Connect with us

Hodowca i Jeździec

Nie robię w konia, robię w koniach

Wywiad

Nie robię w konia, robię w koniach

Rozmawiał: Michał Wierusz-Kowalski

Czy Partynice będą słu­ży­ły tyl­ko wyści­gom czy może rów­nież hodow­li, jeź­dziec­twu, sze­ro­ko poję­tej rekre­acji i mia­stu? O tym oraz wie­lu innych waż­nych dla wro­cław­skie­go toru spra­wach roz­ma­wia­my z nowym dyrek­to­rem Jerzym Sawką.

Na wstę­pie gra­tu­lu­ję wygra­nia kon­kur­su – od wrze­śnia 2013 r. jest pan dyrek­to­rem par­ty­nic­kie­go toru wyści­go­we­go, ale konia­rzem od nie­pa­mięt­nych lat AKJ-otow­skich. Jest pan tak­że czyn­nym jeźdź­cem i wice­mi­strzem Polski dzien­ni­ka­rzy w powo­że­niu. Czy to pomo­gło w pod­ję­ciu decyzji?
– Jestem konia­rzem od dziec­ka. Jazdy uczył mnie star­szy brat, dzi­siaj zna­ny rysow­nik – Henryk. Mieliśmy w domu książ­kę majo­ra Leona Kona. To była nasza jeź­dziec­ka biblia. Zawsze chcia­łem pra­co­wać zawo­do­wo z koń­mi, ale tak się w życiu zło­ży­ło, że byłem dzien­ni­ka­rzem, a przez ostat­nie 23 lata redak­to­rem naczel­nym redak­cji lokal­nych „Gazety Wyborczej” w Szczecinie, Warszawie (zastęp­ca sze­fa „Stołecznej”) i we Wrocławiu. Ale rów­no­le­gle zaj­mo­wa­łem się końmi.
Byłem wła­ści­cie­lem dzie­się­ciu koni róż­nych ras: fol­blu­ta, wiel­ko­pol­skich, kuca walij­skie­go, quater horse’a, lusi­ta­no i ara­ba. Największą jeź­dziec­ką przy­go­dą mło­do­ści były cza­sy AKJ. W 1986 r. na kur­sie instruk­to­rów tak ogrom­ne wra­że­nie zro­bił na mnie dr Krzysztof Skorupski i jego spo­sób rozu­mie­nia koni, że do dziś współpracujemy.
Tak, zają­łem dru­gie miej­sce na zawo­dach dzien­ni­ka­rzy w powo­że­niu na zawo­dach w Jagodnem u Irka Kozłowskiego. Kilka razy byłem też na pudle Art Cup w Lewadzie u Andrzeja Sałackiego. Trzy razy zdo­by­łem mistrzo­stwo Polski w team pen­nin­gu na mistrzo­stwach w Western City Jurka Pokoja. Ale sport to dla mnie głów­nie zaba­wa. Nie mam potrze­by cią­głe­go rywa­li­zo­wa­nia. Powtarzalność mnie nudzi. Próbowałem pra­wie wszyst­kich dys­cy­plin jeź­dziec­kich łącz­nie z polo, jed­nak naj­bar­dziej lubię wędrów­ki kon­ne. Od ponad trzy­dzie­stu lat wszyst­kie waka­cje spę­dzam w sio­dle. Zjechałem bez mała całą Polskę. Byłem w ponad poło­wie kra­jów Europy, na Ukrainie, w Ameryce i Argentynie.
Oczywiście, że Partynice to fan­ta­stycz­ne miej­sce pra­cy dla konia­rza. Ale w moim przy­pad­ku na decy­zję o star­cie w kon­kur­sie na dyrek­to­ra wpły­nął inny waż­ny czyn­nik. Mianowicie jesz­cze jako dzien­ni­karz oso­bi­ście i na łamach „Gazety Wyborczej” inspi­ro­wa­łem i nama­wia­łem miło­śni­ków peł­nej krwi angiel­skiej do wpro­wa­dze­nia tej rasy na wro­cław­skie tory, na któ­rych dotych­czas bie­ga­ły konie pół­krwi. Pisałem, jakie powin­ny być Partynice. Teraz, jako dyrek­tor, mam przy­jem­ność reali­zo­wać swo­ją wizję.

Jerzy Sawka i Sang Jang, folblut który przez trzy miesiące nie pozwalał się dosiąść a teraz seryjnie wygrywa wyścigi fot. Maciej Świerczyński

Jerzy Sawka i Sang Jang, fol­blut któ­ry przez trzy mie­sią­ce nie pozwa­lał się dosiąść a teraz seryj­nie wygry­wa wyści­gi
fot. Marta Nowakowska

Czy Wrocławiowi jest potrzeb­ny tor wyści­gów kon­nych z praw­dzi­we­go zdarzenia?
– Wrocław ma szczę­ście posia­dać tor wyści­go­wy. Jeszcze tyl­ko dwa mia­sta w Polsce są w tej samej sytu­acji: Warszawa i Sopot. Nasze Partynice zosta­ły zbu­do­wa­ne przez Niemców po to, żeby ści­ga­ły się na nich konie. Temu słu­ży cała infra­struk­tu­ra. Niewykorzystanie jej było­by bar­ba­rzyń­stwem. Oczywiście, że mia­stu potrzeb­ne są wyści­gi z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, czy­li z udzia­łem koni wyści­go­wych, fol­blu­tów w roli głów­nej. Wyścigi muszą być praw­dzi­we, tak samo jak miłość, jak pasja. Udawane nie mają sen­su. Gdyby do dziś ści­ga­ły się na naszym torze konie pół­krwi, to nadal byli­by­śmy odcię­tym od świa­ta grajdołem.

Jak pan rozu­mie poję­cie „odda­nie toru wrocławianom”?
– Sam tor, czy­li bież­nia, to teren wybit­nie koń­ski. Zamkniętą stre­fą jest też obszar staj­ni wyści­go­wych. Tak naka­zu­ją wzglę­dy bez­pie­czeń­stwa. Natomiast cała resz­ta Partynic jest otwar­ta dla wro­cła­wian. Bardzo zale­ży mi na tym, żeby lubi­li przy­cho­dzić na Partynice. Ale chcę, żeby głów­nym powo­dem ich obec­no­ści były konie. Dlatego sta­wiam na kuce i małe konie. Chcę, żeby trzy czwar­te koni w rekre­acji było prze­zna­czo­nych dla dzie­ci ze szkół pod­sta­wo­wych. Już kupi­łem (część poży­czy­łem) dzie­sięć małych koni, głów­nie kuców walij­skich. Jak znaj­dę dodat­ko­we pie­nią­dze, kupię następ­ne. Marzy mi się, żeby w tym roku pra­co­wa­ło w rekre­acji trzy­dzie­ści koni. Chciałbym, żeby doce­lo­wo Partynice były tym dla Wrocławia, czym Jaszkowo Antoniego Chłapowskiego jest dla Poznania. A my mamy ogrom­ną prze­wa­gę nad Jaszkowem, bo Partynice są w mie­ście. Jak przyj­dą do nas mali jeźdź­cy, to wraz z nimi rodzi­ce, dziad­ko­wie. Dla tych małych i doro­słych ludzi musi­my stwo­rzyć odpo­wied­nią infra­struk­tu­rę. Muszą mieć gdzie się bawić i coś zjeść. Niektóre pomy­sły są już reali­zo­wa­ne, nie­któ­re w fazie pro­jek­tów. Od wrze­śnia codzien­nie inten­syw­nie nad tym pra­cu­ję wraz z moją ekipą.

Czy wyko­rzy­sta­nie infra­struk­tu­ry wro­cław­skie­go toru do orga­ni­za­cji imprez jeź­dziec­kich na naj­wyż­szym, rów­nież mię­dzy­na­ro­do­wym, pozio­mie jest zasadne?
– Jak naj­bar­dziej. Jesteśmy otwar­ci na wszel­kie pomy­sły. Każdej dobrej ini­cja­ty­wie odda­my naszą infra­struk­tu­rę do dys­po­zy­cji. Jesteśmy goto­wi pro­mo­wać kla­sycz­ne dys­cy­pli­ny oraz zupeł­ne inno­wa­cje. Kiedy zadzwo­nił do mnie tre­ner Wojciech Mickunas i zapro­po­no­wał Mistrzostwa Kraju w Jeździe bez Ogłowia, natych­miast kupi­łem ten pomysł. Zapraszam 26 i 27 kwiet­nia na tę impre­zę. Zgłaszają się do nas orga­ni­za­to­rzy Dolnego Śląska i całej Polski. Jeśli nie ma koli­zji ter­mi­nów, niko­mu nie odma­wia­my. Zależy nam nato­miast na tym, żeby zawo­dy były atrak­cyj­ne dla publicz­no­ści. Chcemy, żeby np. orga­ni­za­to­rzy kon­kur­sów ujeż­dże­nia pro­po­no­wa­li taki pro­gram, któ­ry przy­cią­gnie publicz­ność, a nie tyl­ko luza­ków. Mamy świet­ne poło­że­nie, atrak­cyj­ne mia­sto, bar­dzo dobre warun­ki dla orga­ni­za­cji imprez jeź­dziec­kich i otwar­te ser­ca. Czego wię­cej trzeba?

Czy pana zda­niem wyści­gi kon­ne są w sta­nie się samo­fi­nan­so­wać? Jeżeli tak, to czy takie warun­ki we Wrocławiu mogą być spełnione?
– Wyścigi to głów­nie zakła­dy. Żeby konie wyści­go­we się finan­so­wa­ły, ktoś musi w nie grać. Irlandczycy, Anglicy, Francuzi, Australijczycy, Amerykanie i Japończycy gra­ją. Ale oni mają sta­re tra­dy­cje. Trzeba pamię­tać, że to roz­ryw­ka XIX-wiecz­na, nie­ste­ty, w Polsce, szcze­gól­nie powo­jen­nej, o sła­bym umo­co­wa­niu. Współcześni, nowo przy­by­wa­ją­cy na tory ludzie z epo­ki cyfro­wej nie rozu­mie­ją skom­pli­ko­wa­ne­go sys­te­mu gry w konie. Żeby więc zna­leźć spo­sób na finan­so­wa­nie wyści­gów, trze­ba brać pod uwa­gę sze­reg czyn­ni­ków: hodow­ców, wła­ści­cie­li, lokal­ne tra­dy­cje, tren­dy świa­to­we, wyści­go­wą poli­ty­kę poszcze­gól­nych państw. My musi­my wypra­co­wać kra­jo­wy model wyści­gów, być może mie­sza­ny: zakła­dy jak we Francji plus spon­so­ring jak w Niemczech. Ale żeby tak się sta­ło, potrzeb­na jest współ­pra­ca zain­te­re­so­wa­nych śro­do­wisk, samo­rzą­dów i insty­tu­cji państwa.
Ja uwa­żam, że nawet gdy­by jakiś kata­klizm roz­wa­lił pol­skie wyści­gi, to Wrocław prze­trwa jako miej­sce tre­nin­gu i tor, bo będzie atrak­cyj­ny ceno­wo dla koni z Niemiec, Czech czy Austrii. Ale tu nie o Wrocław cho­dzi, ale o całą pol­ską bran­żę wyści­go­wą. Dlatego z poru­cze­nia pre­zy­den­ta Wrocławia Rafała Dutkiewicza odwie­dzi­łem pre­zy­den­ta Sopotu Jacka Karnowskiego, pre­zy­dent Łodzi Hannę Zdanowską i pre­zy­den­ta Lublina Krzysztofa Żuka. W Sopocie tor jest, w dwóch pozo­sta­łych mia­stach nie ma, ale były. I mogą być. Trzeba roz­ma­wiać o przy­szło­ści wyści­gów, mieć jej wyobrażenie.

Czy wro­cław­ski tor speł­nia wszyst­kie stan­dar­dy bezpieczeństwa?
– To sta­re zało­że­nie archi­tek­to­nicz­ne, z począt­ku XX wie­ku. Oglądałem z moim zastęp­cą do spraw wyści­gów Robertem Świątkiem tory w Irlandii i Francji. Patrząc z tej per­spek­ty­wy, jeste­śmy zaco­fa­ni. Nie mamy kana­tu, tor nie jest odpo­wied­nio ogro­dzo­ny. Koń może wsko­czyć w miej­sce dla publicz­no­ści, i to się zda­rza­ło. Bezpieczeństwo to dla nas prio­ry­tet. Wpisałem je jako waż­ny punkt w doku­ment zasad­ni­czy dla fir­my – misję. Powiem więc tak: tor był nie­bez­piecz­ny. Ale mamy już pod­pi­sa­ny kon­trakt na kanat. Trwa prze­targ na ogro­dze­nie. Nie zdą­ży­my na otwar­cie sezo­nu, ale w jego trak­cie i kanat, i ogro­dze­nie będą zainstalowane.

Czy infra­struk­tu­ra nie­zbęd­na do utrzy­ma­nia i tre­no­wa­nia koni oraz roz­gry­wa­nia gonitw w bez­piecz­nych warun­kach jest w tej chwi­li wystar­cza­ją­ca, aby przy­cią­gać na wro­cław­ski tor coraz lep­sze konie?
– Dla koni zasad­ni­cza jest bież­nia. Kupiliśmy w USA jedy­ny dziś w Polsce tak spe­cja­li­stycz­ny aera­tor do jej spulch­nia­nia. Skończyliśmy budo­wę sys­te­mu nawad­nia­nia toru. W ubie­głym sezo­nie bie­ga­ły u nas świet­ne konie z Czech, z Niemiec i ze Służewca. Nikt nie narze­kał na pod­ło­że. Możemy więc odpo­wie­dzial­nie zapro­sić każ­de­go wła­ści­cie­la z jego cen­nym koniem.
Proszę zauwa­żyć, że dzia­ła­my w wariac­kim tem­pie. WTWK Partynice 1 wrze­śnia 2013 r. zaczął nowy etap histo­rii. Przez dwa lata go nie było. Tor został wchło­nię­ty przez Młodzieżowe Centrum Sportu i te dwie jed­nost­ki razem two­rzy­ły insty­tu­cję o nazwie Wrocławskie Centrum Sportu Hippiki i Rekreacji. Ale, para­dok­sal­nie, gdy­by nie to znie­wo­le­nie, a potem wyzwo­le­nie, to Partynice nadal tkwi­ły­by w marazmie.

W nie­da­le­kiej prze­szło­ści pod­czas tre­nin­gu koń uciekł poza tor, przy­czy­nia­jąc się do śmier­tel­ne­go wypad­ku jeźdź­ca nie­zwią­za­ne­go z wyści­ga­mi. Jak zamie­rza pan temu zapobiegać?
– Powiem bru­tal­ną praw­dę: jeź­dziec­two bywa śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ne. Sam je upra­wiam i moje dwie cór­ki też. To świa­do­my wybór. Ale dodam, że mam obse­sję na punk­cie bez­pie­czeń­stwa. Kilka razy otar­łem się o śmierć. Każdy czło­wiek inten­syw­nie jeż­dżą­cy kon­no tego doświad­czył. Mówię to, mimo że wie­lu moich kole­gów uzna, iż szko­dzę jeź­dziec­twu. Ale ci, któ­rzy tego nie mówią, upra­wia­ją hipokryzję.
Ta histo­ria, do któ­rej pan nawią­zu­je, to był wypa­dek. Podobne jesz­cze, nie­ste­ty, się wyda­rzą. Po tej tra­ge­dii poprzed­nie kie­row­nic­two zbu­do­wa­ło auto­ma­tycz­ną bra­mę, któ­ra unie­moż­li­wia koniom wyści­go­wym samo­dziel­ne opusz­cze­nie toru tre­nin­go­we­go. Można posta­wić pyta­nie, co koń ujeż­dże­nio­wy robił w stre­fie wyści­go­wej. Przecież wszy­scy konia­rze na Partynicach – i wyści­gow­cy, i spor­tow­cy innych dys­cy­plin – wie­dzie­li, że mło­de konie wyści­go­we cza­sa­mi wysa­dza­ją jeźdź­ców z sio­deł i wra­ca­ją galo­pem do swo­ich staj­ni. A tutaj na szla­ku tych ucie­czek ktoś zain­sta­lo­wał plac ujeż­dże­nio­wy, a ktoś inny na nim trenował.
Wypadkom nie da się zapo­biec w stu pro­cen­tach, ale trze­ba mini­ma­li­zo­wać ich praw­do­po­do­bień­stwo. Trzeba mieć dużo doświad­cze­nia w pra­cy z koń­mi i trze­ba mieć słuch na to, co mówią ludzie, żeby anty­cy­po­wać wyda­rze­nia, ale to i tak nie daje stu­pro­cen­to­wej gwa­ran­cji bezpieczeństwa.
Moja eki­pa BHP jest spe­cjal­nie wyczu­lo­na na wszel­kie zagro­że­nia. Jednak to nie papier da ludziom bez­pie­czeń­stwo. Najważniejszy jest zdro­wy rozsądek.

Jak w kolej­nych latach pro­gno­zu­je pan per­spek­ty­wę zwięk­sze­nia licz­by gonitw i wyso­ko­ści nagród finan­so­wych na torze?
– Mierzę siły na zamia­ry. W tym roku mamy 17 dni wyści­go­wych, w ubie­głym mie­li­śmy 15. Przyszły rok będzie­my usta­wiać na pozio­mie tego­rocz­ne­go. Nie chce­my być kom­bi­na­tem wyści­go­wym. Wrocławianie przy­cho­dzą na wyści­gi jak na pik­nik. Chcemy utrzy­mać tę atmos­fe­rę. To ma być miej­sce sym­pa­tycz­ne­go spę­dza­nia cza­su pośród koni.
Jeśli cho­dzi o nagro­dy, to uwa­żam, że powin­ni­śmy pro­wa­dzić wspól­ną poli­ty­kę ze wszyst­ki­mi tora­mi. Taką, któ­ra słu­ży roz­wo­jo­wi wyści­gów w Polsce. W tych goni­twach, któ­re powin­ny być spe­cjal­nie pro­mo­wa­ne – duże nagro­dy, w innych – odpo­wied­nie do ich ran­gi. Uważam, że sytu­acja, w któ­rej Sopot, Wrocław i Warszawa licy­tu­ją się w wyso­ko­ści nagród, psu­je pol­skie wyścigi.

W jaki spo­sób pla­nu­je pan wykre­ować wize­ru­nek toru wro­cław­skie­go jako wyjąt­ko­we­go miej­sca o nie­po­wta­rzal­nym kli­ma­cie, gdzie war­to prze­by­wać i przy oka­zji obsta­wić któ­rąś goni­twę? Pana pomy­sły na pro­mo­cję Partynic, ale i Wrocławia – przez wyści­gi konne…
– To już jest wyjąt­ko­we miej­sce, bo gdzie na świe­cie są takie tory, na któ­re przy­cho­dzą rodzi­ny z koca­mi? Gdzie na świe­cie ludzie przy­cho­dzą na goni­twy, któ­rych nie moż­na obsta­wiać? A tak przed paro­ma laty u nas było.
Jedyne, cze­go nam abso­lut­nie nie bra­ku­je, to pomy­sły. Nie zdra­dzę tych zwią­za­nych ze spo­so­ba­mi pozy­ski­wa­nia pie­nię­dzy. Ale rok 2013 poka­zał, jakie efek­ty dały tele­bi­my usta­wio­ne na wro­cław­skim ryn­ku na żywo trans­mi­tu­ją­ce goni­twy. Dzień póź­niej na Wielkiej Wrocławskiej mie­li­śmy 12 tys. widzów. To rekord. Więcej ludzi było podob­no na mityn­gu KDL w 1969 r., ale wte­dy auto­bu­sa­mi przy­wie­zio­no ze Śląska gór­ni­ków, bo impre­za była pro­pa­gan­do­wa, a ówcze­sna pra­sa wyol­brzy­mia­ła suk­ce­sy władzy.
Wytypowaliśmy w tym roku kil­ka dni wyści­go­wych: Otwarcie Sezonu, Dzień Prezydencki, Wielką Wrocławską i Zakończenie Sezonu, któ­rym damy wyjąt­ko­wo atrak­cyj­ną opra­wę i promocję.
W tym roku moc­no pra­cu­je­my na przy­szły. Niech pan owo­ców szu­ka w 2015 r., a potem w latach następ­nych. Ale też pro­szę mieć na wzglę­dzie, że wro­cław­ski tor ma 107 lat, ja jestem jego dyrek­to­rem nie­speł­na pół roku i nie nazy­wam się Jerzy Chrystus.

Co nale­ża­ło­by zmie­nić w pol­skim pra­wo­daw­stwie, aby stwo­rzyć szan­se na powo­dze­nie dzia­łań na rzecz powięk­sze­nia zain­te­re­so­wa­nia wyści­ga­mi kon­ny­mi w kraju?
– Zmiany w pra­wie nie zbu­du­ją zain­te­re­so­wa­nia wyści­ga­mi. Dla mnie stan praw­ny nie jest zasad­ni­czym pro­ble­mem. Potrzebna jest wola, wspar­cie dla hodow­li peł­nej krwi, pro­mo­cja wyści­gów i zwią­za­ne­go z koń­mi sty­lu spę­dza­nia cza­su wol­ne­go. Dziewiętnastowieczna pro­we­nien­cja wyści­gów może być ogrom­nym atu­tem. Trzeba chcieć ten poten­cjał uruchomić.

Z per­spek­ty­wy oso­bi­ste­go zaan­ga­żo­wa­nia w hipi­kę bli­żej panu do reinin­gu czy do wyścigów?
– Najbliżej mi do koni. Kocham wyści­gi, bo to naj­uczciw­sza kon­ku­ren­cja spor­to­wa. Dzieci się ści­ga­ją, krzy­cząc: kto pierw­szy, ten lep­szy. Tak samo bawią się źre­ba­ki. Najbardziej lubię goni­twy pła­skie. W nich widać wszyst­ko. Wzruszam się, gdy widzę ide­al­ny galop Frankela. Tylko Maradona tak się poru­szał. Reining to przy­go­da. Kupiłem w Austrii przy­zwo­itą klacz i dwa tygo­dnie póź­niej wystar­to­wa­łem na niej w mistrzo­stwach Polski Polskiej Ligi Western i Rodeo. Ale w życiu nie prze­je­cha­łem wcze­śniej pat­ter­nu. Wojtek Adamczyk, mój ówcze­sny prze­wod­nik wester­no­wy, prze­pro­wa­dził mnie pie­szo przez pat­tern, instru­ując, gdzie mam zaga­lo­po­wać, gdzie zro­bić spin, gdzie sli­ding stop, roll-back i wszyst­kie obo­wiąz­ko­we figu­ry. Jechałem za nim stę­pem, bo na hali było ze dwa­dzie­ścia koni, nie dało się ćwi­czyć. W kon­kur­sie prze­je­cha­łem całość dobrze, ale zro­bi­łem o jeden obrót spi­na za dużo i tym samym dosta­łem zero punk­tów. Ale to bez zna­cze­nia. Mnie idzie o kon­takt z koń­mi, inte­re­su­je mnie ich psy­chi­ka, szu­kam nowych kana­łów komu­ni­ka­cji z nimi. To daje mi naj­więk­szą satysfakcję.

Jakie są pana dotych­cza­so­we doświad­cze­nia z wyści­ga­mi kon­ny­mi? Wszak pana koni­kiem jest pra­ca z trud­ny­mi końmi…
– Działkę wyści­go­wą obsłu­gu­je u mnie eki­pa eks­per­tów: Robert Świątek – tre­ner, Jarek Zalewski – mene­dżer spor­tu, hodow­ca fol­blu­tów, Piotr Pękala – dzien­ni­karz wyści­go­wy i Andrzej Oleksik – twór­ca nie­sa­mo­wi­tej bazy o wyści­gach i folblutach.
Dla praw­dzi­we­go konia­rza nic, co zwią­za­ne z koń­mi, nie może być obce. Zawsze fascy­no­wa­ły mnie rasy. Historia fol­blu­tów i ich wpły­wu na inne rasy jest nie­sa­mo­wi­ta. Kiedy byłem sze­fem „Gazety Wyborczej” w cza­sach jej pro­spe­ri­ty, przez trzy kolej­ne lata orga­ni­zo­wa­łem na lot­ni­sku Dąbie ama­tor­skie wyści­gi kon­ne. Jedna taka impre­za kosz­to­wa­ła ok. 80 tys. zł, przy czym moja fir­ma wykła­da­ła lwią część, ok. 50 tys. Teraz sobie myślę, jak to fan­ta­stycz­nie, że mi na to pozwa­la­no. Kiedy w 2000 r. orga­ni­zo­wa­łem ostat­nie – jak się oka­za­ło – wyści­gi, wygrał mój Czar, fol­blut od Jarka Księżuka z Krasnego. Oczywiście, poza kon­kur­sem, bo był koniem orga­ni­za­to­ra, ale radość z jego zwy­cię­stwa była cen­niej­sza od nagród.
Praca z trud­ny­mi koń­mi to trud­na pra­ca (śmiech). A pra­ca z fol­blu­ta­mi to igra­nie z ogniem. Nie wiem, dla­cze­go to robię, to prze­cież bar­dzo nie­bez­piecz­ne, a moje cór­ki potrze­bu­ją ojca. A tak serio: zro­bić trud­ne­go fol­blu­ta to wyzwa­nie z eks­tra­kla­sy. Poza tym to pra­ca w zespo­le: tre­ner, jeź­dziec, ja. Trzeba słu­chać i sły­szeć. Z zesta­wie­nia uwag wycho­dzą rze­czy nie­sa­mo­wi­te. Jestem dum­ny z efek­tów pra­cy z Sang Jangiem, któ­ry przez trzy mie­sią­ce nie dał się dosiąść, a po kolej­nych trzech mie­sią­cach obco­wa­nia ze mną przy­jął jeźdź­ca bez żad­ne­go pro­ble­mu i teraz seryj­nie wygry­wa wyścigi.
Poza tym iry­tu­ją mnie tzw. zakli­na­cze, któ­rzy obie­cu­ją zro­bić konia w try miga. Nie ma takiej moż­li­wo­ści. To mar­ke­tin­go­wy kit dla naiw­nych. O tre­ne­rach świad­czą ich konie lub jeźdź­cy. Dlatego moje hasło brzmi: ja nie robię w konia, ja robię w koniach.

Folbluty na Partynicach to nowość, któ­rą panu zawdzięczamy…
– Konie peł­nej krwi wpro­wa­dził na nasze tory tre­ner Robert Świątek, ich wiel­ki miło­śnik. Ja go jedy­nie – wte­dy jesz­cze jako redak­tor – do dzia­ła­nia na ich rzecz nama­wia­łem. Nie było to trud­ne, bo był do tego prze­ko­na­ny. Ja tyl­ko odpa­li­łem lont. I poszło. W gru­pie ini­cja­tyw­nej był jesz­cze Jarek Zalewski, Wiesław Saniewski i Adam Suchorzewski.
Z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy powiem tak: przed paro­ma laty Wrocławski Tor Wyścigów Konnych – Partynice nie był zain­te­re­so­wa­ny roz­wo­jem wyści­gów kon­nych. Dziwne, ale tak było. Jednak niko­go nie winię za taki stan rze­czy. Czasami tak się układa.

Tor poza tre­nin­giem koni wyści­go­wych i orga­ni­za­cją gonitw musi na co dzień z cze­goś żyć. Podobno jest pan w trak­cie wpro­wa­dza­nia mody­fi­ka­cji doty­czą­cych obec­no­ści na Partynicach koni pen­sjo­na­to­wych i rekreacyjnych?
– Zdecydowanie sta­wiam na pro­fe­sjo­nal­ną rekre­ację. Świadomie uży­wam przy­miot­ni­ka: „pro­fe­sjo­nal­na”. Bez takiej rekre­acji nie będzie wyso­kie­go spor­tu. Dlatego na prze­ło­mie kwiet­nia i maja dr Krzysztof Skorupski i Jerzy Krukowski – jedy­ny Polak, któ­ry zakwa­li­fi­ko­wał się do mistrzostw świa­ta w WKKW w Normandii – popro­wa­dzą u mnie kurs dla instruk­to­rów rekre­acji z udzia­łem dzie­ci zaczy­na­ją­cych jaz­dę kon­ną. Rekreacja będzie dru­gą, obok wyści­gów, nogą par­ty­nic­kie­go konia. Przy sto­sun­ko­wo niskich cenach: 33 zł za 45 min peł­nej jaz­dy na koniu odpo­wied­nim do wzro­stu ucznia, two­rzy­my atrak­cyj­ną ofer­tę. Koń rekre­acyj­ny wypra­co­wu­je trzy razy wię­cej zysku niż pen­sjo­na­to­wy, za któ­re­go bie­rze­my 800 zł mie­sięcz­nie. Ponadto koń rekre­acyj­ny jest spo­łecz­nie po wie­le­kroć bar­dziej pożą­da­ny, bo daje przy­jem­ność czte­rem dzie­cia­kom dzien­nie. Koń pen­sjo­na­to­wy z regu­ły słu­ży tyl­ko swo­je­mu wła­ści­cie­lo­wi. Dlatego par­ty­nic­kie konie rekre­acyj­ne mają pierw­szeń­stwo przed hotelowymi.

A pla­ny doty­czą­ce innych imprez spor­to­wych, jak Halowy Puchar Polski w sko­kach czy Mistrzostwa Polski Młodych Koni?
– Nie ma pro­ble­mu z orga­ni­za­cją imprez, o któ­rych pan mówi. Wystarczy, żeby orga­ni­za­tor je nam zgło­sił. Kalendarz na ten rok budo­wa­li­śmy w ubie­głym, do 15 listo­pa­da cze­ka­li­śmy na ofer­ty. Prawie wszyst­kie week­en­dy są wypeł­nio­ne. Kto chciał, ten dostał. Powtarzam: jeste­śmy otwar­ci. Ale nie będzie­my two­rzyć mono­po­lu na orga­ni­za­cję zawo­dów. Chcemy, by orga­ni­zo­wa­li je ci, któ­rzy się zna­ją na poszcze­gól­nych dys­cy­pli­nach. Specjalnie zale­ży nam na tym, by wszyst­kie impre­zy jeź­dziec­kie były atrak­cyj­ne dla publicz­no­ści. Jeszcze takie­go warun­ku orga­ni­za­to­rom nie sta­wia­li­śmy, ale od przy­szłe­go sezo­nu będzie­my. Ludzie nie­jeż­dżą­cy kon­no muszą mieć przy­jem­ność z bycia na zawo­dach jeź­dziec­kich. Tylko tak może­my praw­dzi­wie wypro­mo­wać jeździectwo.

Na koniec – kie­dy we Wrocławiu powsta­nie tor wyści­gów kon­nych z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, któ­ry jako hipo­drom i obiekt spor­to­wo-rekre­acyj­ny będzie słu­żył wszyst­kim sym­pa­ty­kom koni?
– Już jest. Zapraszam.

Więcej w Wywiad

Na górę