Connect with us

Mazurek dla Mazurka

Sport i wyścigi

Mazurek dla Mazurka

Rozmawiał: Michał Wierusz-Kowalski

O pasji, woli wal­ki, szan­sie na suk­ces w USA i odra­dza­niu się zaprzę­gów w Polsce roz­ma­wia­my z Piotrem Mazurkiem - 24. w ran­kin­gu świa­to­wym powo­żą­cym w Mazurek Horse Team, jedy­nym pol­skim zespo­le nomi­no­wa­nym w dys­cy­pli­nie powo­że­nia zaprzę­ga­mi czte­ro­kon­ny­mi do uczest­nic­twa w Olimpiadzie Jeżdzieckiej Alltech FEI World Equestrian Games, Kentucky 2010.

Zakwalifikowałeś się do mistrzostw świa­ta w Kentucky. Fuks czy świa­do­me dzia­ła­nie?
- To dru­ga impre­za tej ran­gi, do któ­rej się zakwa­li­fi­ko­wa­łem, i dru­gi sezon star­tów z zaprzę­ga­mi czte­ro­kon­ny­mi. Choć już w pierw­szym roku wyko­na­łem plan mak­si­mum i rzu­tem na taśmę wywal­czy­łem kwa­li­fi­ka­cję do MŚ. Jednak dopie­ro rok 2009 to czas zapla­no­wa­ny od a do z pod kątem star­tu na olim­pia­dzie jeź­dziec­kiej w Kentucky. Ogromna pra­ca całe­go zespo­łu, dopre­cy­zo­wa­nie naj­drob­niej­szych szcze­gó­łów pod okiem tre­ne­ra, ana­li­za doświad­czeń - to kro­ki podej­mo­wa­ne z myślą o suk­ce­sie teamu w USA.

Od ilu lat bawisz się w zaprzę­gi?
- Kiedy pierw­szy raz wystar­to­wa­łem w zawo­dach, mia­łem 16 lat. Ale wystę­py na mię­dzy­na­ro­do­wych are­nach roz­po­czą­łem póź­niej - w roku 2007. Od listo­pa­da 2006 r. w Ośrodku Alana Olsona na Florydzie mia­łem oka­zję jeź­dzić konie, któ­rych on nie uży­wał do wystę­pów w naj­waż­niej­szych kon­kur­sach. Ponieważ oka­za­ło się, że moja pra­ca przy­no­si­ła efek­ty, pozwo­lo­no mi wziąć udział w pierw­szych kwa­li­fi­ka­cjach do MŚ. Zająłem wte­dy trze­cie miej­sce, dzię­ki cze­mu Olson uzy­skał jesz­cze dwa dodat­ko­we konie z kwa­li­fi­ka­cją mistrzow­ską.
W kra­ju cze­ka­ły na mnie już zaawan­so­wa­ne szko­le­nio­wo moje wła­sne konie, z któ­ry­mi mogłem przy­stą­pić do rywa­li­za­cji na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej o dosta­nie się do kadry naro­do­wej i wystą­pie­nie w mistrzo­stwach świa­ta w Warce.

Czy zaprzę­gi trak­tu­jesz jako poważ­ne zaję­cie?
- Oczywiście, choć odczu­cia zwią­za­ne z tym spor­tem bywa­ją skraj­nie róż­ne. Bo dla mnie zaprzę­gi sta­no­wią przede wszyst­kim ogrom­ną przy­go­dę. Uczestniczę w nich z potrze­by ser­ca, pasji i pogo­ni za marze­nia­mi. Ale nie zawsze mia­łem moż­li­wo­ści. To dla­te­go przez lata uczest­ni­czy­łem w zawo­dach ama­tor­skich i ogól­no­pol­skich. Starty wią­żą się z dużym wysił­kiem finan­so­wym i orga­ni­za­cyj­nym. A ja w tym cza­sie koń­czy­łem stu­dia wete­ry­na­ryj­ne, robi­łem spe­cja­li­za­cję, pro­wa­dzi­łem staj­nię i tre­no­wa­łem konie. Krok po kro­ku dosze­dłem jed­nak do tego, co mam dziś. Ale to doświad­cze­nie nauczy­ło mnie dużej poko­ry. Dlatego bar­dzo sza­nu­ję to, że mogę teraz reali­zo­wać moją pasję. Dbam o mój sprzęt zaprzę­go­wy, nigdy nie prze­cią­żam koni i zawsze postę­pu­ję ze szcze­gól­ną tro­ską o nie.

Kiedyś przy­cho­dzi chwi­la praw­dy… Nie jedziesz do Stanów prze­pra­szać.
- Zdecydowanie nie. Jadę do Stanów god­nie repre­zen­to­wać nasz kraj. Mistrzostwa świa­ta to pró­ba naj­wyż­szej ran­gi. Podczas takich zawo­dów od koni wyma­ga się 120 proc., od ludzi 150 proc., a od sie­bie naj­le­piej 200 proc. Tak w naj­więk­szym uprosz­cze­niu wyglą­da spe­cy­fi­ka udzia­łu w mistrzo­stwach świa­ta. Do tego oczy­wi­ście nie­zbęd­ny jest cały sztab fachow­ców, któ­rzy mi poma­ga­ją, by pod­czas olim­pia­dy team dzia­łał na naj­wyż­szych obro­tach.

Jak bolid w Formule 1 - kie­row­ca nic nie wskó­ra bez odda­ne­go spra­wie teamu.
- To nie­zwy­kle cel­ne porów­na­nie. Zawodnik sku­pia się na wystę­pie i koniach w kon­tek­ście same­go star­tu. Całą resz­tą zaj­mu­je się zespół. Chodzi m.in. o opie­kę nad koń­mi, czysz­cze­nie, kar­mie­nie czy przy­go­to­wy­wa­nie sprzę­tu. Mój zespół two­rzą nie­zwy­kle odda­ni i dobrze wyszko­le­ni luza­cy: Nicola Jęsiak, Arkadiusz Szpojda i Tadeusz Lipiński, któ­ry jest rów­nież hodow­cą moich trzech pod­sta­wo­wych koni. Zawodnik musi skon­cen­tro­wać się w tym cza­sie na rela­cji z koń­mi. To sed­no póśniej­sze­go wyni­ku. Chodzi o to, by wsłu­chać się w for­mę, nastrój psy­chicz­ny i fizycz­ny każ­de­go konia, tak by umieć je zre­lak­so­wać i przy­go­to­wać do star­tu. Trzeba się temu oddać be resz­ty. Wówczas moż­na ocze­ki­wać, że konie zapre­zen­tu­ją mak­si­mum swe­go aktu­al­ne­go wyszko­le­nia. Trzeba też mieć na uwa­dze, że na zawo­dach konie reagu­ją ina­czej niż pod­czas codzien­nych tre­nin­gów. By zna­leść roz­wią­za­nie i móc roz­ła­do­wać ich stres, trze­ba znać ich rytm i reago­wać na wszel­kie symp­to­my wska­zu­ją­ce na spa­dek for­my. W tym celu pro­wa­dzę dzien­nik zaprzę­go­wy, w któ­rym robię szcze­gó­ło­we notat­ki na temat każ­de­go tre­nin­gu i chwil poświę­co­nych koniom. Stąd wiem na przy­kład, że dany koń powi­nien naj­pierw cho­dzić 20 minut na lon­ży, następ­nie pół godzi­ny stę­po­wać, a dopie­ro potem moż­na go zało­żyć do czwór­ki, bo dopie­ro taka kolej­ność czyn­no­ści dopro­wa­dza do opty­mal­ne­go przy­go­to­wa­nia star­to­we­go. Czasami jed­nak cała nagro­ma­dzo­na wie­dza bie­rze w łeb. Po przy­je­cha­niu na zawo­dy oka­zu­je się, że jeden z koni ma tak ogrom­ne napię­cie, że wyma­ga zupeł­nie inne­go - nie­stan­dar­do­we­go i czę­sto intu­icyj­ne­go roz­wią­za­nia.

Improwizacja?
- Tak moż­na powie­dzieć, choć na eks­pe­ry­men­ty abso­lut­nie nie ma tu cza­su. Po to wła­śnie jest dzien­nik i sumien­na pra­ca w domu, by przed wystę­pem osią­gnąć opty­mal­ną for­mę star­to­wą. A intu­icja, cóż, nie bie­rze się zni­kąd, bez doświad­cze­nia nie jest przy­dat­ną cechą.

Na zawo­dach jesteś jed­nak dyry­gen­tem, któ­ry musi zagrać kon­cert z czte­ro­kon­ną orkie­strą.
- Tak, tra­fiasz w sed­no. Każdy koń dys­po­nu­je inną psy­chi­ką. Do mnie więc nale­ży zebra­nie tej róż­no­rod­no­ści w zgra­ną całość. Dlatego pro­ces szko­le­nia jest taki dłu­gi i żmud­ny. Wszystkie czte­ry konie muszą na te same pomo­ce jeś­dziec­kie reago­wać w jed­na­ko­wy spo­sób. Tylko wte­dy osią­ga się pułap kom­for­tu potrzeb­ny zarów­no koniom, jak i ludziom do upra­wia­nia tego spor­tu na wyso­kim pozio­mie, w spo­sób ele­ganc­ki i efek­tyw­ny.

Skończyłeś cięż­kie stu­dia, pro­wa­dzisz prak­ty­kę wete­ry­na­ryj­ną. Jak ty to godzisz?
- Proporcje mię­dzy tre­nin­giem a lecze­niem ule­gły kolo­sal­ne­mu zachwia­niu. Praca z koń­mi i sport zepchnę­ły wete­ry­na­rię na dal­szy plan. Pewnie kie­dyś wró­cę do niej w więk­szym wymia­rze cza­su. Moją spe­cjal­no­ścią jest roz­ród koni, więc choć­by na uży­tek rodzin­nej hodow­li na pew­no będę dzia­łał i roz­wi­jał się rów­nież w tej mate­rii. Ale teraz przede wszyst­kim tre­nin­gi. Moim celem jest naj­lep­szy moż­li­wy wynik na tego­rocz­nej olim­pia­dzie w Kentucky.

Na temat godzin otwar­cia two­je­go gabi­ne­tu wete­ry­na­ryj­ne­go krą­żą legen­dy. Masz ponoć bar­dzo ela­stycz­ne godzi­ny urzę­do­wa­nia, a kart­ka na drzwiach z napi­sem „wra­cam za tydzień” zdą­ży­ła wypło­wieć…
- Ależ to naj­lep­szy dowód, że jed­nak nie zanie­cha­łem zawo­du. Choć nie­ste­ty z wete­ry­na­rii nie był­bym w sta­nie upra­wiać powo­że­nia. Na szczę­ście moimi spon­so­ra­mi i naj­więk­szy­mi kibi­ca­mi jest rodzi­na. Gdyby nie mama, już daw­no musiał­bym powie­sić lej­ce na koł­ku. To ona pozwa­la mi wie­rzyć, że pod­ją­łem słusz­ną decy­zję. Wspiera mnie na każ­dym kro­ku, ducho­wo i mate­rial­nie, pozwa­la, bym podró­żo­wał z całą moją czwór­ką po Europie, co do łatwych ani tanich nie nale­ży.

Jednak eska­pa­da do Kentucky, szcze­gól­nie w kon­tek­ście hor­ren­dal­nie dro­gie­go trans­por­tu lot­ni­cze­go, to arcy­trud­ne wyzwa­nie. Na jakim eta­pie przy­go­to­wań jesteś?
- Intensywnie szu­ka­my spon­so­rów, bez któ­rych ten wyjazd po pro­stu się nie uda. Mogę tre­no­wać bez wytchnie­nia, pod­no­sić umie­jęt­no­ści swo­je i teamu pod okiem naj­lep­szych świa­to­wych spe­cja­li­stów, ale kon­se­kwen­cje finan­so­we tego wyjaz­du abso­lut­nie prze­kra­cza­ją moje moż­li­wo­ści. Na suk­ces tego wyjaz­du pra­cu­je sztab zaprzy­ja­śnio­nych osób, począw­szy od moich emi­sa­riu­szy w Stanach, nie­oce­nio­nych pań­stwa Krystyny i Jacka Słowikowskich, po ludzi wspie­ra­ją­cych mnie w Polsce, m.in. Patrycję Radek, któ­ra zaj­mu­je się kwe­stia­mi public rela­tions. Wspiera mnie też fir­ma Alltech, któ­rej twa­rzą jestem na pol­skim ryn­ku, i fir­ma Pro Equo.

Dlaczego aku­rat te fir­my?
- Nieprzypadkowo. Po pierw­sze two­rzą je ludzie zaan­ga­żo­wa­ni w spor­ty kon­ne i życie całej bran­ży zarów­no od stro­ny mery­to­rycz­nej, orga­ni­za­cyj­nej, jak i ich pro­duk­tów. Ponadto Alltech to mię­dzy­na­ro­do­wy kon­cern bio­tech­no­lo­gicz­ny z Kentucky, któ­ry jest głów­nym spon­so­rem mistrzostw Alltech FEI World Equestrian Games. Jest rów­nież twór­cą m.in. suple­men­tu die­ty dla koni - Lifeforce, któ­ry sto­su­ję, a Pro Equo jego dys­try­bu­to­rem na Polskę. Zwarcie naszych szy­ków było więc natu­ral­ne. Niemniej aby doje­chać na igrzy­ska, potrze­bu­je­my jesz­cze kil­ku dodat­ko­wych dobro­dziei.

Twoje konie to pol­skie konie?
- Tak, moimi part­ne­ra­mi w dro­dze do Kentucky są konie pol­skiej hodow­li. Zresztą w tej dys­cy­pli­nie spor­tu nasze konie cie­szą się dużym powo­dze­niem rów­nież w zagra­nicz­nych eki­pach: ame­ry­kań­skiej (Chester Weber i jego koń Grumus - srebr­ny meda­li­sta indy­wi­du­al­nie na MÂ w czwór­kach w 2008 r., dwu­krot­ny mistrz USA i tytuł Konia Roku), nie­miec­kiej (Ludwig Weinmayr - z pol­skim koniem Harris Bey wywal­czył mistrzo­stwo Niemiec), fran­cu­skiej, austriac­kiej i wło­skiej.
Aktualnie współ­pra­cu­ję z koń­mi Bakir ur. w 2000 (Pastisz / Bryza po Bars) i Bastylia ur. w 1999 (Lord Aleksander / Bryza po Bars), któ­re do tej pory już dwu­krot­nie bra­ły udział w mistrzo­stwach świa­ta w zaprzę­gach paro- i czte­ro­kon­nych. Następnie Celt ur. w 2003 (Good Luck / Cezarea po Gordon I) i Sander ur. w 2002 (Sonnenstrahl / Haluta po Lansjer). Te dwa konie w roku 2008 bra­ły udział w mistrzo­stwach świa­ta czwó­rek w Beesd. Ostatnie trzy to Saroyan ur. w 2002 (Power Prince / Sanacja po Peres), Batalia ur. w 2003 (Tango / Baltona po Historyk) oraz Laura ur. w 1997 (Lord Aleksander / Bryza po Bars), któ­re w minio­nym sezo­nie bar­dzo uda­nie zade­biu­to­wa­ły na pozio­mie mię­dzy­na­ro­do­wym.

Powiedziałeś, że mamy spo­ry poten­cjał hodow­la­ny na potrze­by powo­że­nia.
- Myślę, że nasze konie przy­go­to­wy­wa­ne do zawo­dów zaprzę­go­wych mogą z powo­dze­niem pro­mo­wać pol­ską hodow­lę na świe­cie. Niestety powo­że­nie jest nie­do­ce­nia­ne przez hodow­ców i pra­wie nie­zau­wa­ża­ne przez decy­den­tów śro­do­wi­ska hodow­la­ne­go. Wielu hodow­ców koni ujeż­dże­nio­wych czy sko­ko­wych chcia­ło­by wyho­do­wać lide­rów ran­kin­gów świa­to­wych w swo­ich dys­cy­pli­nach, tym­cza­sem w zaprzę­gach jed­no- i paro­kon­nych ma to miej­sce. I war­to dodać, że popyt na dobrej jako­ści konie zaprzę­go­we jest nie­zmien­nie wyso­ki. Polskie konie w świa­do­mo­ści ludzi z bran­ży zaprzę­go­wej funk­cjo­nu­ją od bar­dzo daw­na. Zdarzały się impre­zy mię­dzy­na­ro­do­we, kie­dy w bar­wach zachod­nich kra­jów star­to­wa­ło dzie­więć koni pol­skiej hodow­li, i do tego repre­zen­tu­ją­cych jed­ną stad­ni­nę - Strzelce Opolskie. Przez wie­le lat pan Jerzy Strużyński kon­se­kwent­nie hodo­wał konie o pro­fi­lu jed­no­znacz­nie zaprzę­go­wym. Ważne, by dotrzeć z infor­ma­cją do hodow­ców posia­da­ją­cych cen­ne kla­cze, jak dobrać odpo­wied­nie­go ogie­ra, by zwięk­szyć szan­sę na wyho­do­wa­nie mate­ria­łu, któ­ry dzię­ki okre­ślo­nym pre­dys­po­zy­cjom będzie łatwiej sprze­dać. To misja PZHK, bowiem żeby móc sprze­dać, naj­pierw powi­nien być dobry towar. Osobiście w cią­gu jed­ne­go sezo­nu otrzy­mu­ję wie­le pro­po­zy­cji doty­czą­cych kup­na moich koni - wła­śnie takim zain­te­re­so­wa­niem cie­szą się dobrej jako­ści goto­we konie. Gdybym podob­nych koni miał trzy razy wię­cej, gwa­ran­tu­ję suk­ces han­dlo­wy.

Ile cza­su zabie­ra przy­go­to­wa­nie koni do wyzwań ran­gi MŚ?
- To skom­pli­ko­wa­ny pro­ces. Każdy koń do czwór­ki powi­nien być sys­te­ma­tycz­nie - zgod­nie z indy­wi­du­al­nym pla­nem tre­nin­go­wym - przy­go­to­wy­wa­ny do zawo­dów i w ogó­le do pra­cy w zaprzę­gu spor­to­wym. Pierwszy rok koń powi­nien prze­pra­co­wać w sin­glu, potem w parze, a następ­nie w czwór­ce. Ten począ­tek w sin­glu jest nie­zwy­kle istot­ny - tu koń zdo­by­wa naj­więk­sze doświad­cze­nie. Na tym eta­pie moż­na dopa­so­wać poszcze­gól­ne lek­cje do fizjo­lo­gii i psy­chi­ki dane­go konia. Ponadto star­ty w sin­glach pozwa­la­ją dostrzec pre­dys­po­zy­cje konia. Tak napraw­dę, by przy­go­to­wać konia do star­tów w liczą­cych się zawo­dach, potrze­ba trzech-czte­rech lat. Wszystko po to, by konie nabra­ły ruty­ny, ugrun­to­wa­ły wie­dzę i posia­da­ne umie­jęt­no­ści. Koń musi się oswo­ić z zawo­da­mi. Ma polu­bić star­ty, chcieć wystę­po­wać i jak zawod­nik mobi­li­zo­wać się na myśl o rywa­li­za­cji. To wyma­ga cza­su, cier­pli­wo­ści i prze­zwy­cię­ża­nia kolej­nych barier zwią­za­nych z emo­cja­mi, stre­sem i radze­niem sobie w zmien­nym oto­cze­niu.

Pragniesz nawią­zać do tra­dy­cji Zygmunta Waliszewskiego, 11-krot­ne­go mistrza Polski?
- Mistrz Waliszewski to nasza wiel­ka duma naro­do­wa. Wśród zwy­cięz­ców wymie­nio­nych na tabli­cy hono­ro­wej w Akwizgranie są tyl­ko trzy pol­skie nazwi­ska: Zygmunt Waliszewski, Zygmunt Waliszewski i Zygmunt Waliszewski. Pytasz, czy jest moż­li­we powtó­rze­nie takich suk­ce­sów? Wszystko jest moż­li­we i spor­to­wiec musi wie­rzyć, że w karie­rze po wie­le­kroć będzie prze­kra­czał gra­ni­ce wła­snych moż­li­wo­ści. Ja w swo­je umie­jęt­no­ści wie­rzę, więc nie prze­ra­ża mnie Akwizgran, komer­cja­li­za­cja tej dys­cy­pli­ny czy topo­wi zawod­ni­cy. Po dwóch sezo­nach star­tów jestem na 24. pozy­cji w ran­kin­gu świa­to­wym i z dużą poko­rą idę dalej, mając za przy­kład wła­śnie suk­ce­sy nasze­go Mistrza.

Masz szan­sę na medal w Kentucky?
- Awans na 24. miej­sce w ran­kin­gu FEI z pew­no­ścią dodał mi skrzy­deł. Myślę że w Kentucky jestem w sta­nie wejść do dzie­siąt­ki naj­lep­szych - i to będę uwa­żał za suk­ces. Czuję się coraz sil­niej­szy i mój dystans przed kon­ku­ren­cją nie prze­ra­ża mnie, nie para­li­żu­je, lecz moty­wu­je do jesz­cze inten­syw­niej­szej pra­cy. Proszę też pamię­tać, że jestem jed­nym z naj­młod­szych zawod­ni­ków w tej kon­ku­ren­cji - zatem wszyst­ko przede mną.

Dbasz o konie, wsłu­chu­jąc się w każ­dy ich oddech. A kto trzy­ma rękę na Twoim pul­sie?
- Niedawno roz­ma­wia­łem z panem Marcinem Szczypiorskim na temat moż­li­wo­ści współ­pra­cy z psy­cho­lo­giem spor­to­wym. Podjąłem współ­pra­cę z panem Ireneuszem Trupkiewiczem, któ­ry ma rów­nież doświad­cze­nie w dys­cy­pli­nach jeś­dziec­kich. To na pew­no będzie istot­ne wspar­cie.

A tre­ner­sko?
- Moim pierw­szym i nie­oce­nio­nym tre­ne­rem był Władysław Adamczak - spę­dzi­łem z nim kil­ka lat na kośle, co pozwo­li­ło mi stop­nio­wo wdra­żać się w arka­na sztu­ki powo­że­nia. Niestety nie było mi dane uczyć się od nie­go powo­że­nia czwór­ką. Kiedy zde­cy­do­wa­łem się prze­siąść na zaprzęg czte­ro­kon­ny, z pomo­cą przy­szedł jeden z naj­lep­szych powo­żą­cych i tre­ne­rów na świe­cie - Felix Marie Brasseur,  dwu­krot­ny mistrz świa­ta. Natomiast obec­ny tre­ner Christian Iseli to tak­że wiel­ka oso­bi­stość w naszym fachu - wice­mistrz świa­ta i cour­se desi­gner kil­ku mistrzostw świa­ta, któ­ry przy­jeż­dża do mnie ze Szwajcarii raz w mie­sią­cu na kil­ka dni. Wtedy pra­cu­je­my nad tym wszyst­kim, co w cią­gu mie­sią­ca uda­ło mi się szli­fo­wać.

Końskie sza­leń­stwo wynio­słeś z domu, praw­da?
- Tak, to chy­ba naj­częst­szy temat roz­mów w całej rodzi­nie, ale nie bez powo­du. Nasze koń­skie korze­nie się­ga­ją kil­ku poko­leń. Mój pra­pra­dzia­dek hodo­wał konie na wscho­dzie, na tere­nach obec­nej Ukrainy - tzw. konie remon­to­we na potrze­by armii. Podczas II woj­ny świa­to­wej rodzi­na musia­ła ucie­kać ze wscho­du. Na szczę­ście uda­ło się wszyst­kim prze­trwać. Zaraz po woj­nie osie­dli­li się na Dolnym Âląsku i tutaj mój ojciec prze­jął gospo­dar­stwo. Założył hodow­lę koni i roz­wi­nął ją na dużą ska­lę - aż do 60 sztuk. Do dziś oczy­wi­ście trwa­my w tej tra­dy­cji. Obecnie hodow­lą zaj­mu­ję się wraz z bra­tem Pawłem.

A mama?
- Ważne pyta­nie. Mama jest osto­ją, kie­row­ni­kiem całe­go zamie­sza­nia i kapi­ta­nem w naszej rodzi­nie. To ona pro­wa­dzi nasze gospo­dar­stwo rol­ne. Od 20 lat zaj­mu­je się nasien­nic­twem i jest w tej kwe­stii praw­dzi­wym spe­cem. Oprócz tego upra­wia­my zie­mię pod zbo­ża, czym zaj­mu­je się głów­nie mój śred­ni brat Jarek, któ­ry jest dla mnie wiel­kim wspar­ciem. Drugi brat Paweł, jak już wspo­mnia­łem, prze­jął po ojcu spra­wy hodow­la­ne, a moja sio­stra Grażyna ma hur­tow­nię nasien­no-ogrod­ni­czą.

Ile i kto będzie musiał doło­żyć do wypra­wy za wiel­ką wodę?
- To strasz­ne kosz­ty. Firma, któ­ra ma w zasa­dzie sta­tus mono­po­li­sty w kwe­stiach trans­por­tu lot­ni­cze­go i dzia­ła w poro­zu­mie­niu z orga­ni­za­to­rem MÂ, żąda ok. 70 tys. euro za prze­wie­zie­nie koni i kom­ple­tu sprzę­tu do Kentucky i z powro­tem. Można oczy­wi­ście zna­leść usłu­go­daw­cę, któ­ry zro­bi to za mniej­sze pie­nią­dze, ale to gene­ru­je nie­sa­mo­wi­te pro­ble­my for­mal­ne, bo każ­dy dro­biazg będzie wte­dy kosz­to­wał kil­ka­krot­nie wię­cej niż przy wyku­pie­niu zale­ca­nej opcji. Począwszy od obo­wiąz­ko­wej kwa­ran­tan­ny aż po spe­cjal­ną odzież, któ­rej orga­ni­za­to­rzy mistrzostw wyma­ga­ją… Cały czas szu­ka­my naj­lep­sze­go roz­wią­za­nia, ale jest to napraw­dę ogrom­ne przed­się­wzię­cie. Muszę też pamię­tać o zdro­wiu i kon­dy­cji moich koni. Dla nich ta wypra­wa będzie szcze­gól­nym prze­ży­ciem. Zatem wybór np. opcji trans­por­tu nie może spro­wa­dzać się tyl­ko do ceny.

Ile masz cza­su na zaakli­ma­ty­zo­wa­nie sie­bie i koni?
- To zale­ży od opcji, jaką przyj­mie­my. Organizator prze­wi­du­je przy­lot na dwa tygo­dnie przed mistrzo­stwa­mi. Drugi wariant to przy­lot na począt­ku wrze­śnia do zaprzy­ja­śnio­nej staj­ni w USA.

Dwa tygo­dnie wystar­czą?
- To jest czas, któ­ry prze­wi­du­je orga­ni­za­tor. Przecież wszyst­kie konie muszą przy­le­cieć w odpo­wied­nim ter­mi­nie, żeby całość impre­zy móc spiąć logi­stycz­nie. Proszę pamię­tać, że w Kentucky będzie star­to­wa­ło ok. 1000 koni. To napraw­dę wiel­kie zawo­dy.

Zatem kie­dy kibi­ce mają trzy­mać za cie­bie kciu­ki?
- Cała olim­pia­da jeś­dziec­ka trwa 16 dni. Zawody powo­że­nia przy­pa­da­ją na deser mistrzostw świa­ta. Zatem pro­szę trzy­mać kciu­ki od 6 do 10 paś­dzier­ni­ka. Być może uda się Państwu zoba­czyć jed­ną z rela­cji spor­to­wych z tego wyda­rze­nia. To wspa­nia­łe show, któ­re oglą­da­ją milio­ny widzów, zatem gorą­co zachę­cam do spraw­dze­nia pro­gra­mów spor­to­wych sta­cji tele­wi­zyj­nych.

Gdy prze­sia­dłeś się z par na czwór­ki, ludzie puka­li się w czo­ło. Dzisiaj jesteś na ostat­niej pro­stej do Kentucky. Kiedy wzię­to na poważ­nie Twój pro­jekt?
- Pierwsze zawo­dy w czwór­kach odby­ły się w 2008 roku w Kladrubach, któ­re oka­za­ły się bar­dzo uda­nym wystę­pem. To był mój pierw­szy mię­dzy­na­ro­do­wy start. Chociaż przy­zna­ję, że gros zna­jo­mych i rodzi­na patrzy­li na moje poczy­na­nia z przy­mru­że­niem oka. Może uzna­li, że to chwi­lo­we zauro­cze­nie, a tu przy­szła wiel­ka życio­wa pasja. Poza tym dotych­cza­so­we pró­by przy­wró­ce­nia tej dys­cy­pli­ny, po wykru­sze­niu się ostat­nich wiel­kich czwór­ko­wi­czów w Polsce, były nie­uda­ne - to naj­trud­niej­sza z dys­cy­plin powo­że­nia.

 

Pozostaje życzyć Mazurkowi „Mazurka” na mistrzo­stwach. Dziękuję za roz­mo­wę.

Więcej w Sport i wyścigi

Na górę