie pro­ble­my dla PZHK oraz związ­ków woje­wódz­kich mogą się poja­wić w przy­szłej kaden­cji zarządu?
– Nie widzę spe­cjal­ne­go zagro­że­nia. Stanówka się usta­bi­li­zo­wa­ła. Utrzymajmy pogło­wie na obec­nym pozio­mie, pod­no­sząc jego war­tość hodow­la­ną. Duże nadzie­je wią­żę z nowym wice­mi­ni­strem rol­nic­twa Rafałem Romanowskim, któ­ry wywo­dzi się z nasze­go śro­do­wi­ska. Musimy wal­czyć o dopła­ty „zwie­rzę­ce”, pomi­nię­cie koni w tym pro­gra­mie to nie­ste­ty nasza porażka.

Dość o zagro­że­niach. A według Pana jakie mamy szan­se – pomysł na PZHK w per­spek­ty­wie kolej­nych 10 lat?
– Dobra, rze­tel­na, mery­to­rycz­na pra­ca, współ­pra­ca z hodow­la­mi zagra­nicz­ny­mi, ale z pod­nie­sio­ną przy­łbi­cą, a nie z kom­plek­sa­mi. Uwierzmy w pol­skie konie, prze­ko­naj­my do nich czo­łów­kę pol­skich jeźdźców.

Będzie Pan kan­dy­do­wał na pre­ze­sa Związku?
– Zaskoczył mnie Pan tym pyta­niem. Jestem tro­chę roz­cza­ro­wa­ny poprzed­nim zjaz­dem i poprzed­nim wybo­rem pre­ze­sa. Przed zjaz­dem wszyst­ko było już poukła­da­ne, o co nie mam żalu, takie są pra­wa demo­kra­cji. Należało jed­nak zacho­wać pozo­ry. Prowadzący roz­dał kar­ty wybor­cze, następ­nie wezwał do gło­so­wa­nia, a w mię­dzy­cza­sie, opa­mię­tu­jąc się, udzie­lił gło­su kan­dy­da­tom, żeby ci mogli wygło­sić swój pro­gram. Przypuszczam, że nie zmie­ni­ło­by to wyni­ku gło­so­wa­nia, pozo­sta­je jed­nak jakieś „ale”. Późniejsze ata­ki i uwa­gi, nie­ste­ty na łamach nasze­go pisma, o uzur­pa­to­rze, któ­ry odwa­żył się kan­dy­do­wać na pre­ze­sa, były bar­dzo znie­chę­ca­ją­ce. Skorzystałem tyl­ko z przy­słu­gu­ją­ce­go mi pra­wa, po pro­stu. Obecnie stra­szy się mną jako tyra­nem, twar­dzie­lem. Na razie nie roz­wa­żam takiej moż­li­wo­ści. Wiem, że szu­ka się kan­dy­da­ta spo­le­gli­we­go. Do tej roli się nie nada­ję, ale „nigdy nie mów nigdy”, pocze­kaj­my do zjaz­du. Tak czy ina­czej moje ser­ce bije dla hodow­ców koni.

Jacek Soborski fot. Paulina Peckiel

Jacek Soborski
fot. Paulina Peckiel

A kogo widział­by Pan w przy­szłym prezydium?
– Prezydium powin­no się skła­dać przede wszyst­kim z przed­sta­wi­cie­li związ­ków raso­wych, aby mogli zgła­szać takie pro­ble­my, jakie doty­czą ich rasy. Byliby to człon­ko­wie, któ­rzy żyją pro­ble­ma­mi hodow­ców koni. Wskazani są rów­nież ludzie zna­ją­cy się na admi­ni­stra­cji i zarzą­dza­niu. Nie wyobra­żam też sobie w skła­dzie pre­zy­dium nawet naj­wy­bit­niej­szych hodow­ców, ale będą­cych człon­ka­mi związ­ków nie­sfe­de­ro­wa­nych w PZHK, nie­ho­du­ją­cych pol­skich koni.

Więcej w Wywiad

Na górę