Connect with us

Hodowca i Jeździec

U nas tera­peu­ta­mi są konie

Koń a ekologia

U nas tera­peu­ta­mi są konie

Piotr Dzięciołowski

Pojęcie hipo­te­ra­pia koja­rzy się przede wszyst­kim z lecze­niem pacjen­tów z pora­że­niem mózgo­wym, dotknię­tych auty­zmem, upo­śle­dzo­nych umy­sło­wo… Mało kto wie, że kon­ną tera­pię sto­su­je się rów­nież nar­ko­ma­nom i alko­ho­li­kom, tak­że nie­do­sto­so­wa­nym spo­łecz­nie, prze­by­wa­ją­cym w zakła­dach odosobnienia.

Odwiedziliśmy ośro­dek dla uza­leż­nio­nych Monar w Wyszkowie, w Mazowieckiem. Kiedy powsta­wał przed 26 laty, oko­licz­na spo­łecz­ność pro­te­sto­wa­ła nie tyl­ko sło­wem. Dochodziło do aktów wan­da­li­zmu – miej­sco­wi wybi­ja­li szy­by w oknach, nie oby­ło się bez ręko­czy­nów – pobi­to tam wów­czas m.in. Marka Kotańskiego (1942 – 2002), twór­cę Monaru. W cią­gu kolej­nych lat sto­su­nek wyszko­wian do ośrod­ka się zmie­niał. Mieszkańcy nie tyl­ko godzi­li się z ist­nie­niem pla­ców­ki, ale cały­mi rodzi­na­mi zaczę­li kibi­co­wać orga­ni­zo­wa­nym tam poka­zom jeź­dziec­kim, rycer­skim, bie­gom myśliw­skim. Bo wyszkow­ski Monar wierz­chow­ca­mi stoi. To wła­śnie w tej pla­ców­ce, jako pierw­szej z sie­ci ośrod­ków mona­row­skich, zapo­cząt­ko­wa­no wspo­ma­ga­nie lecze­nia uza­leż­nień kon­tak­tem pacjen­tów z końmi.

Tu two­je miejsce

Przeszło dzie­sięć lat temu tra­fi­ła na kura­cję Justyna (28 lat), dziś stu­dent­ka ostat­nie­go roku reso­cja­li­za­cji, sze­fo­wa tam­tej­szej staj­ni, zara­zem instruk­tor­ka jeź­dziec­twa; wów­czas osiem­na­sto­let­nia nar­ko­man­ka, nie bar­dzo wie­dzą­ca, cze­go tak napraw­dę chce. Na lecze­nie zgło­si­ła się co praw­da z wła­snej woli, ale led­wie prze­kro­czy­ła próg pla­ców­ki, już kom­bi­no­wa­ła, jak by się wyco­fać, pójść w nie­zna­ne, ukryć przed świa­tem, zwłasz­cza przed świa­tem ludzi. I pew­nie by ode­szła, gdy­by nie… mona­row­ska sucz­ka Mary, któ­ra od pierw­szej chwi­li cho­dzi­ła za nią krok w krok, jak­by nama­wia­ła: zostań, tu jest two­je miej­sce. I namó­wi­ła, sta­jąc się dla niej naj­bliż­szą isto­tą! To waż­ne dla każ­de­go czło­wie­ka, tak­że zupeł­nie zdro­we­go, by mieć kogoś, zwłasz­cza w momen­tach, gdy grunt wali się pod noga­mi. Justyna nie była już sama, ale jej stan psy­chicz­ny wciąż pozo­sta­wiał wie­le do życze­nia. Najlepszy dowód, że choć prze­by­wa­ła z suką całe dnie, dopie­ro po dwóch(!) tygo­dniach odkry­ła, iż ta nie ma jed­nej łapy. Odkrycie było symp­to­mem powra­ca­nia do rze­czy­wi­sto­ści. Po kolej­nych kil­ku dniach wiecz­nie mil­czą­ca dziew­czy­na zro­bi­ła kolej­ny krok: zaczę­ła odpo­wia­dać współ­miesz­kań­com na bar­dziej lub mniej istot­ne pyta­nia. Co z tego, że pół­słów­ka­mi, ale zaczę­ła. To wte­dy ktoś rzu­cił w jej kie­run­ku – A może byś tak konia wyczy­ści­ła? Pomyślała: głu­pio odmó­wić, a przy­znać się, jak bar­dzo się boi, wstyd. Skinęła więc twier­dzą­co gło­wą i po raz pierw­szy w życiu weszła do staj­ni. Na szczę­ście pośród wierz­chow­ców spo­strze­gła nie­po­zor­ne­go kucy­ka. – Z małym jakoś sobie pora­dzę – mruk­nę­ła pod nosem, i rze­czy­wi­ście sobie pora­dzi­ła; raz, dru­gi, pią­ty… Częste kon­tak­ty z koniem mini spra­wia­ły, że coraz mniej lęka­ła się koni mak­si. Tak zako­le­go­wa­ła się z Czarą. Od tej pory mia­ła już dwie bli­skie isto­ty: psi­nę i klacz. Przebywała z nimi na okrą­gło, a gdy było jej źle, skry­wa­ła się w bok­sie na dłu­gie godzi­ny. Kiedyś skry­ła się na cały dzień – nikt nie wie­dział, gdzie jest. Boks Czary stał się jej azy­lem. Po dziś dzień zresz­tą, choć prze­cież od daw­na nie jest już pacjent­ką, ile­kroć „zła­pie doła”, ucie­ka do koni, by czer­pać od nich pozy­tyw­ną energię.
Bo one mają magicz­ną moc – mówi z peł­nym prze­ko­na­niem. – Nie tyl­ko pozwa­la­ją się do sie­bie zbli­żyć, gdy czło­wie­ko­wi jest źle, nie tyl­ko wysłu­chu­ją, nie zdra­dza­jąc niko­mu, co im mówi­my, ale budu­ją poczu­cie war­to­ści. Nie wyty­ka­ją pacjen­tów kopy­ta­mi: ty jesteś ćpun, to stąd zjeż­dżaj, nie będę się z tobą zada­wać. Biorą nas taki­mi, jaki­mi jeste­śmy. Oczywiście trwa, nim pacjen­ci to sobie uświa­do­mią. Oni prze­cież – też taka byłam – boją się jakich­kol­wiek ocen, bo nie wie­rzą, że te mogą być pozy­tyw­ne – do tej pory wszy­scy mie­sza­li ich z bło­tem. Niełatwo o tym zapo­mnieć. Kiedy więc koń z jakie­goś powo­du sku­li uszy, kura­cjusz jest prze­ko­na­ny, że to on zawi­nił, zro­bił coś, co wpra­wi­ło zwie­rzę w zły humor. Wyjaśniam więc, jaka jest przy­czy­na takie­go zacho­wa­nia, i mówię, by nie bra­li wszyst­kie­go do sie­bie. Tłumaczę zara­zem, że konie potra­fią genial­nie odczy­ty­wać ludz­kie emo­cje. Badają nas i reagu­ją sto­sow­nie do sytu­acji. Dlatego mówię im: bądź­cie opa­no­wa­ni, spo­koj­ni, zde­cy­do­wa­ni i kon­se­kwent­ni w postę­po­wa­niu. Niewiele wskó­ra­ją bez pew­no­ści sie­bie, pew­no­ści, któ­rej może nawet nigdy nie mie­li, ale muszą się jej nauczyć. Jej brak stoi bowiem na dro­dze nie tyl­ko do poro­zu­mie­nia ze zwie­rzę­ta­mi, ale też z ludź­mi. Zamknięci w sobie, jak­że czę­sto nega­tyw­nie oce­nia­ni i nie­ro­zu­mia­ni, trak­to­wa­ni niczym bez­względ­ni ban­dy­ci, bez żad­nych szans. To krzyw­dzą­ce recen­zje: uza­leż­nie­nie jest prze­cież cho­ro­bą, a zapa­da­ją na nią w ogrom­nej mie­rze ludzie wraż­li­wi, cie­pli, peł­ni miło­ści. A że nie potra­fią tych uczuć oka­zy­wać, sami się pogrą­ża­ją. Nie potra­fią jed­nak do momen­tu, w któ­rym w ich życiu nie nastą­pi jakaś rady­kal­na zmia­na. Spotkanie ze staj­nią jest wła­śnie taką zmia­ną. Całodzienne dyżu­ry od szó­stej rano, czysz­cze­nie koni, kar­mie­nie, wypro­wa­dza­nie na pado­ki… to ist­na rewo­lu­cja w ich życio­ry­sie. Nagle sta­ją się potrzeb­ni, czu­ją, że to, co robią, ma sens, że coś od nich zale­ży. Przy oka­zji zaczy­na­ją też ze sobą roz­ma­wiać, naj­pierw z koniecz­no­ści – począt­ku­ją­cy radzą się bar­dziej doświad­czo­nych, jak sprzą­tać bok­sy, ile paszy zadać któ­re­mu konio­wi, ile wody nalać do poidła. W ten spo­sób nawią­zu­ją się natu­ral­ne rela­cje, naj­pierw tyl­ko mię­dzy pra­cu­ją­cy­mi w staj­ni na jed­nej zamia­nie, póź­niej tak­że z inny­mi sta­jen­ny­mi, wresz­cie, co oczy­wi­ście trwa naj­dłu­żej, pacjen­ci otwie­ra­ją się na oso­by spo­za mona­row­skiej społeczności.

Całe sta­do koni!

Tomek (24 lata), jak sam mówi, dzię­ki koniom zaczął m.in. odbu­do­wy­wać wię­zi z rodzi­ca­mi, któ­rzy wyrzu­ci­li go z domu po tym, jak poli­cja zna­la­zła w jego poko­ju nar­ko­ty­ki. Wyszło na jaw, że nie tyl­ko jest deale­rem i nar­ko­ma­nem, o czym zresz­tą nikt z rodzi­ny nie miał poję­cia, ale ma jesz­cze na kon­cie kra­dzie­że i roz­bo­je – teraz cze­ka na spra­wę. Będzie odpo­wia­dał z wol­nej sto­py tyl­ko dla­te­go, że ojciec wpła­cił za nie­go sto­sow­ną kau­cję. – Do ostat­niej chwi­li mówił, że nie wpła­ci – wspo­mi­na Tomek.
Chłopak zamiesz­kał u zna­jo­mych kil­ka blo­ków dalej, ale z rodzi­ca­mi już się nie kon­tak­to­wał, co naj­wy­żej widy­wa­li się z dale­ka. Ćpał (od 13. roku życia), z cza­sem zaczął pić. W rzad­kich chwi­lach trzeź­wo­ści docie­ra­ło do nie­go, że sam nie da rady wyjść na pro­stą. W takim prze­ko­na­niu wspie­rał go kole­ga, były nar­ko­man, któ­ry z powo­dze­niem ukoń­czył kura­cję w wyszkow­skim Monarze. Zachwalał ośro­dek – Fajna atmos­fe­ra, faj­ni ludzie, a do tego konie.
Konie? Nigdy nie mia­łem z nimi stycz­no­ści. Owszem, nie­raz widy­wa­łem je na łąkach, ale z dale­ka. Sam fakt, że są w ośrod­ku, że może zdo­bę­dę jakieś nowe doświad­cze­nie, zain­try­go­wał mnie na tyle, że zde­cy­do­wa­łem się poje­chać wła­śnie do Wyszkowa. Na miej­scu dozna­łem szo­ku: nie było tam jed­ne­go, dwóch, pię­ciu koni, ale całe sta­do, osiem­na­ście sztuk! Pamiętam, że w pierw­szych tygo­dniach czu­łem się przy nich taki mały, malut­ki, ale dziś już jak rów­ny z rów­ny­mi. Przestałem się ich bać, uspo­ka­ja­ją mnie, wpro­wa­dza­ją w świat, któ­re­go nie zna­łem. Do tej pory moimi kom­pa­na­mi byli wyłącz­nie kole­dzy, nar­ko­ty­ki i alko­hol. Nie liczy­ło się nic, nawet rodzi­na była mi obo­jęt­na. Po trzech mie­sią­cach obco­wa­nia z koń­mi doj­rza­łem… do napi­sa­nia listu do rodzi­ców. Napisałem i podar­łem. Zacząłem pisać dru­gi, kre­ślić w nim co dru­gie sło­wo, w koń­cu zde­cy­do­wa­łem się wysłać w takiej for­mie, w jakiej był: poma­za­ne bazgro­ły. Obawiałem się bowiem, że jeśli zacznę prze­pi­sy­wać na czy­sto, przy oka­zji zno­wu popra­wiać, to jak poprzed­ni wylą­du­je w koszu. A pew­no­ści, czy będzie mnie stać na napi­sa­nie kolej­ne­go, nie mia­łem żad­nej. Ledwie list zna­lazł się w skrzyn­ce, już cze­ka­łem na odpo­wiedź. Mijały jed­nak tygo­dnie, a ta nie nad­cho­dzi­ła. Traciłem nadzie­ję, zasta­na­wia­łem się nawet, czy może jed­nak spró­bo­wać jesz­cze raz… i wła­śnie wte­dy – było to tuż przed Bożym Narodzeniem – ku memu kom­plet­ne­mu zasko­cze­niu rodzi­ce przy­je­cha­li do mnie w odwie­dzi­ny. Nasze pierw­sze spo­tka­nie było sztyw­ne, ale lody prze­ła­ma­li­śmy. Dziś rela­cje są nie­po­rów­ny­wal­nie cie­plej­sze i wie­rzę, że będą jesz­cze lep­sze. Ja po pro­stu wresz­cie potra­fię mówić o tym, co mnie boli, co mnie cie­szy. Mam nie­od­par­te wra­że­nie, że gdy­bym nie prze­ga­dał tylu godzin… z koń­mi, to nie umiał­bym w tak krót­kim cza­sie – po trzech mie­sią­cach tera­pii – nawią­zać kon­tak­tu nawet z rodzi­ca­mi. Pewnie odzy­ska­łem wia­rę w sie­bie. Całe życie wyda­wa­ło mi się, że nikt mnie nie potrze­bu­je, że wszyst­ko jed­no, czy jestem, czy mnie nie ma. W staj­ni oka­za­ło się, że wca­le nie tak wszyst­ko jed­no, bo jeśli np. pod­czas moje­go dyżu­ru nie nakar­mię koni, to będą głod­ne, jeśli im nie sprząt­nę, to będą mia­ły brud­no… Coś więc jed­nak od mnie zależy.
Teraz zresz­tą znacz­nie wię­cej: Tomek zamie­rza pod­jąć naukę w liceum, w pla­nach matu­ra. Żal mu tyl­ko, że kie­dy skoń­czy lecze­nie, roz­sta­nie się z koń­mi, któ­re zawład­nę­ły jego duszą, jed­nak nie cia­łem: bóle krę­go­słu­pa unie­moż­li­wia­ją mu upra­wia­nie jeździectwa.
Ale naj­pięk­niej­sze­go w świe­cie wido­ku galo­pu­ją­cych wierz­chow­ców i tak nigdy nie zapo­mnę, podob­nie jak odgło­su stu­ka­ją­cych kopyt…

Ćpałem od 14. roku

Krzysiek (28 lat – nie zgo­dził się na zamiesz­cze­nie swo­je­go zdję­cia) jeź­dził tro­chę kon­no u wuj­ka, jesz­cze nim tra­fił na lecze­nie. Samouk. W ośrod­ko­wej szkół­ce pod kie­run­kiem Justyny ma wresz­cie oka­zję poznać taj­ni­ki pra­wi­dło­we­go dosiadu.
Kurde, lubię być z koń­mi, czę­sto, kur­de, bio­rę nawet dodat­ko­we dyżu­ry w staj­ni, byle tyl­ko jak naj­wię­cej z nimi prze­by­wać. Pomagają mi zapo­mi­nać, kur­de, o tym, co się ze mną, kur­de, dzia­ło po dru­giej stro­nie. Najpierw, kur­de, od 14. roku ćpa­łem – z tego się wyle­czy­łem w innym ośrod­ku. Później zaczą­łem pić – mia­łem taki ośmio­mie­sięcz­ny ciąg alko­ho­lo­wy, do tego gra­łem na auto­ma­tach – stra­ci­łem, kur­de, sie­dem­dzie­siąt tysię­cy zło­tych. Powiedziałem sobie, kur­de, tak dalej być nie może, mam prze­cież już 28 lat i zale­d­wie pod­sta­wów­kę. Zgłosiłem się na lecze­nie, bo sam nie umia­łem sobie pomóc. Bez alko­ho­lu wytrzy­my­wa­łem naj­wy­żej trzy dni… Teraz już mnie nie cią­gnie, a nawet jak tro­chę zaczy­na, idę, kur­de, do staj­ni. Pan wie, kur­de, jakie to uczu­cie, jak koń kła­dzie czło­wie­ko­wi gło­wę na ramie­niu? Mnie to, kur­de, bar­dzo uspo­ka­ja, bar­dzo, kur­de, poma­ga. Tak sobie myślę, że może jak już stąd wyj­dę i speł­ni się, kur­de, moje marze­nie, by mieć fir­mę budow­la­ną, to może kur­de będę staj­nie budować…

Kule świ­sta­ły mu nad głową

Kamil (25 lat) chciał­by po zakoń­cze­niu tera­pii pra­co­wać zawo­do­wo z koń­mi. Wyszkowski Monar wybrał zresz­tą wła­śnie dla­te­go, że tam ich peł­no. Co praw­da wcze­śniej, przed lecze­niem, kon­takt z nimi miał spo­ra­dycz­ny, opie­ko­wał się cza­sem pocią­go­wy­mi koby­ła­mi wuja, ale zawsze spra­wia­ło mu to ogrom­ną przy­jem­ność. Natomiast radość, jaką nie­sie prze­jażdż­ka w sio­dle, poznał dopie­ro w ośrod­ku, ucząc się pod pal­ca­tem Justyny.
Jak pierw­szy raz wsia­dłem na Drachmę, a ona się potknę­ła, naja­dłem się okrop­ne­go pie­tra. Z boku to jeź­dziec­two wyda­je się znacz­nie łatwiej­sze. A samo angle­zo­wa­nie jakie trud­ne… Dziś dosia­dam Fryderyka, zna­ko­mi­cie się doga­du­je­my, nigdy nie zro­bił mi psi­ku­sa. Na przy­kład pod inny­mi zatrzy­mu­je się nie­spo­dzie­wa­nie w galo­pie, wszy­scy spa­da­ją, więc mało kto ma ocho­tę na takie zaba­wy. My nato­miast się wyczu­wa­my, obaj potrze­bu­je­my spo­ko­ju, obaj dobrze na sie­bie wpły­wa­my. Dzięki nie­mu, dzię­ki pra­cy w staj­ni powo­li zapo­mi­nam o tym, jak wyglą­da­ło moje życie przed przy­jaz­dem do ośrodka…
Kamil uza­leż­nio­ny był osiem lat. Przed pój­ściem do woj­ska brał od cza­su do cza­su, na impre­zach, ale kie­dy się dowie­dział, że ma szan­sę wyje­chać na misję poko­jo­wą do Syrii, prze­stał się nar­ko­ty­zo­wać na całe jede­na­ście mie­się­cy. Wiedział bowiem, że jeśli w trak­cie testów kwa­li­fi­ka­cyj­nych stwier­dzą, że bie­rze, nikt go nigdzie nie wyśle, co naj­wy­żej wywa­li z armii. Udało się, wyje­chał na sze­ścio­mie­sięcz­ny kon­trakt, ale już naza­jutrz zaczął ćpać. Ćpał dzień w dzień, by szyb­ciej mijał czas. Ostatni tydzień w Syrii dał mu się we zna­ki jak żaden inny. Ostrzelano jed­nost­kę, w któ­rej słu­żył; kule świ­sta­ły mu nad gło­wą i choć naćpa­ny, bał się, jak­by był zupeł­nie trzeźwy.
Wróciłem do kra­ju, a po mie­sięcz­nym urlo­pie zgło­si­łem się na testy przed kolej­ną, afgań­ską misją. Tym razem jed­nak odpa­dłem. Testów nie dało się oszu­kać. Tak skoń­czy­ła się moja przy­go­da z woj­skiem. Kupiłem dom, zaczą­łem go roz­bu­do­wać, ale zabra­kło pie­nię­dzy, bo zamiast oszczę­dzać, wyda­wa­łem na nar­ko­ty­ki i alko­hol. Do tego dzia­ła­łem jesz­cze w gru­pie prze­stęp­czej, byłem m.in. pase­rem – mam wyrok: sie­dem mie­się­cy w zawie­sze­niu na trzy lata. W koń­cu zde­cy­do­wa­łem się na lecze­nie… To była moja naj­mą­drzej­sza decy­zja. Dzięki niej prze­sta­łem tęsk­nić za wód­ką, nar­ko­ty­ka­mi, a zaczą­łem za kolej­ną prze­jażdż­ką. W sio­dle radzę sobie zupeł­nie dobrze i mam teraz jed­no zwią­za­ne z tym marze­nie: żeby Justyna wcią­gnę­ła mnie w koń­cu do zespo­łu pre­zen­tu­ją­ce­go kon­ne­go kadry­la… Ale był­bym szczęśliwy!

Wrażliwość, któ­ra gdzieś uciekła

Przykładów świad­czą­cych o tym, jak konie potra­fią odcią­gać od złe­go i kie­ro­wać zain­te­re­so­wa­nia w dia­me­tral­nie prze­ciw­nym kie­run­ku, są set­ki – wyja­śnia Beata Ryszewska, lekarz psy­chia­tra współ­pra­cu­ją­ca z wyszkow­skim ośrod­kiem od sze­ściu lat. – Istotą pro­wa­dzo­nej tera­pii jest emo­cjo­nal­ny kon­takt pacjen­ta z koniem, i to nie­ko­niecz­nie z pozy­cji sio­dła. Efekty przy­no­si już samo prze­by­wa­nie pen­sjo­na­riu­sza w bez­po­śred­niej bli­sko­ści zwie­rzę­cia. Tym kon­tak­tom w pierw­szej fazie nie­rzad­ko towa­rzy­szy lęk, nawet wypro­wa­dze­nie wierz­chow­ca ze staj­ni oka­zu­je się pie­kiel­nie trud­nym zada­niem. Kiedy jed­nak oba­wy mija­ją, pacjen­ci zaczy­na­ją oka­zy­wać coraz więk­sze zain­te­re­so­wa­nie zacho­wa­nia­mi koni, tak­że rela­cja­mi w sta­dzie, któ­re­go zasa­dy funk­cjo­no­wa­nia są przy­kła­dem zna­ko­mi­tej orga­ni­za­cji życia w danej spo­łecz­no­ści. Z koń­mi mają do czy­nie­nia tyl­ko ci pacjen­ci, któ­rzy chcą. Jeśli było­by to obo­wiąz­ko­we, nie speł­nia­ło­by swo­jej tera­peu­tycz­nej roli. Oczywiście nama­wia­nie nie­zde­cy­do­wa­nych jak naj­bar­dziej ma sens, ale to oni sami muszą chcieć. Nie mam naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że ci, któ­rzy zaczę­li pra­co­wać z koń­mi, znacz­nie szyb­ciej odblo­ko­wu­ją się i otwie­ra­ją. Zmieniają nasta­wie­nie do świa­ta, odnaj­du­ją w sobie wraż­li­wość, któ­ra gdzieś im ucie­kła. Niektórym konie ura­to­wa­ły życie. Tu odna­leź­li sens tego życia, a wycho­dzą stąd ze spre­cy­zo­wa­ny­mi pla­na­mi na przy­szłość. Niejeden z naszych byłych pacjen­tów na zawsze zwią­zał los z koń­mi, ze zwie­rzę­ta­mi, któ­rym bez resz­ty zaufał, a któ­re spraw­dzi­ły się jako naj­lep­si tera­peu­ci… bo u nas tera­peu­ta­mi są konie!

Ani gro­sza dotacji

Na utrzy­ma­nie staj­ni nie dosta­je­my gro­sza – komen­tu­je Jagoda Władoń, spe­cja­li­sta tera­pii uza­leż­nień, kie­row­nicz­ka ośrod­ka Monaru w Wyszkowie. – Radzimy sobie jed­nak m.in. dzię­ki życz­li­wo­ści sąsia­dów, rol­ni­ków, któ­rzy a to pod­rzu­cą tro­chę owsa, a to podzie­lą się nad­wyż­ką sia­na czy sło­my… Nasi pacjen­ci odpra­co­wu­ją owe daro­wi­zny, poma­ga­jąc przy sia­no­ko­sach, wykop­kach, sprzą­ta­niu pose­sji. Uczą się, że dar­mo nic nie ma, że na wszyst­ko trze­ba zapra­co­wać, nawet jeśli, jak oni, czło­wiek znaj­du­je się w sytu­acji szczególnej.
Chwała więc wyszkow­skie­mu Monarowi, że tak gospo­da­rzy, iż nie tyl­ko pacjen­ci mają co do garn­ka wło­żyć, ale i koniom stra­wy nie bra­ku­je. Wykorzystywanie zwie­rząt w pra­cy z oso­ba­mi uza­leż­nio­ny­mi oraz ska­za­ny­mi nie jest niczym nowym, na świe­cie jest zna­ne od lat. U nas nie­ste­ty wciąż jesz­cze ta spe­cy­ficz­na for­ma hipo­te­ra­pii pro­wa­dzo­na jest w bar­dzo ogra­ni­czo­nym zakre­sie. Mamy w kra­ju zale­d­wie kil­ka pla­có­wek, któ­re zde­cy­do­wa­ły się ją sto­so­wać. Barierą jest nie­wąt­pli­wie kwe­stia finan­so­wa. W innych kra­jach na utrzy­ma­nie zwie­rząt łoży pań­stwo, u nas, jak w Wyszkowie, o owies trze­ba zadbać samemu.

Więcej w Koń a ekologia

Na górę