Connect with us

Wszystkie ręce na pokład

Wywiad

Wszystkie ręce na pokład

Rozmawiał: Michał Wierusz-Kowalski

Między inny­mi o hono­rze, tra­dy­cji i dumie naro­do­wej zwią­za­nej z posta­wą zwa­ną rycer­ską; o tęsk­no­tach i pogo­ni za marze­nia­mi w imię war­to­ści, któ­re winien repre­zen­to­wać każ­dy pol­ski jeź­dziec - mówi sena­tor Łukasz Abgarowicz, nowo wybra­ny pre­zes Polskiego Związku Jeździeckiego.

Serdeczne gra­tu­la­cje - został Pan sze­fem PZJ. Czy ma Pan satys­fak­cję?
– Od daw­na chcia­łem mieć wpływ na bran­żę kon­ną i robić coś dla śro­do­wi­ska konia­rzy. Jak pan wie, moja przy­go­da i związ­ki życio­we z koń­mi to wyści­gi i hodow­la w cza­sach PRL. Potem pro­po­no­wa­łem roz­ma­ite roz­wią­za­nia i pro­jek­ty prze­bu­do­wy sta­re­go sys­te­mu w realiach nowej Polski. Moje pro­gno­zy doty­czą­ce tego, co się będzie dzia­ło z naszą bran­żą, jeże­li nie podej­mie­my odpo­wied­nich dzia­łań, nie­ste­ty się spraw­dzi­ły. Dlatego teraz kole­dzy namó­wi­li mnie, żebym kan­dy­do­wał. I w takim wła­śnie sen­sie odczu­wam satys­fak­cję - via PZJ będzie moż­na mieć real­ny wpływ na cha­rak­ter orga­ni­za­cyj­ny spor­tu jeź­dziec­kie­go, ale też całej bran­ży.
Oczywiście mam świa­do­mość, że pod­ją­łem się trud­ne­go zada­nia, któ­re wyma­ga cięż­kiej pra­cy. Tego się na szczę­ście nie boję, myślę, że potra­fię wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wać. Najważniejsze - musi­my szyb­ko wska­zać nowe cele i spró­bo­wać ostu­dzić emo­cje, bo śro­do­wi­sko jest nie­praw­do­po­dob­nie roz­go­rącz­ko­wa­ne, podzie­lo­ne, peł­ne roz­ma­itych waśni. Ale też peł­ne entu­zja­zmu i ocze­ki­wa­nia na dobre zmia­ny. Jeśli potra­fi­my uru­cho­mić tę ener­gię, wyko­rzy­sta­my wszyst­kie zaso­by i rezer­wy, to świat koni - nasz świat - odnie­sie suk­ces.
Ponadto chciał­bym za czte­ry lata mieć powód do satys­fak­cji i sza­cu­nek śro­do­wi­ska. Nie mam swo­ich koni i nie mam zamia­ru ich kupo­wać, chcę być cał­ko­wi­cie bez­stron­ny wobec roz­ma­itych inte­re­sów, któ­re siłą rze­czy ist­nie­ją w śro­do­wi­sku.

Co zro­bi Pan, żeby zre­du­ko­wać wspo­mnia­ne napię­cia mię­dzy­ludz­kie?
– Po pierw­sze chcę prze­pro­wa­dzić zmia­ny w pra­cy zarzą­du PZJ w spo­sób bez­in­wa­zyj­ny, tak żeby nie było żad­nych zakłó­ceń w kalen­da­rzu, w budże­cie itd. A po dru­gie - będę dążył do tego, żeby oso­by zarzą­dza­ją­ce poszcze­gól­ny­mi kon­ku­ren­cja­mi, mają­ce wpływ na kre­owa­nie spor­to­wych pla­nów dzia­ła­ły w spo­sób nie­bu­dzą­cy wąt­pli­wo­ści dla dobra roz­wo­ju tych kon­ku­ren­cji, a nie we wła­snym inte­re­sie.
Pewne anta­go­ni­zmy są trud­ne do wyklu­cze­nia, wszak rywa­li­za­cja i złość spor­to­wa to imma­nent­ne cechy wiel­kie­go wyczy­nu, ale cho­dzi o to, żeby one nie wymy­ka­ły się spod kon­tro­li, nie wycho­dzi­ły poza pew­ne ramy przy­zwo­ito­ści i sza­cun­ku dla kon­ku­ren­tów, nie wpły­wa­ły destruk­cyj­nie na samo życie Związku. Zgoda jest koniecz­na do życia jak powie­trze. Dlatego trze­ba budo­wać płasz­czy­znę poro­zu­mie­nia. Zaproponujemy sze­reg wewnętrz­nych kon­fe­ren­cji, aby zmo­bi­li­zo­wać „chęt­nych i goto­wych”, wszyst­kich czu­ją­cych, że mają coś do powie­dze­nia, wokół nowych celów i zadań. Myślę, że może się to zda­rzyć, zanim uka­że się ten wywiad. Chodzi mi o akty­wi­za­cję życia spo­łecz­ne­go, któ­re będzie moto­rem pozy­tyw­nych prze­mian, będzie kre­owa­ło nowych lide­rów nasze­go śro­do­wi­ska. To oni już nie­ba­wem popro­wa­dzą jego spra­wy od stro­ny orga­ni­za­cyj­nej i spo­łecz­nej, a nie tyl­ko spor­to­wej. Wydaje mi się, że to będzie też dzia­ła­ło uspo­ka­ja­ją­co i sty­mu­lu­ją­co na rzecz dobrych zmian.

Jak Pan postrze­ga PZJ z per­spek­ty­wy jego ponad 80-let­niej histo­rii i tra­dy­cji?
– To jest wspa­nia­ła insty­tu­cja, waż­na nie tyl­ko dla śro­do­wi­ska, ale dla Polski i Polaków, z cze­go w śro­do­wi­sku może nie w peł­ni zda­je­my sobie spra­wę. Bo jeże­li powie­my duży­mi lite­ra­mi: POLSKI JEŹDZIEC, to w świa­do­mo­ści spo­łecz­nej jest to depo­zy­ta­riusz pol­skiej tra­dy­cji rycer­skiej, naszej dumy naro­do­wej, naszych daw­nych prze­wag, któ­re zawsze były zwią­za­ne z koń­mi i jaz­dą pol­ską. To jest też misja, rodzaj zobo­wią­za­nia do okre­ślo­ne­go sty­lu zacho­wań, a tak­że szla­chet­nej, hono­ro­wej posta­wy. PZJ - orga­ni­za­cja POLSKICH JEŹDŹCÓW - jest kwin­te­sen­cją naszych tęsk­not i marzeń w kon­tek­ście war­to­ści naro­do­wych. Mamy więc dzię­ki temu dostęp do pol­skich serc i wiel­kie szan­se na popu­la­ry­za­cję jeź­dziec­twa w sze­ro­kich krę­gach spo­łecz­nych. Jako śro­do­wi­sko mie­li­śmy trud­ne chwi­le, ale i momen­ty chwa­ły. Mamy z cze­go być dum­ni i nie może­my nic z tego uro­nić.

Gros Polaków dość scep­tycz­nie odno­si się dzi­siaj do świa­ta poli­ty­ki i poli­ty­ków, więc czy wol­no nam mie­szać ją do spor­tu?
– Absolutnie nie. Uchodzę za poli­ty­ka kon­cy­lia­cyj­ne­go, mam dobre rela­cje z kole­ga­mi z róż­nych par­tii, z każ­dym, kto chce pra­co­wać mery­to­rycz­nie dla dobra ogó­łu, a nie tyl­ko toczyć boje dla roz­gło­su. Oczywiście jestem w ugru­po­wa­niu, z któ­rym się iden­ty­fi­ku­ję, ale to wca­le nie zna­czy, że nie sza­nu­ję osób repre­zen­tu­ją­cych inne poglą­dy, prze­ko­na­nia, posta­wy. Reasumując - na pew­no nie będę mie­szał poli­ty­ki do spraw Związku. W żaden spo­sób nie chcę iden­ty­fi­ko­wać Związku z jakim­kol­wiek ugru­po­wa­niem. Pragnę wal­czyć o war­to­ści istot­ne dla całe­go naro­du, spo­łe­czeń­stwa i wresz­cie dla śro­do­wi­ska konia­rzy.

Jak zamie­rza Pan zmie­nić nasta­wie­nie swych opo­nen­tów? Wszak wygrał Pan tyl­ko - albo aż - sto­sun­kiem gło­sów 3:2?
– Przekonają ich do mnie efek­ty mojej aktyw­no­ści. Jak już mówi­łem, zale­ży mi na wyko­rzy­sta­niu dla dobrych prze­mian poten­cja­łu całe­go śro­do­wi­ska, a wśród prze­ciw­ni­ków moje­go wybo­ru jest wie­lu ludzi o wiel­kiej wie­dzy i doświad­cze­niu. Każdy, kto zechce dzia­łać na rzecz roz­wo­ju pol­skie­go jeź­dziec­twa, będzie miał prze­strzeń do dzia­ła­nia i reali­za­cji swo­ich ambi­cji.

Czy Pana dłu­ga obec­ność w życiu publicz­nym i zwią­za­ne z tym doświad­cze­nia mogą przy­nieść jeź­dziec­twu pro­fi­ty?
– Sądzę że tak. Wiem, jakie argu­men­ty prze­ma­wia­ją do ludzi pra­cu­ją­cych w poli­ty­ce. To jest tro­chę inny świat, poli­ty­ka­mi powo­du­ją trosz­kę inne moty­wy, inne zwy­cza­je i wyda­je mi się, że umiem z tego korzy­stać. A dru­ga rzecz to dosko­na­ła zna­jo­mość pro­ce­dur, struk­tur pań­stwo­wych, rów­nież struk­tur gospo­dar­czych i zna­jo­mość ludzi - oto mój kapi­tał. Doświadczenie zaczą­łem zbie­rać od straj­ków ’68. Mam boga­te doświad­cze­nie opo­zy­cyj­ne, któ­re zresz­tą sta­ło się powo­dem tego, że tra­fi­łem do poli­ty­ki w wol­nej Polsce. Bo w poli­ty­ce rozu­mia­nej jako wpły­wa­nie na rze­czy­wi­stość i przy­szłość byłem już od wte­dy. To są doświad­cze­nia, któ­re mogą się przy­dać - orga­ni­za­cyj­ne i spo­łecz­ne, potrze­by i umie­jęt­no­ści dia­lo­gu i dys­ku­sji nad roz­ma­ity­mi spra­wa­mi. Bo poli­ty­ka, ta rze­czy­wi­sta, któ­rą ja sza­nu­ję, to rze­tel­ny, trud­ny, ale uczci­wy dia­log i spór z ludź­mi o roz­ma­itych poglą­dach. To jest nie­ustan­ne poszu­ki­wa­nie kom­pro­mi­su i naj­lep­szej dro­gi do zaak­cep­to­wa­nia przez wszyst­kich lub choć­by nie­na­ru­sza­ją­cej czy­ichś inte­re­sów. To jest pięk­no praw­dzi­wej poli­ty­ki, od któ­rej dzi­siaj nie­ste­ty tro­chę odcho­dzi­my.

Po wstęp­nym reko­ne­san­sie w PZJ - któ­re z postu­la­tów i obiet­nic wybor­czych uwa­ża Pan za real­ne do speł­nie­nia?
– Wszystkie. Wszak poru­sza­łem się na takim pozio­mie ogól­no­ści, że w grun­cie rze­czy mówi­łem o kie­run­kach, o popra­wie orga­ni­za­cji, o przej­rzy­sto­ści, o wpro­wa­dze­niu spra­wie­dli­wo­ści, o uru­cho­mie­niu tych wszyst­kich moż­li­wo­ści zewnętrz­nych, któ­re doty­czą pro­mo­cji, popu­la­ry­za­cji, napły­wu środ­ków, budo­wa­nia bazy i ryn­ku na konie. Dlatego uwa­żam, że dzi­siaj wszyst­kie moje pro­po­zy­cje są w zasię­gu naszych rąk.

Chyba część z nich funk­cjo­nu­je w kate­go­riach poboż­nych życzeń. Cztery lata to dużo i mało…
– Zgoda, ale trze­ba dać impuls i nadać bieg spra­wom naj­pil­niej­szym, przy­jąć pew­ne kie­run­ki dzia­ła­nia. Ekonomiści prze­wi­du­ją kry­zys jesz­cze na rok 2013 i 2014, więc uwa­żam, że są to dobre dwa lata na cięż­ką pra­cę wewnątrz Związku, ale nie tyl­ko w sen­sie biu­ra, lecz całej orga­ni­za­cji, po to żeby­śmy w momen­cie, kie­dy spo­łe­czeń­stwo zacznie się z powro­tem boga­cić, odwró­ci się koniunk­tu­ra, byli przy­go­to­wa­ni z taką ofer­tą, któ­ra przy­cią­gnie rze­sze nowych ludzi do jeź­dziec­twa. Bo kie­dy spo­łe­czeń­stwo zacznie się boga­cić i Polacy zaczną się zno­wu zasta­na­wiać, czy poże­glo­wać, pograć w gol­fa, pola­tać na lot­ni czy może dosiąść konia, to konia­rze ze swo­ją ofer­tą muszą być już goto­wi, w atrak­cyj­ny spo­sób wyjść naprze­ciw ludziom poszu­ku­ją­cym eks­cy­tu­ją­cej roz­ryw­ki. A sko­ro każ­dy Polak ma sen­ty­ment do koni, wte­dy przy nada­rza­ją­cej się spo­sob­no­ści chęt­nie go choć obej­rzy, wie­lu zechce go rekre­acyj­nie dosiąść, a będą i tacy, któ­rzy zwią­żą swe losy z nim na dłu­żej, wydat­ku­jąc kon­kret­ne pie­nią­dze na sport wyczy­no­wy. Powinniśmy wal­czyć o każ­de­go sym­pa­ty­ka koni.
Tutaj jest wie­le do zro­bie­nia w świa­do­mo­ści spo­łecz­nej. Trzeba nawią­zać dia­log z ludź­mi, któ­rzy zaj­mu­ją się rekre­acją i tury­sty­ką - uwa­żam, że oni są kom­plet­nie nie­zor­ga­ni­zo­wa­ni. Przydałaby się jakaś stan­da­ry­za­cja, pro­sta zuni­fi­ko­wa­na ofer­ta z jasnym prze­ka­zem, rów­nież finan­so­wym, że zaba­wa w konie nie jest aż tak dro­ga, aby zwy­kły Kowalski nie mógł jej zakosz­to­wać. Dzisiaj za godzi­nę pły­wa­nia na base­nie plus masaż pła­ci­my wię­cej niż za jaz­dę kon­ną. Tenis bywa dużo droż­szy, kie­dy musi­my wyna­jąć kort. Trzeba oba­lić roz­po­wszech­nio­ny mit, że jaz­da kon­na jest nie­do­stęp­na, bo zbyt dro­ga. Inną spra­wą jest fakt, że dzi­siaj nie mamy atrak­cyj­nej ofer­ty dla biz­ne­su, od któ­re­go ocze­ku­je­my wspar­cia finan­so­we­go.

Nie ma pro­duk­tu?
– Nie. Nie mamy pro­fe­sjo­nal­nej ofer­ty ani w zakre­sie budo­wa­nia wize­run­ku fir­my poprzez zaan­ga­żo­wa­nie finan­so­we w roz­wój pol­skie­go jeź­dziec­twa, ani zin­te­gro­wa­nej ofer­ty rekla­mo­wej obej­mu­ją­cej wie­le imprez. Nie mamy nawet prze­ba­da­ne­go nasze­go poten­cja­łu w tym obsza­rze. Ale szyb­ko to nad­ro­bi­my. Byłbym nie­zwy­kle rad, gdy­by jakiś bank, z któ­rym przyj­dzie nam współ­pra­co­wać, czy duża insty­tu­cja zechcie­li posta­wić na budo­wa­nie swo­jej mar­ki z wize­run­kiem pol­skie­go jeźdź­ca i zaan­ga­żo­wa­li się nie­ko­niecz­nie w finan­so­wa­nie jakiejś impre­zy - to inny sek­tor, inna nisza, towar dla tych, któ­rzy będą doto­wać tego typu impre­zy - ale np. w zakup koni, z któ­ry­mi mamy per­ma­nent­ny pro­blem, dro­go­cen­ny sprzęt, z któ­rym komuś może być wize­run­ko­wo do twa­rzy.

Są tema­ty, któ­re ze swej per­spek­ty­wy uwa­ża Pan za chy­bio­ne?
– Nie. Nie ma takich. Na pierw­szym posie­dze­niu zarzą­du pre­cy­zyj­nie podzie­li­li­śmy kom­pe­ten­cje mię­dzy poszcze­gól­nych człon­ków i z peł­ną kon­se­kwen­cją w dal­szej pra­cy będzie­my się tego porząd­ku trzy­ma­li - w trzech hory­zon­tach, w trzech polach aktyw­no­ści. Są to po pierw­sze - spra­wy płyn­ne­go prze­ję­cia zarzą­dza­nia, nie­po­wo­du­ją­ce żad­nych zakłó­ceń orga­ni­za­cyj­nych; po dru­gie - ziden­ty­fi­ko­wa­nie tak zwa­nych wąskich gar­deł czy rze­czy naj­trud­niej­szych, któ­re dzi­siaj uwie­ra­ją sport, jeźdź­ców, hamu­ją wyko­rzy­sta­nie poten­cja­łu, któ­rym śro­do­wi­sko dys­po­nu­je, czy­li zaso­bów; i po trze­cie - nie wiem, czy nazy­wać to aż pro­gra­mem napraw­czym, bo to musi postę­po­wać ewo­lu­cyj­nie, ale będzie­my pro­po­no­wać zmia­ny, któ­re uspraw­nią i uela­stycz­nią w spo­so­bach dzia­ła­nia cały PZJ, czy­niąc z nie­go spraw­ne narzę­dzie orga­ni­za­cji życia jeź­dziec­kie­go.
Pamiętajmy jed­nak, że jeste­śmy związ­kiem spor­to­wym, więc głów­ne nur­ty naszej pra­cy muszą kon­cen­tro­wać się na orga­ni­za­cji współ­za­wod­nic­twa, muszą słu­żyć osią­ga­niu wyni­ków spor­to­wych na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej, zdo­by­wa­niu lau­rów ku satys­fak­cji całe­go śro­do­wi­ska i roz­ma­itych osób, któ­re w nasz sport zain­we­stu­ją. To jest naszym obo­wiąz­kiem pod­sta­wo­wym.
Ale nie może­my przy tym tra­cić z pola widze­nia spraw orga­ni­za­cyj­nych całe­go świa­ta koni, roz­wo­ju rekre­acji, tury­sty­ki, hodow­li, któ­re są dla nas nie­sły­cha­nie istot­ne. To nasza baza w podwój­nym jej sen­sie - zarów­no hodow­la­nym, bo dostęp do naj­lep­szych koni gwa­ran­tu­je suk­ces, jak i ludz­kim, bo potrze­bu­je­my napły­wu zdol­nej mło­dzie­ży. Tutaj zawsze kła­nia się sym­bol pira­mi­dy - im szer­sza jej pod­sta­wa, tym wyż­szy może być jej wierz­cho­łek.

Czy dzię­ki Pana oso­bie jeź­dziec­two zdo­bę­dzie spon­so­rów stra­te­gicz­nych?
– Liczę, że tak. Może nie tyle dzię­ki mojej oso­bie, ale dzię­ki zespo­ło­wi, bo nie zapo­mi­naj­my, że mamy tutaj kom­pe­tent­ne­go człon­ka zarzą­du Rafała Wawrzyniaka, któ­ry w spra­wach mar­ke­tin­go­wych jest pro­fe­sjo­na­li­stą. To nie zna­czy, że on jest w sta­nie opra­co­wać wszyst­ko, bo moje kon­tak­ty też będą odgry­wać dużą rolę.
Zaraz na począt­ku musi­my sobie jasno powie­dzieć, że tych spon­so­rów będzie­my poszu­ki­wać w roz­ma­itych aspek­tach. Są nam potrzeb­ni spon­so­rzy stra­te­gicz­ni dla całe­go PZJ, jako ele­ment budo­wa­nia mecha­ni­zmu moty­wa­cji zawod­ni­ków i tre­ne­rów - sys­te­mu zachęt i pre­mii, a tak­że pro­fe­sjo­na­li­za­cji zarzą­dza­nia kon­ku­ren­cja­mi. Ale potrzeb­ni są nam też spon­so­rzy do orga­ni­za­cji imprez. Wreszcie potrzeb­ni są nam spon­so­rzy, któ­rzy obej­mą opie­ką mate­rial­ną kon­kret­nych zawod­ni­ków czy kon­ku­ren­cje na ścież­ce przy­go­to­wań olim­pij­skich itp.

To zna­czy, że popły­nie rze­ka pie­nię­dzy?
– Mam nadzie­ję, że to nasze cia­sto będzie suk­ce­syw­nie rosło i że nie zabrak­nie nam na nie droż­dży, masła, mle­ka, baka­lii czy pole­wy lukro­wej. Ale musi­my je piec wszy­scy razem.

A co z ideą hipo­dro­mu naro­do­we­go?
– Musimy i na to zna­leźć spo­sób. Idealnym miej­scem według mnie jest Służewiec. To powin­na być świą­ty­nia konia. Hipodrom jest bez­względ­nie Polsce potrzeb­ny. Trzeba wziąć pod uwa­gę pew­ne inwe­sty­cje, któ­re zakła­dał Totalizator Sportowy, a któ­re się trosz­kę roz­my­wa­ją. Mam do nich sto­su­nek ambi­wa­lent­ny, ale na pew­no powi­nien powstać na tere­nie hipo­dro­mu jakiś budy­nek sie­dzi­by wszyst­kich orga­ni­za­cji zwią­za­nych z koń­mi - PZHK, PZJ, PKWK, tych od rekre­acji, od hipo­te­ra­pii, od polo, nawet przy­ja­ciół kawa­le­rii, bar­wy i bro­ni.
Warszawa jako sto­li­ca, ale i Polska, powin­na mieć nie tyl­ko tor wyści­go­wy, lecz w ogó­le takie miej­sce, któ­re jest utoż­sa­mia­ne z koniem jako dzie­dzic­twem naro­do­wym, koniar­ską kul­tu­rą i jeź­dziec­twem. Idealnym miej­scem jest Służewiec. Niestety cze­ka­my nie wie­dzieć na co…
Tak jak uwa­żam, że popeł­nia­my pew­ne błę­dy w archi­tek­tu­rze mia­sta, igno­ru­jąc potrze­bę zacho­wa­nia dla potom­nych toru wyści­go­we­go, choć­by jako pla­my zie­le­ni w cen­trum metro­po­lii, podob­nie mamy Grób Nieznanego Żołnierza, ale nie mamy miej­sca, któ­re byśmy utoż­sa­mia­li z god­no­ścią i siłą pań­stwa pol­skie­go. Powinniśmy odpo­wied­nio zago­spo­da­ro­wać plac Piłsudskiego, to przy nim powin­ny mieć swo­je sie­dzi­by takie insty­tu­cje, jak MSZ, MON. To wła­śnie tam doszło do pierw­sze­go spo­tka­nia z naszym papie­żem Janem Pawłem II. To stam­tąd jest bli­sko do Pałacu Prezydenckiego i Teatru Narodowego, do Starówki, Uniwersytetu Warszawskiego, Traktu Królewskiego i Łazienek. To jest god­ne miej­sce, aby sta­ło się ser­cem pol­skiej dumy naro­do­wej. Tak jak tor słu­że­wiec­ki świą­ty­nią konia.

W kon­tek­ście toru słu­że­wiec­kie­go chy­ba nie spo­sób pogo­dzić inte­re­sów wszyst­kich grup?
– Chodzi panu o her­me­tycz­ność śro­do­wi­ska wyści­go­we­go? Fakt - taka posta­wa skut­ku­je tym, czym jest dzi­siaj tor. Są total­nie zmar­gi­na­li­zo­wa­ni. Warszawskie wyści­gi kon­ne to dzi­siaj głę­bo­ka pro­win­cja bran­ży. My wcho­dzi­my do Europy, a oni jak­by odjeż­dża­ją, zamy­ka­ją ogo­ny. Taka posta­wa do nicze­go dobre­go nie pro­wa­dzi. Albo wspól­nie zbu­du­je­my pozy­tyw­ny sto­su­nek spo­łe­czeń­stwa do konia, do spor­tu, do wyści­gów i będzie­my do tego razem, soli­dar­nie dąży­li, albo będzie­my stop­nio­wo zni­ka­li z mapy. Niech naj­dzie ich reflek­sja, zanim będzie za póź­no… Nie ma innej dro­gi niż połą­cze­nie sił i wspól­no­ta inte­re­su!

Będzie Pan medio­wał mię­dzy tymi śro­do­wi­ska­mi? Możliwa jest kon­so­li­da­cja?
– Jestem w pew­nym sen­sie stam­tąd. 17 lat byłem na wyści­gach, ergo rozu­miem tam­to śro­do­wi­sko. Rozumiem jego potrze­by, ale też i roz­ter­ki. No i jego napię­cia wewnętrz­ne, bo to w ogó­le nasza pol­ska przy­wa­ra. Ale wyda­je mi się, że jeste­śmy w sta­nie zbu­do­wać koniar­ską wspól­no­tę. Czas na uru­cho­mie­nie instynk­tu samo­za­cho­waw­cze­go.

Do jeź­dziec­twa przy­lgnę­ła łat­ka spor­tu niszo­we­go. Można z tym wal­czyć?
– Jeżeli mówi­my o jeź­dziec­twie ama­tor­skim, to obco­wa­nie z koniem jest rze­czą wspa­nia­łą, per sal­do zdro­wą; mamy też hipo­te­ra­pię i to kolej­ny udo­wod­nio­ny atry­but. Tutaj trze­ba sto­so­wać zasa­dy popu­la­ry­za­tor­skie i ega­li­tar­ne, wcią­gać w nasz świat jak naj­wię­cej osób, posze­rzać gro­no sym­pa­ty­ków, zara­żać bak­cy­lem koniar­stwa. Natomiast jeże­li ana­li­zu­je­my temat przez pry­zmat wyso­kie­go wyczy­nu, to powiedz­my sobie wprost - zawsze będzie to sport eli­tar­ny, choć­by że wzglę­du na kosz­ty.
Bardzo bym chciał, żeby powstał taki sys­tem docho­dze­nia do wyni­ków spor­to­wych, któ­ry nie wią­że się wyłącz­nie z zasob­no­ścią port­fe­la zawod­ni­ka lub jego rodzi­ny. Może naiw­nie marzę o fede­ra­cji, któ­ra gwa­ran­tu­je na tyle duże środ­ki, że jest zdol­na efek­tyw­nie wspie­rać tych naj­bar­dziej pra­co­wi­tych i zdol­nych.

Era wiel­kich mece­na­sów jeź­dziec­twa - jak Aleksander i Tomasz Gudzowaci, Grzegorz Jankilewicz, Alina i Jan Wagowie - chy­ba już defi­ni­tyw­nie ode­szła do prze­szło­ści…
– To praw­da - kie­dy bra­ku­je wyni­ków, zawsze nastę­pu­je zmę­cze­nie mate­ria­łu. A nie ma wyni­ków, jak nie ma odpo­wied­niej orga­ni­za­cji i odpo­wied­nie­go docho­dze­nia do tych bli­skich i dale­kich celów, od pod­sta­wo­we­go pozio­mu tre­nin­gów i sta­łe­go codzien­ne­go postę­pu po igrzy­ska olim­pij­skie i lau­ry mistrzow­skie. Rzecz się sypie, kie­dy bra­ku­je odpo­wied­nie­go „nad­zo­ru tech­no­lo­gicz­ne­go”.

Czy zacie­śnie­nie współ­pra­cy na linii PZJ - PZHK może popra­wić sytu­ację?
– Na pew­no ta współ­pra­ca jest potrzeb­na. Przy czym ona musi doty­czyć przede wszyst­kim wspól­ne­go fron­tu popu­la­ry­za­cji jeź­dziec­twa. Przecież dla PZHK tak napraw­dę pod­sta­wo­wym polem zain­te­re­so­wa­nia powin­na być sprze­daż pro­duk­tu, jakim jest koń. Zatem hodow­ców inte­re­su­je budo­wa­nie ryn­ku na konia remon­to­we­go do rekre­acji i tury­sty­ki. Sport wchło­nie tyl­ko naj­lep­sze konie, ich suk­ce­sy będą pro­mo­cją kon­kret­nych hodow­ców. Cała resz­ta musi mieć swo­ich odbior­ców, a takim może być roz­wi­nię­ty rynek rekre­acyj­no-tury­stycz­ny.
Na pew­no obsza­rem naszych wspól­nych dzia­łań jest pro­mo­cja koni. A to ozna­cza, że hodow­cy muszą być zain­te­re­so­wa­ni tym, żeby konie szły do spor­tu i osią­ga­ły wybit­ne wyni­ki. Tutaj kła­nia się abe­ca­dło mar­ke­tin­gu. Z punk­tu widze­nia spor­tow­ców to, co robią hodow­cy, to zaopa­trze­nie w sprzęt. Nie będę teraz porów­ny­wał naszej hodow­li z zachod­nią, mówię o rodzi­mej dla­te­go, bo uwa­żam, że jej roz­wój to jed­no z naszych wspól­nych zadań. A z punk­tu widze­nia spor­to­we­go nie jest z nią aż tak źle: przy­po­mi­nam trzy­krot­ne zwy­cię­stwo pol­skie­go konia w Wielkiej Pardubickiej czy wyjazd na olim­pia­dę eki­py na koniach pol­skiej hodow­li. Stanowimy pewien układ naczyń połą­czo­nych - dobry pro­dukt, dobra pro­mo­cja, dobry inte­res. Podobnie na wyści­gach - jeże­li chce pan przy­cią­gnąć ludzi zamoż­nych, to oni powin­ni z cza­sem posia­dać wła­sne konie, pasjo­no­wać się wyści­ga­mi, inte­re­so­wać się tym, jak te konie bie­ga­ją, bo to oni z cza­sem zaczną two­rzyć pew­ne śro­do­wi­sko, a miej­scem dla tego śro­do­wi­ska, salo­nem towa­rzy­skim sta­ją się wiel­kie goni­twy czy zawo­dy spor­to­we.

Czyli wró­ci CSIO do Warszawy?
– Nie chcę teraz nic prze­są­dzać, ale moim marze­niem było­by two­rze­nie wiel­kich imprez jeź­dziec­kich w obrę­bie hipo­dro­mu naro­do­we­go na Służewcu.

Będą pol­scy jeźdź­cy i pol­skie konie na kolej­nych igrzy­skach olim­pij­skich?
– Nie mam cie­nia wąt­pli­wo­ści. Do celu pozo­sta­je nam 3,5 roku, a zwąt­pie­nie jest wro­giem suk­ce­su, więc pozo­staw­my je mal­kon­ten­tom.

Więcej w Wywiad

Na górę