Connect with us

Hodowca i Jeździec

Wyścigi kon­ne są jak teatr!

Wywiad

Wyścigi kon­ne są jak teatr!

roz­ma­wia Ewa Jakubowska

Już ponad trzy deka­dy komen­tu­je goni­twy na war­szaw­skim Służewcu. ANDRZEJ SZYDLIK, cho­dzą­ca histo­ria słu­że­wiec­kich wyści­gów, mawia, że zna życie wyści­go­we od pod­szew­ki, ale mimo to cią­gle urze­ka go nie­zwy­kłość tego miejsca!

Od ilu lat jest pan świad­kiem histo­rii wyści­gów konnych?

– Jestem rówie­śni­kiem Toru Wyścigów Konnych na Służewcu. Tor został odda­ny do użyt­ku 3 czerw­ca 1939 r., a ja uro­dzi­łem się we wrze­śniu. Tor wyści­go­wy w Warszawie to mój brat.

 Jak dłu­go jest pan zwią­za­ny z wyścigami?

– Urodziłem się na pla­cu Służewskim, uli­cy rów­no­le­głej do Wałbrzyskiej w Warszawie, czy­li dosłow­nie kil­ka kro­ków od toru wyści­go­we­go. Nolens volens stycz­ność z wyści­ga­mi mia­łem już od naj­młod­szych lat. Mając lat 12 – 13, przy­cho­dzi­łem na tor i jeź­dzi­łem kon­no. Moim nauczy­cie­lem był nie byle kto, tyl­ko sam Walenty Stasiak, fan­ta­stycz­ny czło­wiek i dżo­kej nale­żą­cy do eli­tar­ne­go Klubu 1000, czy­li jeźdź­ców, któ­rzy wygra­li co naj­mniej 1000 gonitw. A prze­pra­co­wa­łem na wyści­gach ponad 40 lat. Przeszedłem wszyst­kie szcze­ble karie­ry. Zaczynałem w staj­ni wyści­go­wej jako chło­piec sta­jen­ny, tak się wów­czas nazy­wa­li pra­cow­ni­cy staj­ni. Pracowałem w kra­ju, a tak­że w Wiedniu razem z tre­ne­rem dok­to­rem Aleksandrem Falewiczem oraz tre­ne­rem Stefanem Bigusem. Byłem kie­row­ni­kiem sta­jen, han­di­ca­pe­rem, sędzią na celow­ni­ku, pra­cow­ni­kiem i kie­row­ni­kiem dzia­łu selek­cji, prze­wod­ni­czą­cym komi­sji tech­nicz­nej, komen­to­wa­łem i komen­tu­ję wyści­gi. Jeździłem kon­no i parę razy dosia­da­łem koni pod­czas wyści­gów jako ama­tor. Niestety moja karie­ra „dżo­ke­ja” szyb­ko się skoń­czy­ła. Byłem dość dobrze zbu­do­wa­ny, za moc­ny, za sil­ny i za duży. Do tego zawo­du trze­ba mieć odpo­wied­nie warun­ki, czy­li po pro­stu odpo­wied­nio niską wagę. Ale oczy­wi­ście jako jeź­dziec ama­tor mogłem jeź­dzić kon­no. Zdarzyło mi się, dosia­da­jąc konia czy­stej krwi arab­skiej, wziąć udział w goni­twie. Jechałem z taki­mi dżo­ke­ja­mi, jak Bujdens, Rejek czy Maciejak. To było w dniu Wielkiej Warszawskiej na dystan­sie 2400 metrów. Byłem trze­ci! Podobno dobrze poje­cha­łem. Dorota Kałuba powie­dzia­ła: To był naj­lep­szy twój wyścig do tej pory! Takie wyróż­nie­nie od Doroty to było coś!

Mój zwią­zek z wyści­ga­mi to nie tyl­ko kwe­stia miej­sca uro­dze­nia, to tak­że rodzin­ne tra­dy­cje. Ojciec był kawa­le­rzy­stą, kochał konie, przed woj­ną przy­cho­dził na tor wyści­go­wy na Polu Mokotowskim. Tak to się zaczęło.

O co cho­dzi z tymi wyści­ga­mi? Czy to są pie­nią­dze, konie, emo­cje, a może wszyst­ko naraz?

– Wyścigami rzą­dzą emo­cje. To jest baj­ka, to jest czar, to jest urok i cudow­ny spo­sób na spę­dze­nie cza­su. To jest po pro­stu fan­ta­stycz­nie pięk­ne, wokół zie­leń, konie gnia­de, siwe, kasz­ta­no­wa­te, jeźdź­cy ubra­ni w kolo­ro­we kurt­ki – feeria barw! Polacy kocha­ją konie, a tota­li­za­tor to tyl­ko przy­jem­ny doda­tek. Wyścigi to wiel­ki teatr. Konie i jeźdź­cy są akto­ra­mi na sce­nie, a my widza­mi. Przedstawienie gra­ne dla wie­lo­ty­sięcz­nej, entu­zja­stycz­nej publicz­no­ści. Do teatru kie­dyś przy­cho­dzi­ło się na Ćwiklińską, Hanuszkiewicza, Łomnickiego, do kaba­re­tu na Sempolińskiego czy Lopka Krukowskiego. Na wyści­gi szło się oglą­dać konie i jeźdź­ców. Ludzie mie­li swo­ich ulu­bio­nych dżo­ke­jów. Głośno ich dopin­go­wa­li: Dawaj, dawaj Biesiada! (Władysław Biesiadziński) lub Dawaj Waluś! (Walenty Stasiak), Dawaj Dulu, toru kró­lu!, Dawaj, dawaj Sałagaj! czy Dawaj, dawaj, Miki Mełniki (Mieczysław Mełnicki).

W 2002 r. na Służewiec przy­był koń Caitano, któ­ry star­to­wał na czte­rech kon­ty­nen­tach, wygrał Wielką Warszawską w impo­nu­ją­cym sty­lu. Cała Warszawa przy­szła go oglą­dać. Koń był wła­sno­ścią Japończyka pana Tanaki (jego żoną była Polka), uro­dził się w Wielkiej Brytanii, tre­no­wa­ny był w Niemczech przez Andreasa Schütza, a dosia­dał go fran­cu­ski dżo­kej William Mongill. Po pro­stu kosmo­po­li­tycz­ny team!

Czy aby grać na wyści­gach, trze­ba się znać na koniach?

– Dobrze by było, gdy­by oso­ba, któ­ra gra, zna­ła się na koniach. Ale to wca­le nie ozna­cza, że wie­dza gwa­ran­tu­je wygra­ną. Czasami o suk­ce­sie decy­du­ją zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­ne sytu­acje. Nie tyl­ko fachow­cy wygry­wa­ją na wyści­gach czy wybie­ra­ją dobre­go konia na aukcji. Kiedy pra­co­wa­łem w Wiedniu, dr Aleksander Falewicz powie­dział mi, że pewien koniu­szy w Niemczech kupił na aukcji konia Filippo, dla­te­go że jego syn miał na imię Filip. Potem ten koń wygrał Derby. Ludzie obsta­wia­ją tak­że konie z nume­ra­mi, któ­re odpo­wia­da­ją ich dacie uro­dze­nia bądź jakiejś waż­nej dacie z ich życia (np. ślu­bu) albo podo­ba się im nazwa konia. Jest koń, któ­ry nazy­wa się Muza Degasa, pew­nie będą chęt­nie go obsta­wiać miło­śni­cy impresjonizmu.

Pierwsze wyści­gi na Służewcu odby­ły się 3 czerw­ca 1939 r. Tor Wyścigów Konnych znaj­do­wał się wów­czas na pery­fe­riach Warszawy. Mimo to otwar­cie przy­cią­gnę­ło tłu­my ludzi. Pierwsze i ostat­nie Derby przed woj­ną mia­ły miej­sce 15 lip­ca tegoż roku. Oglądało je osiem tysię­cy osób. Jak to wyglą­da­ło w powo­jen­nej Polsce?

– Służewiec nawet po woj­nie był dziel­ni­cą pery­fe­ryj­ną. Mieszkałem tam i pamię­tam pola, łąki, żyto… A wie pani, któ­ry koń wygrał pierw­sze Derby w Warszawie? To był Colt tre­no­wa­ny przez Michała Molendę, ojca Stanisława, pod dżo­ke­jem Nowakiem. Ale wróć­my do publicz­no­ści. Pamiętam dosko­na­le powo­jen­ne cza­sy, na wyści­gi przy­cho­dzi­ły tysią­ce ludzi. W tam­tych cza­sach było nie­wie­le imprez spor­to­wych – latach 50. i 60. były mecze lek­ko­atle­tycz­ne, Wyścig Pokoju, któ­rym emo­cjo­no­wa­ła się cała Polska. A wyści­gi na Służewcu odby­wa­ły się regu­lar­nie, naj­pierw tyl­ko w sobo­ty i nie­dzie­le, a póź­niej tak­że w śro­dy. Ludzie przy­cho­dzi­li, bo to była jed­na z nie­licz­nych atrak­cji, i to nie tyl­ko spor­to­wych. Bo wyści­gi to przede wszyst­kim sport. Oczywiście jest przy nich tota­li­za­tor, ale cho­dzi też o roz­wój, czy­li wyło­nie­nie naj­lep­szych koni, któ­re będą uży­te w hodow­li. To sys­tem naczyń połą­czo­nych. Ale też Polacy po pro­stu kocha­ją konie i spor­ty kon­ne, a wyści­gi w szcze­gól­no­ści. Przypomina mi się opo­wieść moje­go nie­ży­ją­ce­go już zna­jo­me­go. Kiedy wybu­chła woj­na, plan wyści­go­wy został zawie­szo­ny. Przyszła nie­dzie­la, a przed bra­mą Służewca usta­wi­li się ludzie. Pracownicy Wyścigów mówią: Ludzie, prze­cież jest woj­na!, a nie­do­szła publicz­ność na to: Wojna woj­ną, ale wyści­gi prze­cież muszą być!

Wyścigi mają to do sie­bie, że na całym świe­cie sku­pia­ją ludzi. W poło­wie XX w. w Anglii, kie­dy trwa­ły Derby w Epson, zawie­sza­no sesje parlamentu!

W latach póź­niej­szych – 80. i 90. – wszyst­ko się zmie­ni­ło. Ludzi na wyści­gach zaczę­ło bywać mniej i ten niski poziom nie­ste­ty nadal się utrzy­mu­je. Dlaczego tak się dzie­je? Oferta imprez spor­to­wych, i nie tyl­ko, jest bar­dzo boga­ta. Jest w czym wybie­rać. Wyścigi muszą się wybi­jać na tle kon­cer­tów, gier, mara­to­nów, tego co ofe­ru­ją kasy­na czy nawet zwy­czaj­ne puby. Walka o widza jest zacię­ta, więc im lep­sze warun­ki spę­dze­nia cza­su się zapro­po­nu­je, tym bar­dziej moż­na liczyć na suk­ces. Totalizator Sportowy odre­mon­to­wał try­bu­nę pierw­szą i dru­gą. Teraz, trze­ba przy­znać, wyglą­da to rewe­la­cyj­nie. Miałem oka­zję bywać na wie­lu torach wyści­go­wych świa­ta i przy­znam, że tak funk­cjo­nal­ny obiekt wyści­go­wy trud­no znaleźć.

Prace nad infra­struk­tu­rą słu­że­wiec­ką roz­po­czę­to w 1926 r., oczy­wi­ście od zaku­pu grun­tu. Kompleks zapla­no­wa­no z wiel­kim roz­ma­chem. Było to naj­więk­sze przed­się­wzię­cie tego typu w przed­wo­jen­nej Polsce. Do dziś Tor Wyścigów Konnych w Warszawie jest uwa­ża­ny za jeden z naj­pięk­niej­szych w Europie. Jednakże w ukoń­cze­niu obiek­tu prze­szka­dza­ły cią­głe pro­ble­my finan­so­we. Dopiero w 1939 r. uda­ło się oddać tor do użyt­ku. Czy klą­twa bra­ku fun­du­szy nadal wisi nad Wyścigami?

– Walka o pie­nią­dze jest rze­czą natu­ral­ną. Nie tyl­ko my mamy pro­ble­my finan­so­we. Na zacho­dzie nie­któ­re tory wyści­go­we padły, i to zna­czą­ce tory. Jedynie te na bar­dzo wyso­kim pozio­mie się utrzy­mu­ją – we Francji czy Anglii. U nas dopie­ro w 1937 r., kie­dy ówcze­sny pre­zes Towarzystwa Zachęty do Hodowli Koni w Polsce hra­bia Michał Komorowski uzy­skał pomoc rzą­do­wą w wyso­ko­ści 2,5 mln zło­tych (sumę jak na tam­te cza­sy ogrom­ną), budo­wa ruszy­ła z kopy­ta. Biorąc pod uwa­gę roz­miar przed­się­wzię­cia, tem­po było nie­praw­do­po­dob­ne. Po woj­nie nie­ste­ty nic nie robio­no, aby dokoń­czyć to, co zaczę­to w II Rzeczpospolitej, a tak­że nic, aby nadal utrzy­my­wać obiekt na świa­to­wym pozio­mie. Tor wyści­go­wy mar­niał w oczach. Dopiero kie­dy Totalizator Sportowy objął Służewiec mece­na­tem, zaczę­ło się dobrze dziać. Baza była i jest nie­sa­mo­wi­ta. Ci, któ­rzy zapro­jek­to­wa­li i zbu­do­wa­li tor słu­że­wiec­ki, wyprze­dzi­li swo­ją epo­kę o cały wiek. To nadal jest nie­zwy­kle funk­cjo­nal­ny obiekt. Kilkanaście tysię­cy ludzi spo­koj­nie w cią­gu kil­ku­na­stu minut jest w sta­nie opu­ścić try­bu­ny! Parking jest feno­me­nal­ny, już przed woj­ną zapro­jek­to­wa­no go na dwa tysią­ce samo­cho­dów – oczy­wi­ście wte­dy prze­wa­ża­ły doroż­ki… O funk­cjo­nal­no­ści Służewca świad­czyć może tak­że to, że odby­wa­ło się tu i odby­wa wie­le róż­nych imprez, jak mistrzo­stwa świa­ta w prze­ła­jach, kra­jo­wa wysta­wa zwie­rząt hodow­la­nych, mecze bok­ser­skie, zawo­dy moto­cy­klo­we. W cudow­nym par­ku w sty­lu angiel­skim orga­ni­zu­je się gar­den par­ty. Właściciel toru czer­pie oczy­wi­ście z tego róż­ne­go rodza­ju profity.

Co pozo­sta­ło ze sta­rej przed­wo­jen­nej infra­struk­tu­ry na Służewcu?

– Pozostało w zasa­dzie wszyst­ko. Podczas oku­pa­cji sam tor nie ucier­piał, sta­cjo­no­wał tu oddział SS, w staj­niach były skła­dy amu­ni­cji, bro­ni i woj­sko­we­go sprzę­tu. Udało się oca­lić tor od wysa­dze­nia w powie­trze, legen­da gło­si, że nie­miec­kie­go ofi­ce­ra odpo­wie­dzial­ne­go za znisz­cze­nie obiek­tu prze­ko­na­ło dwóch śmiał­ków, argu­men­tu­jąc, że prze­cież i tak teren znaj­du­je się dale­ko od cen­trum mia­sta. Stajnie pozo­sta­ły w takim sta­nie, w jakim odda­no je do użyt­ku przed woj­ną, podob­nie jak try­bu­ny. Teraz wszyst­kie te obiek­ty są wyre­mon­to­wa­ne. Ale może zasko­czę czy­tel­ni­ków inną rze­czą – otóż na tere­nie Wyścigów osta­ła się jed­na rzecz, któ­rej nie znaj­dzie się już w całej Warszawie, a może i w Polsce. W 1939 r. zbu­do­wa­no i odda­no do użyt­ku wie­żę ciśnień ze stud­nia­mi arte­zyj­ski­mi – archi­tek­to­nicz­nie cudow­ną budow­lę. Mówi się, że wie­ża ta zosta­ła zbu­rzo­na na roz­kaz Hitlera, ponie­waż prze­szka­dza­ła w lądo­wa­niu nie­miec­kich samo­lo­tów na pobli­skim Okęciu. Do tej pory pozo­sta­ły po niej gruzy!

Na tere­nie Służewca jest też jesz­cze star­szy obiekt – kaplicz­ka Matki Boskiej, któ­ra w 1938 r. zosta­ła prze­nie­sio­na z toru wyści­go­we­go na Polu Mokotowskim. Ufundowana przez obsłu­gę sta­jen­ną i dżo­ke­jów, prze­trwa­ła do dziś w zna­ko­mi­tym sta­nie. Cieszy się ogrom­ną esty­mą miesz­kań­ców i bywal­ców Służewca – jest zadba­na i ozdo­bio­na kwia­ta­mi. Kiedyś codzien­nie ją mija­łem w dro­dze do szko­ły i z powrotem.

Czy z punk­tu widze­nia wyści­gów praw­dą jest, że po woj­nie nastą­pił upa­dek pol­skiej hodow­li koni?

– Upadek pol­skiej hodow­li koni nie przy­padł na okres tuż­po­wo­jen­ny. To raczej kwe­stia ostat­nich lat. Wcześniej były pań­stwo­we stad­ni­ny, w zasa­dzie wszyst­ko było pań­stwo­we. Golejewko, Iwno, Janów Podlaski, Widzów, Kozienice itd. – hodow­la roz­wi­ja­ła się pręż­nie. Konie odno­si­ły suk­ce­sy nie tyl­ko na pol­skich torach, m.in. Pawiment, Omen, Taormina czy Neman… Część koni star­tu­ją­cych na Służewcu nale­ża­ła do osób pry­wat­nych, m.in. Turysta, Izan, Arras czy Ruch – pierw­szy po woj­nie trój­ko­ro­no­wa­ny. Ale trzon sta­no­wi­ły konie ze stad­nin pań­stwo­wych. Od 15 – 20 lat stad­ni­ny zaczę­ły się pry­wa­ty­zo­wać. W tej chwi­li prak­tycz­nie nie ma pręż­nej hodow­li pań­stwo­wej. Hodowla pol­ska ist­nie­je, ale o konie wiel­kie­go for­ma­tu coraz trud­niej. Ludzie zaczę­li kupo­wać konie na zagra­nicz­nych aukcjach, potom­stwo po koniach z uzna­ny­mi rodo­wo­da­mi wyści­go­wy­mi i po karie­rze wyści­go­wej. Trudno tym pol­skim kon­ku­ro­wać z nimi na torze. A tak napraw­dę na aukcjach kupu­je się marze­nia. Stadniny pań­stwo­we moż­na poli­czyć na pal­cach, ale obok nich są bar­dzo pręż­nie dzia­ła­ją­ce stad­ni­ny pry­wat­ne, np. Pegaz bra­ci Zielińskich czy Skarżyce Michała Romanowskiego.

Trójkoronowany – to bar­dzo zaszczyt­ny tytuł…

– Trójkoronowany to koń, któ­ry wygra trzy wyści­gi: Rulera, Derby i St. Leger. To goni­twy wiel­kie­go for­ma­tu. Zdobyć ten tytuł jest nie­zwy­kle trud­no. U nas od 1946 r. do teraz zwy­cięz­ców potrój­nej koro­ny było 13. Tym 13. jest ogier Bush Brave zaku­pio­ny w Irlandii, któ­ry został trój­ko­ro­no­wa­nym w tym roku. W Polsce wymie­nio­ne wyżej wyści­gi odby­wa­ją się na jed­nym torze. W innych kra­jach roz­gry­wa się je na róż­nych torach, a więc i na róż­nych pod­ło­żach, a cza­sem nawet w odmien­nych warun­kach kli­ma­tycz­nych. W Stanach Zjednoczonych przed­ostat­ni trój­ko­ro­no­wa­ny koń, Affirmed, wywal­czył ten tytuł w 1978 r. Na jego następ­cę przy­szło cze­kać aż 37 lat. Dopiero w 2015 r. doko­nał tego American Pharoah, nowy boha­ter Ameryki. To świad­czy o ska­li trud­no­ści. Ostatnim koniem w Anglii, któ­ry wygrał trój­ko­ro­nę w 1970 r. był Nijinsky. Ten, kto zdo­by­wa trój­ko­ro­nę, zapi­su­je się zło­ty­mi zgło­ska­mi w histo­rii wyści­gów konnych.

Czy na Służewcu jest się anonimowym?

– Myślę, że i tak, i nie. Wyścigi to spe­cy­ficz­ny sport. Proszę zauwa­żyć, że w latach 50. i 60. ludzie przy­cho­dzi­li na wyści­gi tak­że po to, żeby być razem. Na try­bu­nie środ­ko­wej każ­dy prze­waż­nie był i jest inco­gni­to. Nie wia­do­mo, kto jest szew­cem, pro­fe­so­rem, biz­nes­me­nem, leka­rzem czy inży­nie­rem. Nikt nie ma tego na czo­le wypi­sa­ne­go. Ludzie dobrze się czu­ją, prze­ży­wa­ją goni­twy i cie­szą się chwi­lą. Po pro­stu: trwaj chwi­lo, jesteś pięk­na! Czasami wyzwa­la­ją się w nich nie­sa­mo­wi­cie sil­ne emo­cje i nie ma w tym nic złe­go. Niejedna oso­ba by się nie spo­dzie­wa­ła, że inni tak mogą reago­wać. Na co dzień spo­koj­ny pan pro­fe­sor krzy­czy tubal­nym gło­sem dopin­gu­jąc „swo­je­go” konia. Pamiętam z cza­sów, kie­dy byłem nasto­lat­kiem, jak pod­czas goni­twy rumuń­ska hra­bi­na wali­ła mnie pro­gra­mem po gło­wie i krzy­cza­ła z całej siły: Dawaj, dawaj Waluś!

Kwestia roz­po­zna­wal­no­ści ina­czej się ma na try­bu­nie człon­kow­skiej, zwa­nej tak­że hono­ro­wą czy pierw­szą. Tu bywa­li Ludwik Sempoliński, Lopek Krukowski, Aleksandra Śląska – ich trud­no było nie roz­po­znać. Osobiście mia­łem oka­zję spo­ty­kać Władysława Broniewskiego. Poeta sia­dy­wał na Trybunie Członkowskiej, popi­jał konia­czek i obser­wo­wał tor. Kiedyś nawet popro­sił mnie o przy­nie­sie­nie mu kolej­ki, ale jako że byłem nie­peł­no­let­ni, to nie mogłem jego proś­by speł­nić – nikt w bufe­cie nie sprze­dał­by mi alkoholu.

Czy pój­ście na wyści­gi to oka­zja elegancka?

– Na wyści­gi przy­cho­dzi­ło się na wiel­kie goni­twy i trze­ba było być ele­ganc­ko ubra­nym – bia­ła koszu­la, kra­wat, mary­nar­ka – obo­wiąz­ko­wo. Pamiętam, jak ubie­rał się mój ojciec na Wielką Warszawską czy Derby. Inni tak­że. Dokładnie to widać na sta­rych zdję­ciach. Warszawiacy – wyści­go­wa publicz­ność – nie są prze­cięt­nie ubra­ni. Królowała ele­gan­cja, tak musia­ło być, bo przy­cho­dzi­li na wyści­gi! A to prze­cież sport kró­lów. W tych tzw. lep­szych cza­sach ludzie zaczę­li przy­cho­dzi na tor coraz gorzej ubra­ni. Już nie ma tego szny­tu, tej nie­wy­mu­szo­nej ele­gan­cji. A ja do dziś pamię­tam, jak mat­ka mówi­ła: A włóż koszu­lę i mary­nar­kę, bo ina­czej nie wypa­da. Teraz to już nie te czasy.

Przed woj­ną mia­ły powstać trzy try­bu­ny, prze­wi­dzia­ne na 13,5 tys. osób. Ukończono dwie z nich; trze­cia popa­dła w ruinę. Trybuna człon­kow­ska była prze­zna­czo­na dla elit i rze­czy­wi­ście przed woj­ną eli­ty tam bywa­ły: ary­sto­kra­cja, arty­ści, wiel­kie posta­cie. Kto dziś bywa na świe­żo odre­stau­ro­wa­nej i odda­nej w tym roku do użyt­ku try­bu­nie honorowej?

– Totalizator Sportowy zde­cy­do­wał, że na try­bu­nie człon­kow­skiej, wzo­rem innych zna­nych torów, będzie obo­wią­zy­wać dress code. Tu nie zosta­ną wpusz­cze­ni goście w klap­kach i san­da­łach, szor­tach, dziu­ra­wych dżin­sach czy bojów­kach, koszul­kach spor­to­wych i wia­trów­kach. Panom suge­ru­je się wybór koszu­li z dłu­gi­mi ręka­wa­mi, spodni mate­ria­ło­wych oraz mary­na­rek, paniom – sukie­nek, dłu­gich spodni mate­ria­ło­wych lub spód­nic, blu­zek. Zachęca się rów­nież do nosze­nia kape­lu­szy (panów i panie), fascy­na­to­rów i tocz­ków (panie). Niestety zda­rza­ło się, że ludzie przy­cho­dzi­li na try­bu­nę człon­kow­ską, wyglą­da­jąc jak­by wła­śnie wró­ci­li z pla­ży czy wsta­li z łóż­ka. Teraz to jest nie­do­pusz­czal­ne, jeśli chce się tam bywać, trze­ba zadbać o odpo­wied­ni strój. Oczywiście nie obo­wią­zu­je to na try­bu­nie środ­ko­wej, ale oso­bi­ście zachę­cam do dba­ło­ści o ubiór tak­że tam.

Co ofe­ru­je try­bu­na członkowska?

– Doskonałą widocz­ność, świet­ne warun­ki, wygod­nie fote­le i krze­sła, sto­ły, dobrze zaopa­trzo­ne bufe­ty. Warto tam być!

Ze Służewcem wią­że się dużo aneg­dot i pojęć. Porozmawiajmy o kil­ku z nich. Wspominał pan o Klubie 1000.

– To bar­dzo eli­tar­ny klub dżo­ke­jów, któ­ry ist­nie­je na wie­lu torach świa­ta. Należą do nie­go jeźdź­cy, któ­rzy wygra­li co naj­mniej 1000 gonitw. W Polsce Klub 1000 liczy 10 człon­ków: Stanisław Pasternak, Mieczysław Mełnicki, Walenty Stasiak, Kazimierz Jagodziński, Albin Rejek, Tomasz Dul, Janusz Kozłowski, Jerzy Ochocki, Piotr Piątkowski i Wiaczesław Szymczuk.

Pershing?

– Pershing, czy­li Andrzej Kolikowski, jeden z bos­sów pol­skiej mafii… pry­wat­nie uwiel­biał konie i wyści­gi. Nie jestem w sta­nie powie­dzieć, czy kogoś pró­bo­wał prze­ku­pić. Choć rze­czy­wi­ście krą­ży­ły takie pogło­ski. Ludzie, któ­rzy go zna­li, mówi­li, że na wyści­gach bywał, ponie­waż kochał konie. Ja oso­bi­ście na Służewcu widzia­łem go tyl­ko raz.

Bufet?

– Kiedyś na wyści­gach alko­hol lał się stru­mie­nia­mi, przede wszyst­kim wód­ka. Brakowało wina, szam­pa­na moż­na się było napić tyl­ko na try­bu­nie człon­kow­skiej. W cza­sach kie­dy alko­hol sprze­da­wa­no od godzi­ny 13, na Służewcu spraw­nie funk­cjo­no­wa­ły mobil­ne meli­ny. Bywalcy dosko­na­le wie­dzie­li, kto w koszycz­ku ma wód­kę na sprze­daż. Radzili sobie dosko­na­le. Teraz nie ma o tym mowy. Kiedy ktoś wygra, to zapra­sza zna­jo­mych do bufe­tu czy sto­li­ka i leje się szam­pan. Wybór alko­ho­li też jest znacz­nie bogatszy.

Sławni bywal­cy?

– Osobiście zna­łem panią Joannę Chmielewską, autor­kę popu­lar­nych powie­ści kry­mi­nal­nych, miło­śnicz­kę koni, któ­ra napi­sa­ła dwie powie­ści o wyści­gach: Wyścigi oraz Florencja, cór­ka Diabła. Siedziała zawsze na pierw­szym pię­trze, zawsze w tym samym fote­lu, pija­ła wódecz­kę czy konia­czek. Była peł­na uro­ku, wdzię­ku i kocha­ła wyścigi.

Pamiętam też z moich mło­dych lat, jak uga­nia­li­śmy się po try­bu­nie za cudow­nej uro­dy blond Wenus – Aleksandrą Śląską. My mło­dzi, ona pięk­na i wiel­ka gwiaz­da pol­skie­go kina… Przychodziła w kape­lu­szu z sze­ro­kim ron­dem, któ­re tajem­ni­czo skry­wa­ło jej twarz. Na wyści­gi przy­cho­dzi­ło  i przy­cho­dzi wie­lu arty­stów: Maciej Damięcki, czę­sto z synem Mateuszem, Daniel Olbrychski, Maryla Rodowicz. Do tej pory bywa Włodzimierz Lubański, Jan Englert. Gonitwy oglą­da były selek­cjo­ner pol­skiej repre­zen­ta­cji pił­ki noż­nej Jerzy Engel, któ­ry jest tak­że wła­ści­cie­lem i hodow­cą koni. Ma się już czym pochwa­lić, ponie­waż jego konie wygry­wa­ły jed­ne z naj­waż­niej­szych gonitw na torze, m.in. dwu­krot­nie Mokotowską, Ministerstwa Rolnictwa czy Skarba. Przychodzi Arkadiusz Bazak, któ­ry grał gene­ra­ła Andersa w fil­mie Katastrofa w Gibraltarze. To bar­dzo sym­pa­tycz­ni, inte­li­gent­ni i mili ludzie, z któ­ry­mi fan­ta­stycz­nie się rozmawia.

Od wie­lu, wie­lu lat wiel­kie goni­twy zaszczy­ca­li swo­ją obec­no­ścią pre­mie­rzy, mini­stro­wie i poli­ty­cy z róż­nych opcji. Taka cie­ka­wost­ka: Hajle Sellasje I, ostat­ni cesarz Etiopii, odwie­dził Wyścigi z I sekre­ta­rzem PZPR Edwardem Ochabem. Był na try­bu­nie hono­ro­wej, a potem odwie­dził słu­że­wiec­ki szpi­tal – mia­łem oka­zję oso­bi­ście zoba­czyć cesa­rza, ponie­waż pra­co­wa­łem wów­czas w szpi­ta­lu wete­ry­na­ryj­nym, któ­re­go kie­row­ni­kiem był dr Anastazy Koskowski, a fel­cze­rem słyn­ny póź­niej star­ter Jerzy Elias. Pamiętam, że ten malut­ki, szczu­plut­ki, ale prze­cież cesarz, był zachwy­co­ny naszym torem i kliniką.

Zakończmy wywiad przy­to­cze­niem pana zna­nych powiedzeń.

– Och, wie­le takich było. Nigdy nie reży­se­ru­ję swo­ich komen­ta­rzy, mną też mio­ta­ją emo­cje. Choćby wte­dy, kie­dy Derby wygry­wał zja­wi­sko­wy Intense, koń trój­ko­ro­no­wa­ny, pry­wat­nej wła­sno­ści Romana Piwko. Nie wiem, skąd mi się to wzię­ło, ale powie­dzia­łem: Proszę pań­stwa, a to jest teatr jed­ne­go akto­ra! Bo rze­czy­wi­ście wyści­gi kon­ne są jak teatr!

Więcej w Wywiad

Na górę