Connect with us

Pejzaż z koniem w tle

Historia i sztuka

Pejzaż z koniem w tle

Agnieszka Hyjek

Szanowni Państwo,

Pozwolę sobie potrak­to­wać tę oraz kolej­ne wypo­wie­dzi nie­co oso­bli­wie łącząc dwie for­my lite­rac­kie - list oraz esej. Powód dość pro­sty; oto moim pra­gnie­niem jest zwró­ce­nie się do każ­de­go z Państwa osob­no, czy­li tak, jak­by to było dłu­go ocze­ki­wa­ne spo­tka­nie, roz­mo­wa czy chwi­la spo­koj­ne­go zasłu­cha­nia. W przy­ja­znym miej­scu, o miłej spo­koj­nej porze, z her­ba­tą won­ną i dymią­cą z fili­żan­ki sto­ją­cej tuż obok lub kub­kiem cafée noir lub cafée au lait w dło­niach. Forma ese­ju zaś zapo­wia­da prze­chadz­kę po kra­inie roz­wa­żań, wąt­pli­wo­ści, odkryć i poru­szeń, ale wyni­ka­ją­cych nie z ckli­we­go sen­ty­men­ta­li­zmu, lecz opar­tych o wie­dzę i fak­ty. Kluczem jest w ese­ju fakt. Jego ist­nie­nie dopie­ro pozwa­la na snu­cie wąt­ku, wycią­ga­nie wnio­sków, pod­wa­ża­nie już ist­nie­ją­cych lub wzbo­ga­ca­nie ich. Oczywiście daje to fan­ta­stycz­ną oka­zję do stwo­rze­nia atmos­fe­ry pole­mi­ki, lub prze­ciw­nie, wyci­sze­nia emo­cji i zanu­rze­nia się w twór­czą myśl wio­dą­cą kre­ci­mi kory­ta­rza­mi wraż­li­wo­ści. Jej źró­dłem tym razem będą konie. A więc mamy ogni­wo spa­ja­ją­ce, coś co pośród naszych czę­sto skom­pli­ko­wa­nych indy­wi­du­al­no­ści i oso­bo­wo­ści ogni­sku­je, przy­cią­ga a nawet sca­la w nie­praw­do­po­dob­ną jed­ność. Ta wyni­ka z czę­sto skry­wa­ne­go fak­tu (bo może to nie wypa­da) miło­ści do koni i nie­ule­czal­nej fascy­na­cji nimi. Wszak nawet gdy spró­bu­je­my stłu­mić wraż­li­wość obra­sta­jąc w facho­wość, nie może­my zaprze­czyć, że zaprzą­ta­ją­ce nas dziś pro­ble­my zwią­za­ne z np. roz­ro­dem, pró­ba­mi na źreb­ność, zdo­by­ciem spon­so­ra dla zawod­ni­ka, lub kup­nem nowe­go konio­wo­zu, czy zna­le­zie­niem cha­ry­zma­tycz­ne­go tre­ne­ra - cza­ro­dzie­ja, że wszyst­ko to zaczę­ło się od miło­ści…

Zatem spró­buj­my odna­leźć i przy­wo­łać w sobie daw­ne echa zachwy­tu. Dzięki nim, posił­ku­jąc się fak­ta­mi zwią­za­ny­mi z koń­mi w sztu­ce, sztu­ce o tysiącu twa­rzy będzie­my mogli dotknąć ulot­no­ści chwil, zgłę­bić tajem­ni­ce arcy­dzieł mistrzów sztu­ki daw­nej i współ­cze­snej. Nie kładź­my też naszej zdol­no­ści do zachwy­tu na sza­li pro­fa­num, a więc konia-sztu­ki mię­sa, konia-sztu­ki zło­ta, konia-jako li tyl­ko przed­mio­tu lub środ­ka do zro­bie­nia świet­ne­go inte­re­su. O tym spró­bu­je­my zapo­mnieć popi­ja­jąc won­ną her­ba­tę lub kawę i sku­pia­jąc się na odkry­wa­niu drze­mią­cych w nas pokła­dów twór­czej wraż­li­wo­ści, rado­ści z powo­du obco­wa­nia z pięk­nem po pro­stu. O koniach w sztu­ce powsta­ło wie­le dzieł, ba nawet zda­rza­ły się opa­słe tomi­ska w pięk­nych wyda­niach, któ­re z chlu­bą nie­któ­rzy z nas trzy­ma­ją w zacisz­nych biblio­te­kach na widocz­nym miej­scu. Cóż, kie­dy brak cza­su odzie­ra nas z moż­li­wo­ści czy­ta­nia i sma­ko­wa­nia ich tre­ści i repro­duk­cji. Czasem też wal­ko­we­rem odda­je­my tęsk­no­tę za tym, by się­gnąć, czy choć­by zer­k­nąć do środ­ka i mieć z tego powo­du nie­po­ko­ją­co przy­jem­ne dozna­nie kon­tak­tu ze świa­tem innym, nie­co bar­dziej przy­ja­znym od tego, w któ­rym na co dzień wal­czy­my o wszyst­kie te rze­czy, któ­rych ist­nie­nie lub potrze­ba spę­dza sen z oczu. Tak więc fak­tem, że więk­szość z nas darzy podzi­wem i miło­ścią konie, nie będzie­my wię­cej się zaj­mo­wać. Z nie­go jed­nak wyni­ka dru­ga pasja i tą pra­gnę się z Państwem dzie­lić w moich listach-ese­jach. Nazbyt męczą nas dziś w naszym hiper­cy­wi­li­zo­wa­nym, hiper­mar­ke­to­wym świe­cie wszel­kie chro­no­lo­gie. Dlatego spró­bu­ję je omi­nąć i zapro­po­nu­ję Państwu opo­wie­ści-nie­spo­dzian­ki. Konie będą ich boha­te­ra­mi zazwy­czaj bez­po­śred­nio. Wykorzystam je tak­że jako pre­tekst do pozna­wa­nia nie­zwy­kłych twór­ców, w któ­rych życiu, czy to na płót­nie, w gra­fi­ce, rzeź­bie, czy też w innej for­mie, konie poja­wia­ły się lub sta­no­wi­ły pło­mien­ną namięt­ność. A takich było wie­lu. Z przy­jem­no­ścią będę dzie­lić się z Państwem wie­dzą i inter­pre­ta­cją dzieł - może zapra­gnę pro­wo­ko­wać Państwa cza­sa­mi? Jednak pro­szę nie brać mi za złe, że obcy i nie­na­wist­ny jest mi styl suchej, urzęd­ni­czej mowy, zdra­dza­ją­cej owszem przy­zwo­ite bran­żo­we wykształ­ce­nie, opi­su­ją­ce każ­dy skra­wek dzie­ła dro­bia­zgo­wo, lecz… nud­nie. A nuda, jak wie­my, zabi­ja. Wchodząc więc do ogro­du sztuk otwórz­my się na bogac­two form, barw, tech­nik, czy bogac­two sub­tel­nych doznań. Niech porwą nas na swo­je grzbie­ty i unio­są szla­chet­ne wierz­chow­ce Królestwa bry­tyj­skie­go, indiań­skie mustan­gi cwa­łu­ją­ce przez tra­wia­ste pre­rie, czy ogni­ste ruma­ki fan­ta­stycz­ne… A więc goto­we. Jeszcze tyl­ko sło­wa z prze­pięk­ne­go zbio­ru ese­jów o sztu­ce Mieczysława Paszkiewicza pt. „Zrywając kwia­ty w Stabie” (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1977). Niechaj one będą naszym mot­tem w róż­nych dzie­dzi­nach życia, któ­re wszak jest - czy chce­my tego, czy nie - wiel­ką tajem­ni­cą, a w tym wypad­ku bra­mą wio­dą­cą w prze­strzeń sztu­ki z koniem w roli głów­nej.
„Najgroźniejszymi dla żywe­go i oży­wia­ją­ce­go pięk­na cecha­mi inter­pre­ta­to­ra nie są nie­po­rad­ność czy powierz­chow­ność, ale prze­ciw­nie: wni­kli­wość, bystrość w odnaj­dy­wa­niu źró­deł, traf­ne wyja­śnia­nie ana­to­mii i psy­cho­lo­gii - czy może raczej psy­cho­ana­to­mii pro­ce­su twór­cze­go. Tak, wła­śnie „pro­ce­su twór­cze­go”, by się­gnąć do arse­na­łu, aby zapo­ży­czyć się z żar­go­nu tych, któ­rzy nie ufa­jąc w nie­win­ność twór­czo­ści wyta­cza­ją jej dro­bia­zgo­wy, pra­wi­dła­mi udo­ku­men­to­wa­ny pro­ces, a po pra­wo­moc­nym wyro­ku i egze­ku­cji umiesz­cza­ją zwło­ki w kost­ni­cy swych docie­kań. W dzie­le arty­sty pocią­ga nas ciem­na głę­bia, wir zja­wisk, w któ­rym prze­czu­wa­li­śmy ich bli­skość a zara­zem doświad­cza­li nie­uchwyt­no­ści. W wyni­ku traf­nej ana­li­zy, skru­pu­lat­nych badań, nagro­ma­dze­nia i wła­ści­we­go zin­ter­pre­to­wa­nia fak­tów badacz wyja­śnia - a rów­no­cze­śnie zabi­ja - tajem­ni­cę. Możemy do woli podzi­wiać jej zawi­ły mecha­nizm. Nie prze­szka­dza­ją już w tym urok i wzru­sze­nie, któ­re ule­cia­ły bez­pow­rot­nie. Czujemy się oszu­ka­ni: obie­ca­no nam kamień filo­zo­ficz­ny, a otrzy­ma­li­śmy kart­kę z pod­ręcz­ni­ka mecha­ni­ki. Bezbłędną i bez­u­ży­tecz­ną. Bo cóż po wie­dzy, któ­ra nie wyba­wia od banal­no­ści dnia powsze­dnie­go, a prze­ciw­nie sta­ra się utrwa­lić w nas prze­ko­na­nie, że tyl­ko on ist­nie­je. Metafora ginie od wyja­śnień. Pozostaje tyl­ko jej szkie­let, łań­cuch mar­twych słów. Przez oło­wia­ne ścia­ny komen­ta­rzy świe­ci reszt­ką fos­fo­rycz­ne­go świa­tła. Z dru­giej stro­ny - zauwa­ża jakiś w nas głos - uchy­la­nie się od poj­mo­wa­nia dzie­ła w całej jego zło­żo­no­ści jest tanią pró­bą uciecz­ki, a w dodat­ku pro­wa­dzi do nikąd, do jało­we­go i powierz­chow­ne­go zachwy­tu. Jakaś doza, czy raczej jakaś traf­na for­ma wie­dzy, zro­zu­mie­nia jest nie­zbęd­na by pogłę­bić wzru­sze­nie wyni­ka­ją­ce z bez­na­dziej­ne­go obco­wa­nia z zagad­ką.”

Tajemnica Doliny Białego Konia

Twórcy mają dość prze­wrot­ne uspo­so­bie­nia i pew­nie dzię­ki temu twór­ca­mi byli lub są. Wewnętrzny nie­po­kój , a może oba­wa przed nie­wy­ra­żal­no­ścią tego co w życiu naj­bar­dziej pocią­ga­ją­ce, od pra­wie­ków - jak mnie­mam - wywo­ły­wa­ły efek­ty czę­sto obłęd­ne i przy­pra­wia­ją­ce o zawrót gło­wy. W wie­lu przy­pad­kach nie może­my powie­dzieć na pew­no jaki­mi moty­wa­mi kie­ro­wa­li się arty­ści i to nie­za­leż­nie od cza­su w jakim żyli. W tej spra­wie usta prze­szło­ści zamknię­te są kamien­nym spo­iwem. Możemy snuć przy­pusz­cze­nia - snu­jąc się po skle­pach, gro­tach, gale­riach, polach… W dzi­siej­szym hrab­stwie Oxfordshire w Wielkiej Brytanii, nie­da­le­ko Uffington, moż­na oglą­dać zgo­ła nie­sły­cha­ny wize­ru­nek. Biały Koń. Forma oszczęd­na, sche­ma­tycz­na, o nie­mal wyszu­ka­nej pro­sto­cie gestu i wyra­zu. Tu może o zdu­mie­nie przy­pra­wia nas nie gra­cja i nie mięk­kość kształ­tów, lecz drą­żą­cy mózg znak zapy­ta­nia. Kto, po co i jakim cudem to uczy­nił? Wyraźny rysu­nek wyry­ty na kre­do­wych wzgó­rzach uka­zu­je zale­d­wie zarys konia. Ktoś zło­śli­wy mógł­by suge­ro­wać patrząc na przy­kład na ogon, że to kot - ma do tego pra­wo. Jednak wie­my, że koń jest z natu­ry swej - choć poskro­mio­nej - zwie­rzę­ciem prze­strze­ni i uciecz­ki. Ten bia­ły rumak o gigan­tycz­nych roz­mia­rach powsta­ły poprzez usu­nię­cie dar­ni uka­zu­je kre­do­wą war­stwę skal­ną, któ­ra jest two­rzy­wem budu­ją­cym struk­tu­rę tego obra­zu. Mimo, iż skraj­nie sty­li­zo­wa­na, syl­wet­ka konia-gigan­ta wyraź­nie uka­zu­je cha­rak­te­ry­stycz­ny dyna­mizm. Koń fru­nie mimo, że na wie­ki uwiązł w kre­do­wych wzgó­rzach - szy­ja napię­ta, wycią­gnię­ta w bie­gu, zarys przed­nich i tyl­nych nóg tra­tu­ją­cych bie­lą zie­lo­ną darń… Inny wize­ru­nek wyko­na­ny w iden­tycz­ny spo­sób, choć o wie­le bogat­szy w for­mę, bliż­szy reali­zmo­wi, widocz­ny jest na wznie­sie­niu na zachód od Westbury w hrab­stwie Wiltshire. Tutaj zdu­mie­nie ogar­nia nas tym więk­sze, że przy gigan­tycz­nych roz­mia­rach ten bia­ły koń zacho­wu­je wszel­kie cechy koń­skiej budo­wy i uro­dy. Pochodzenie obu bia­łych pra­daw­nych ruma­ków z Anglii nie jest zna­ne. Wiemy, że ten ostat­ni został odno­wio­ny w 1773 roku. Istnieją przy­pusz­cze­nia, że wcze­śniej sta­ła tam figu­ra konia. Być może całe to zamie­sza­nie z kre­do­wy­mi koń­mi-gigan­ta­mi zwią­za­ne jest z wie­rze­nia­mi, for­ma­mi kul­tu.

Nie wie­my dokład­nie w jakim momen­cie i miej­scu koń został udo­mo­wio­ny. Przypuszcza się, że oko­ło 3 tysiąc­le­cia p.n.e. Koń był zwie­rzy­ną łow­ną. Ale był też przed­mio­tem czci i kul­tu. Mięso i skó­ry, kości, zęby i róg kopyt to nie wszyst­ko. To wie­my dziś z całą pew­no­ścią, że ten szcze­gól­ny wyraz czci wobec koni wyni­kał z magii i uro­dy jaką noszą w sobie konie. Błysk w oku, błysk nie­za­leż­no­ści i wol­no­ści nam nie­do­stęp­nej. Połyskujące w słoń­cu peł­ne boki i ogon nie­sio­ny jak pió­ro­pusz lek­kich traw koły­sa­nych wia­trem. A może ten zawrot­ny pęd i prze­szy­wa­ją­ce powie­trze rże­nie? Tak, znacz­nie łatwiej jed­nak zła­pać i upo­lo­wać kro­wę. Myślę, że doty­czy­ło to tak­że naszych pre­hi­sto­rycz­nych bra­ci - schwy­ta­nie jakiej­kol­wiek sztu­ki bydła nie mogło być aż tak trud­ne. Ale pochwy­cić tę kurza­wę? Ten dzi­ki pło­mień? To co inne­go…

Chińska „kru­cha moc”

Statuetka, któ­rej kopie dość czę­sto moż­na kupić w skle­pach z souve­ni­ra­mi na całym świe­cie nie jest pokaź­nych roz­mia­rów. Jednak jej siła i pięk­no są nie­za­leż­ne od wagi i gaba­ry­tów. Jest od wewnątrz. Napięcie potęż­nych mię­śni, uro­da mocy, zwar­tość syl­we­ty, sil­ne kopy­ta i w pro­por­cjach nie­mal monu­men­tal­na szy­ja z nie­wiel­kim, zuchwa­le zadar­tym łbem i stu­lo­ny­mi usza­mi, tchną nie lada cha­rak­te­rem. Koń, rumak z sio­dłem o wyso­kich łękach, mięk­ka jasno­brą­zo­wa maść pięk­nie odci­na się od zie­le­ni sio­dła. Co cie­ka­we, koń z chiń­skiej szkli­wio­nej cera­mi­ki ma tyl­ko uzdę na łbie. Bez kieł­zna, bez wodzy. Podogonie i napier­śnik zdo­bio­ne boga­to. Żaden rząd nie jest dość boga­ty dla takie­go bojow­ni­ka. Figurka pocho­dzi z okre­su dyna­stii Tang (618 - 906). Nie jest jedy­ną tego rodza­ju. Podobne znaj­do­wa­no w gro­bow­cach człon­ków rodzi­ny cesar­skiej. Znak dobro­by­tu? Zażyłości i przy­mie­rza? Zapewne wie­le zna­czeń moż­na przy­pi­sać obec­no­ści figu­rek koni w gro­bow­cach.

Ten typ konia poja­wił się w Chinach dopie­ro po epo­ce Han (206 p.n.e. - 221 n.e.). Wówczas Chińczycy zna­li tyl­ko zwin­ne, wytrwa­łe lecz nie­zbyt uro­dzi­we i nie­wiel­kie kuce mon­gol­skie. Takie konie ema­nu­ją­ce jak ten ze sta­tu­et­ki mocą i wital­ną siłą poja­wi­ły się po wypra­wie do Persji. To stam­tąd spro­wa­dzo­no do Chin per­skie ogie­ry. Konie te sta­ły się natchnie­niem arty­stów chiń­skich. Jednym z pięk­niej­szych dzieł, jest obraz Zhao Mengfu (1254 - 1322) - two­rzą­ce­go w epo­ce mon­gol­skiej w Chinach. W cza­sie gdy powstał, pano­wa­niem cie­szył się Kubilaj-chan, a więc jest to czas, gdy swą słyn­ną podróż do Chin i Mongolii odby­wał Marco Polo. Wówczas konie były pod­sta­wą armii Czyngis-cha­na zja­wi­sko­we­go pod każ­dym wzglę­dem wodza. Klacze wierz­cho­we w jego armii były źró­dłem poży­wie­nia i picia - dawa­ły mle­ko, z któ­re­go prze­cież pro­du­ko­wa­no kumys i pożyw­ny ser. Podobno wojow­ni­cy - jak poda­je w swych rela­cjach Marco Polo, pod­czas naj­trud­niej­szych wypraw otwie­ra­li swym koniom żyły posi­la­jąc się ich krwią, aby prze­żyć. Co na to dziś powie­dzie­li­by bojow­ni­cy wal­czą­cy o pra­wa zwie­rząt? Konie są jak pasmo war­ko­cza wple­cio­ne nie­od­łącz­nie w histo­rię Chin. Kubilaj-chan po prze­nie­sie­niu sto­li­cy z Karakorum do Tatu (dzi­siej­szy Pekin) prze­jął znacz­ną część oby­cza­jów i wysu­bli­mo­wa­nej kul­tu­ry chiń­skiej, a widocz­nym pięt­nem jest mię­dzy inny­mi malar­stwo. I ten pięk­ny obraz „Konie prze­cho­dzą­ce przez rze­kę”. Na nim kasz­ta­no­wa­ty tarant wierz­ga zadni­mi noga­mi w towa­rzy­sza bie­gną­ce­go z tyłu, koń kary i siwy, gnia­dy i szpa­ko­wa­ty - wszyst­kie szla­chet­nej krwi, swo­bod­ne, z widocz­ną domiesz­ką krwi koni orien­tal­nych. Pełne życia, tem­pe­ra­men­tu konie, któ­rych ruch, tęt­nią­ca w żyłach krew zaklę­ta zosta­ła w obraz, gdzie ciche drze­wa trwa­ją mil­czą­co nad paste­lo­wą pola­ną i leni­wie suną­cą rze­ką, któ­rej chłód obmy­wa peł­ne, cie­płe boki tatar­skich wierz­chow­ców.

Koniec lata 2003

Zapraszam Państwa do kore­spon­den­cji; pro­szę prze­sy­łać swo­je spo­strze­że­nia, dzie­lić się fascy­na­cja­mi, zada­wać pyta­nia. Listy pro­szę prze­sy­łać na adres redak­cji.

Agnieszka Hyjek
arty­sta pla­styk

Więcej w Historia i sztuka

  • Historia i sztuka

    WAHO i wia­dro kawio­ru

    By

    tekst: Jerzy Milczarek Gdy zimo­wa aura sprzy­ja tęsk­no­cie za słoń­cem i cie­płem lata, powra­cam wspo­mnie­nia­mi do gorą­cej...

  • Historia i sztuka

    Ku dosko­na­ło­ści

    By

    Andrzej Novák-Zempliński Czwarta edy­cja Międzynarodowego Konkursu Tradycyjnego Powożenia w Książu odby­ła się w dniach 23 – 24 lip­ca pod hono­ro­wym...

  • Historia i sztuka

    Rodzina, ach rodzi­na!

    By

    Piotr Dzięciołowski Tomasz Biernawski – czło­wiek od koni i mili­ta­riów w pol­skim fil­mie, bywa sce­no­gra­fem i deko­ra­to­rem, kolek­cjo­ner sprzę­tu...

Na górę