Connect with us

Jak cię widzą tak cię piszą

Sport i wyścigi

Jak cię widzą tak cię piszą

Jan Skoczylas

Jeździectwo to sztu­ka wizu­al­na. Czemu zaprze­czy więk­szość jeźdź­ców. Bo jak to? Przecież wszyst­ko pole­ga na wyczu­ciu, zmy­śle doty­ku, rów­no­wa­gi i kine­ste­zji. Z punk­tu widze­nia wyko­naw­cy to praw­da. Ale z punk­tu widze­nia odbior­cy?

Ujeżdżenie to taniec, sko­ki to show jum­ping, WKKW – naj­bar­dziej wido­wi­sko­wa dys­cy­pli­na… Z jeź­dziec­twem jest podob­nie jak z tań­cem, łyż­wiar­stwem figu­ro­wym, żon­gler­ką, gim­na­sty­ką. Dla wyko­naw­cy, pre­zen­te­ra umie­jęt­no­ści – kwe­stia czu­cia, koor­dy­na­cji, reflek­su. Dla każ­de­go widza (tak­że tre­ne­ra, sędzie­go, komi­sa­rza) to kwe­stia tego, co się widzi. Nie da się być „słu­cha­czem” jeź­dziec­twa.
Wielu z nas uczest­ni­czy­ło w kon­flik­tach: tre­ner mówi „widzę to tak”, a jeź­dziec „czu­ję ina­czej”. Kto ma rację? Trener. Bo osta­tecz­ny wynik będzie nale­żał do osą­du wizu­al­ne­go. Niby to oczy­wi­ste, ale mało kto wycią­ga z tego wnio­ski.

Co się nie doje­dzie, to się dowy­glą­da

Ujeżdżenie. Dyscyplina, wyda­wa­ło­by się, wyłącz­nie do podzi­wia­nia. Jak czę­sto moż­na usły­szeć: „Ale on (koń) napraw­dę cud­nie mi cho­dził! Dlaczego nas tak kiep­sko oce­ni­li?”. Ano, pro­szę pań­stwa, o dobry odbiór wizu­al­ny war­to sta­ran­nie zadbać.
Zasady pre­zen­ta­cji na czwo­ro­bo­kach wca­le nie są trud­ne, mimo to wyda­ją się nie­zgłę­bio­ną sztu­ką (patrząc na wie­le wystę­pów). Jakby ten występ, pre­zen­ta­cja, pokaz umie­jęt­no­ści był w ogó­le nie­istot­ny. Jeźdźcy zda­ją się nie rozu­mieć, że np. dokład­ny rysu­nek, wyko­ny­wa­nie ele­men­tów dokład­nie w punk­cie, syme­tria – są bar­dzo waż­ne dla odbio­ru. Co zabaw­ne, zapo­mi­na­ją o tym sędzio­wie. Jasne, efek­tow­ność cho­dów konia też jest bar­dzo waż­na. To jest spra­wie­dli­we, nale­ży do oce­ny „optycz­nej”. Ale każ­de­go konia, bar­dziej lub mniej efek­tow­ne­go, moż­na poka­zać lepiej lub gorzej. Przy nie­wiel­kim wysił­ku moż­na poka­zać lepiej.
Sędzia zaczy­na oce­niać konia przy wjeź­dzie na czwo­ro­bok. Pierwsze wra­że­nie jest waż­ne dla ludz­kiej per­cep­cji. Dlatego war­to doło­żyć sta­rań, żeby je wywrzeć. Żeby wjazd, zatrzy­ma­nie, ukłon – były napraw­dę efek­tow­ne. Ocena za wjazd czę­sto, nawet nie­świa­do­mie, usta­wia poziom póź­niej­szych ocen, czy zasad­ni­czo będzie to 6 czy 6,5, czy 7… Wjazd i ukłon moż­na wyćwi­czyć. Można też opra­co­wać taki spo­sób roz­prę­że­nia konia, aby ten był moż­li­wie naj­bar­dziej pory­wa­ją­cy ruchem. Występ na czwo­ro­bo­ku trze­ba sta­ran­nie przy­go­to­wać. Treningami, ćwi­cze­niem dane­go czwo­ro­bo­ku, wizu­al­nym dopiesz­cze­niem konia, roz­prę­że­niem, objaz­dem czwo­ro­bo­ku, dosko­na­łym wjaz­dem. Niektóre z tych zabie­gów wyda­ją się łatwe (i lubia­ne). Na przy­kład jak odpo­wied­ni­mi korecz­ka­mi popra­wić pro­por­cje szyi, jakie­go użyć środ­ka nada­ją­ce­go połysk… Tego nie wol­no lek­ce­wa­żyć! To nale­ży do oce­ny wizu­al­nej. I każ­dy ma pra­wo np. wyko­rzy­sty­wać zja­wi­sko złu­dzeń optycz­nych, zarów­no w wyglą­dzie same­go konia, jak i w pre­zen­ta­cji na czwo­ro­bo­ku.
Nieoceniona Wanda Wąsowska spo­pu­la­ry­zo­wa­ła (pew­nie jej autor­stwa) powie­dze­nie: „Co się nie doje­dzie, to się dowy­glą­da”. To żad­na kpi­na. To świę­ta praw­da. Wszystko lśnią­ce, zadba­ne, dobra­ne, skom­po­no­wa­ne, pro­por­cjo­nal­ne (nie­cie­ka­wie np. wyglą­da kuc w ogrom­nym cza­pra­ku, a olbrzym w lichej szmat­ce). Piękne korecz­ki (kory­gu­ją­ce kształt szyi), zadba­ny ogon, kopy­ta czy­ste i z poły­skiem. Nieskazitelnie ele­ganc­ki, wytwor­ny jeź­dziec. Wytrawne połą­cze­nia kolo­rów. To wszyst­ko rzu­tu­je na obraz pary, któ­ra ma się zapre­zen­to­wać… jak naj­ład­niej. Tu trze­ba się na chwi­lę zatrzy­mać. Przepisy ujeż­dże­nia się zmie­ni­ły i już może­my wystę­po­wać w innym „wystro­ju” niż odwiecz­ne gra­nat i czerń. Co to może być? Praktycznie każ­dy ciem­ny(!) kolor może być kolo­rem fra­ka, np. ciem­ne czer­wo­ne wino czy głę­bo­ki szma­ragd. Nie poma­rań­czo­wy, ale rdza­wy już tak. A moż­na wystą­pić o pozwo­le­nie na inny kolor niż uję­ty w ofi­cjal­nym zakre­sie stoż­ka barw (pow. 32% V). Kolorowi fra­ka mogą odpo­wia­dać: kask/cylinder, ofi­cer­ki, ręka­wicz­ki, pla­stron. Bryczesy bia­łe lub kre­mo­we. Jeśli wspo­mnia­ny ekwi­pu­nek nie jest w kolo­rze fra­ka, to oficerki/kask mogą być czar­ne, a pla­stron i ręka­wicz­ki bia­łe lub kre­mo­we. Ale raczej nikt się nie przy­cze­pi o pla­stron lek­ko błę­kit­ny, szcze­gól­nie gdy błę­kit­ny połysk będzie i na cza­pra­ku. Natomiast zesta­wie­nie brą­zo­wych butów i czarnego/granatowego fra­ka nie jest zgod­ne z prze­pi­sa­mi. Interesujące, że kolor cza­pra­ka nie jest obję­ty prze­pi­sa­mi, może być dowol­ny. Ale to kwe­stia tra­dy­cji, że jeź­dzi­my w bia­łym lub kre­mo­wym. Tradycyjnie też ręka­wicz­ki są jasne (w ujeż­dże­niu, bo w WKKW mogą być dowol­ne­go kolo­ru). Tradycyjnie też przyj­mu­je się, że munsz­tuk wią­że się z dłu­gim fra­kiem, a wędzi­dło z krót­ką mary­nar­ką czy fracz­kiem.

Bez pośpie­chu

Wracam do począt­ku wystę­pu. Nigdy nie wol­no na czwo­ro­bok wjeż­dżać w pośpie­chu, koniem nie­przy­go­to­wa­nym, któ­ry wła­śnie się zbun­to­wał czy usztyw­nił, któ­ry nie zdą­żył się roz­wi­nąć jak kwiat… Sygnał dzwon­ka nie woła natych­miast. A to, że każ­dy dre­sa­ży­sta powi­nien umieć swo­je­go konia bły­ska­wicz­nie przy­wró­cić do sta­nu mini­mum opty­mal­ne­go, to nie pod­le­ga dys­ku­sji, praw­da? Nie wszy­scy jeźdź­cy wyko­rzy­stu­ją czas objaz­du czwo­ro­bo­ku, czę­sto dosyć dłu­gi. Później jest płacz, że „spło­szył mi się, bo gło­śnik, bo kwiat­ki…”.
Kiedyś byłem świad­kiem takiej sce­ny, aku­rat na WKKW (czwo­ro­bok **, już cylin­der, munsz­tuk). Koń zawod­ni­ka, nie z Polski, wystra­szył się ryk­nię­cia gło­śni­ków i sku­tecz­nie zbun­to­wał. Jeździec względ­nie dał sobie radę, ale zre­zy­gno­wał ze star­tu! Zrezygnował z całych mię­dzy­na­ro­do­wych zawo­dów. Wolał to, niż wje­chać koniem zupeł­nie sztyw­nym i wal­czą­cym. Nie wiem, czy dostał pozwo­le­nie na powtór­ny start, nie­wy­klu­czo­ne, bo jed­nak zawi­nił orga­ni­za­tor, ale w momen­cie podej­mo­wa­nia decy­zji zawod­nik nie mógł wie­dzieć, jak podej­dą do tego oso­by ofi­cjal­ne. Zrezygnował, żeby nie wypaść sła­bo na czwo­ro­bo­ku. Nie cho­dzi o to, żeby pod­da­wać się od razu, ale o to, żeby nie pre­zen­to­wać konia w sta­nie opo­ru, sztyw­no­ści czy nad­mier­ne­go pobu­dze­nia. Akurat przy czwo­ro­bo­ku podej­ście „miej­my to już za sobą” nie jest dobrym pomy­słem (o ile kie­dy­kol­wiek jest).
Wjazd, a zatem linia środ­ko­wa. Nawet jesz­cze krzy­we­go konia moż­na nauczyć, żeby szedł po linii, a nie zyg­za­kiem. Tylko trze­ba od cza­su do cza­su jeź­dzić nie przy ścia­nie! Jeśli każ­dy tre­ning czy nawet spa­cer będzie wyglą­dał tak, że jedzie­my rów­no, gdzie nas wzrok pro­wa­dzi, że cała tra­sa i wszyst­kie ćwi­cze­nia są sta­ran­nie zapla­no­wa­ne i wyko­na­ne przy­naj­mniej tak do 0,5 m od zało­żo­nej tra­sy, to oka­zji do ćwi­czeń jest tak wie­le, że fur­da czwo­ro­bok. Wszyscy pamię­ta­my, że spor­to­wy wierz­cho­wiec poru­sza się wyłącz­nie po łukach/kołach (spi­ra­lę też moż­na wykre­ślić z frag­men­tów kół) i pro­stych? Nie poru­sza się po dziw­nych elip­sach zwa­nych jajem czy grusz­ką ani żad­nych liniach nie­ge­ome­trycz­nych (pły­wam to tu, to tam, jak pija­ny żeglarz). Dla tak szkol­ne­go konia tra­sa na czwo­ro­bo­ku nie jest pro­ble­mem. Żadna linia środ­ko­wa, żad­na prze­kąt­na, żaden naroż­nik.
Narożnik. Słynny „zja­da­ją­cy konie” naroż­nik. O co w tym cho­dzi, że tyle koni boi się naroż­ni­ków? Zaryzykuję twier­dze­nie, że wca­le się nie boją. Buntują się, bo kie­dyś w naroż­ni­kach żąda­no od nich za dużo. Żądano wygię­cia, do któ­re­go jesz­cze koń nie dorósł. Jak zatem przy­zwy­cza­ić konia do naroż­ni­ków? Ani na począt­ku szko­le­nia konia, ani na począt­ku żad­nej jed­nost­ki tre­nin­go­wej nie wyjeż­dżać naroż­ni­ków! To zna­czy wyjeż­dżać, ale wystar­cza­ją­co łagod­nym łukiem. Dla mło­de­go konia wła­ści­wy łuk to koło o śred­ni­cy 20 m, czy­li na prze­cięt­nym palcu/hali/czworoboku żad­ne­go naroż­ni­ka nie będzie! Młody koń zazwy­czaj albo nie chce zbli­żać się do ścia­ny, albo się do niej klei. Częściej to pierw­sze. I trze­ba na to z począt­ku pozwo­lić. Od razu tak zapla­no­wać tra­sę i potem, w mia­rę wzra­sta­ją­ce­go roz­luź­nie­nia (Pamiętamy? Stały rytm/tempo, wol­niej­sze lub szyb­sze niż sam koń chce, zależ­nie czy się ocią­ga, czy jest „do przo­du”, mięk­ko, ale nie­ustę­pli­wie w łyd­kach, czę­ste zmia­ny kie­run­ku, lek­kie ustę­po­wa­nia zadu „uczą­ce” pod­da­wać zad woli jeźdź­ca i iść śla­dem przo­du) stop­nio­wo zbli­żać się do ścian. Przy kle­je­niu się do ścia­ny tak samo, tyl­ko odwrot­nie. Na samym począt­ku przy ścia­nie (na koń­cu od razu zata­czać łagod­ny łuk/półkole), w mia­rę roz­luź­nie­nia coraz dalej: pół metra, metr, na dru­gim śla­dzie. Drugi ślad to taka odle­głość od ban­dy, żeby dwa konie mogły się bli­sko minąć. Nie zapo­mi­naj­my o dru­gim śla­dzie. Praca na nim wie­le daje. Nie zapo­mi­naj­my też (tu apel do sędziów i tre­ne­rów) o wła­ści­wych dla danej kla­sy kon­kur­su, stop­nia przy­go­to­wa­nia konia pro­mie­niach łuku w naroż­ni­kach. Przypomnę (prze­pi­sy dys­cy­pli­ny ujeż­dże­nia): dla kla­sy L – 5 m, dla P – 4 m, dla C i wyżej – 3 m, kontr­ga­lop, kłus i galop pośred­ni – 5 m. Nie, więk­sze wygię­cie to nie jest „lepiej”. Żądanie więk­sze­go wygię­cia pro­wa­dzi do bun­tów konia, bo koń swo­ją ela­stycz­ność bocz­ną zwięk­sza stop­nio­wo.
Elastyczność bocz­na jest też mała na począt­ku jed­nost­ki tre­nin­go­wej, dla­te­go nie nale­ży od razu „wpy­chać w naroż­ni­ki”, bo szy­ku­je­my sobie zupeł­nie zbęd­ne kło­po­ty. Każda roz­wi­ja­ją­ca pra­ca z koniem odby­wa się mię­dzy dwo­ma bie­gu­na­mi: chęć konia, przy­zwy­cza­je­nie do zna­ne­go – i zwięk­sza­nie moż­li­wo­ści, umie­jęt­no­ści, wywo­łu­ją­ce lek­ką nie­chęć, opór, bo nie­zna­ne. Żeby koń roz­wi­nął się wierz­cho­wo, musi wyjść ze swo­jej stre­fy kom­for­tu. Nasza w tym gło­wa, żeby robić to pla­no­wo, spryt­nie i sub­tel­nie (i nagra­dzać za trud). Nigdy nie żąda­jąc takie­go opusz­cze­nia stre­fy kom­for­tu, któ­re wywo­ła jaw­ny bunt. Co inne­go, gdy koń „posta­no­wił się uwstecz­nić” i/lub „testu­je” jeźdź­ca. Gdy coś dosko­na­le zna, a nagle NIE. Jeśli nie ma ku temu powo­dów fizycz­nych (co do np. hor­mo­nal­nych, to każ­dy musi sam zająć sta­no­wi­sko), a są zaska­ku­ją­co czę­sto, to bunt konia nale­ży ukró­cić. Najlepiej rów­nie spryt­nie jak przy nauce nowo­ści. Omawiany styl tre­nin­gu odda nam nie­oce­nio­ne usłu­gi, gdy doj­dzie do pre­zen­ta­cji konia. Czy na czwo­ro­bo­ku, czy par­ku­rze, czy kro­sie.

Te kosz­mar­ne liter­ki

Dalsza pre­zen­ta­cja na czwo­ro­bo­ku w skró­cie spro­wa­dza się do tego: pamię­taj, co i gdzie masz zro­bić, i patrz, dokąd jedziesz. No wła­śnie, dokąd? Wokół czwo­ro­bo­ku sto­ją „te kosz­mar­ne liter­ki”. Co to zna­czy, wyko­nać coś „w lite­rze”? Zasadniczo obszar punk­tu „lite­ry” obej­mu­je miej­sce od łopat­ki konia do ple­ców jeźdź­ca. Przy czym sędzio­wie pre­fe­ru­ją wyko­na­nie wcze­śniej­sze niż spóź­nio­ne – war­to o tym pamię­tać. Najlepiej oce­nia­ne są te wyko­na­nia, w któ­rych punk­tem jest pierś jeźdź­ca, ale jesz­cze docho­dzi czas reak­cji konia, nawet naj­sub­tel­niej­sze­go, więc celuj­my raczej miej­scem, gdzie trzy­ma­my ręce. Powyższa zasa­da nie doty­czy wyjaz­du z prze­kąt­nych. Tu za punkt lite­ry przyj­mu­je się miej­sce, w któ­rym pysk konia osią­ga ślad przy lite­rze. Mało kto wie, że przy prze­kąt­nych w kłu­sie angle­zo­wa­nym jest to wła­ści­wy punkt do zmia­ny nogi. Nie na począt­ku prze­kąt­nej, nie w środ­ku, ale wła­śnie na koń­cu. Wtedy mamy naj­mniej­szy kło­pot z zabu­rze­niem konio­wi ryt­mu i rów­no­wa­gi.
Spore kło­po­ty na czwo­ro­bo­kach wyni­ka­ją przy oka­zji ser­pen­tyn. Trzeba sobie dokład­nie przy­swo­ić, jak wyglą­da ser­pen­ty­na (rysun­ki są w prze­pi­sach), i gdy trze­ba – dokład­nie wyli­czyć punk­ty począt­ku, środ­ka i koń­ca łuku. Oraz, kie­ru­jąc się z jed­nej dłu­giej ścia­ny na dru­gą, mieć przy prze­kra­cza­niu linii środ­ko­wej konia usta­wio­ne­go dokład­nie pro­sto­pa­dle do dłu­gich ścian, tak­że odpo­wied­nio wcze­śniej i póź­niej (zale­ży do ilo­ści łuków ser­pen­ty­ny). Przygotowując wyko­na­nie czwo­ro­bo­ku, war­to wydru­ko­wać sobie sche­mat, uzbro­ić się w cyr­kiel i linij­kę i cały pro­gram nary­so­wać, zwra­ca­jąc uwa­gę na miej­sca, gdzie łuk prze­cho­dzi w pro­stą. Daje to dobrą orien­ta­cję, gdzie dokład­nie musi­my zmie­nić bocz­ne wygię­cie konia na wypro­sto­wa­nie.
Gdy mowa o wygię­ciu, trze­ba pomy­śleć o kołach i wol­tach. Z któ­ry­mi nie powin­no być żad­ne­go pro­ble­mu, o ile koń jest już na tyle ela­stycz­ny, żeby przy­jąć wygię­cie zgod­ne z żąda­nym łukiem. Wtedy nada­je­my wygię­cie i… jedzie­my do przo­du, pro­wa­dząc wzro­kiem po „godzi­nie III, VI, IX, XII”. Odpowiednio wygię­ty koń, idą­cy rów­nym ryt­mem, będzie zata­czał rów­ne koło dopó­ki… cze­goś nie zmie­ni­my. Tu wie­lu jeźdź­ców zapo­mi­na, że opusz­cza­jąc łuk, trze­ba konia kon­kret­nie wypro­sto­wać. Chyba że wyko­rzy­stu­je­my wygię­cie np. do zaczę­cia łopat­ką do wewnątrz, cią­gu, kłusa/galopu pośredniego/wyciągniętego… Wtedy moment wyprostowania/zmiany stop­nia wygię­cia trze­ba sta­ran­nie prze­my­śleć, spraw­dzić w prak­ty­ce, bo to czę­sto zale­ży od pre­fe­ren­cji dane­go konia. Kiedy to robi­my i w jaki dokład­nie spo­sób. Na przy­kład czy korzyst­na będzie zmia­na przez „łopat­ką do przo­du” czy nie.
Na czwo­ro­bo­ku wyko­nu­je­my wie­le pół­pa­rad. Powinny być widocz­ne jedy­nie w posta­ci zwięk­szo­nej eks­pre­sji ruchu po pół­pa­ra­dzie. Samo wyko­na­nie powin­no być nie­wi­docz­ne. Wszelkie przej­ścia pro­stej w łuk i odwrot­nie są dobrym miej­scem na wyko­na­nie pół­pa­ra­dy, ale moż­na je wyko­ny­wać i na pro­stej, i na łuku/kole, ile­kroć są potrzeb­ne. Pamiętając, że ew. zabu­rze­nie ryt­mu i tak­tu cho­du wywie­ra złe wra­że­nie. No wła­śnie, czy na pew­no? Bo oto na czwo­ro­bo­kach moż­na zaob­ser­wo­wać dziw­ne zja­wi­sko: w pogo­ni za zja­wi­sko­wą eks­pre­sją ruchów pary nie­zwy­kle czę­sto gubią rytm i czy­sty takt cho­dów, a jed­nak są zaska­ku­ją­co dobrze oce­nia­ne. Tymczasem obraz konia idą­ce­go galo­pem na… 5, w tem­pie stę­pa, wca­le nie jest este­tycz­ny. Taki koń wyglą­da jak „kula­wy w pień, kula­wy na 4”. Ale to chy­ba pro­blem szko­leń sędziow­skich, przy­naj­mniej w Polsce, bo na czwo­ro­bo­kach mię­dzy­na­ro­do­wych nie jest spe­cjal­nie widocz­ny. Choć dostrze­ga­ny w licz­nych dys­ku­sjach sto­sow­nych gre­miów. Z wol­na poja­wia się nacisk, że koń ujeż­dże­nio­wy po pierw­sze powi­nien mieć czy­ste cho­dy, że konie cho­dzą­ce nie­czy­sto (gubią­ce takt cho­du) nie mogą być wyso­ko oce­nia­ne.
To oczy­wi­ste, że sędzio­wie będą róż­ni­li się pre­fe­ren­cja­mi. Dla jed­ne­go będzie waż­niej­sza płyn­ność, dla dru­gie­go eks­pre­sja (te dwie cza­sem sto­ją w opo­zy­cji, jed­na odby­wa się kosz­tem dru­gie­go), trze­ci będzie naj­więk­szą wagę przy­kła­dał do popraw­nej syl­wet­ki, czwar­ty wła­śnie do czy­sto­ści cho­dów i przejść, pra­wie każ­dy do rysun­ku tra­sy i figur. Wiedzę, kto jak co oce­nia, zysku­je się – star­tu­jąc. I moż­na dosto­so­wać pre­zen­ta­cję nie tyl­ko do tego, kto aku­rat sędziu­je, ale też – w któ­rym miej­scu sie­dzi. Miejsce, z któ­re­go oce­nia sędzia, jest nie­zwy­kle istot­ne. Zaczynając od pro­stych tric­ków, typu: musi­my napraw­dę moc­no użyć łyd­ki – nie rób­my tego tuż przy sędzi i od jego stro­ny, koń­cząc na wie­lu sub­tel­no­ściach, ze świa­do­mo­ścią, co też dany sędzia może widzieć.
Mistrzowie ujeż­dże­nia na czwo­ro­bo­ku nie zaj­mu­ją się tym, żeby „wyko­nać, dać radę zro­bić”, ani nawet tym, żeby „koń się ruszał”, tyl­ko pre­cy­zyj­ną reali­za­cją przy­ję­tej tak­ty­ki pre­zen­ta­cji. Taktyki, nie stra­te­gii, bo stra­te­gię opra­co­wu­je się wcze­śniej, a tak­ty­ka to reali­za­cja zało­żeń na bie­żą­co, z popraw­ką na aktu­al­ną sytu­ację. Strategia jest bar­dzo waż­na przy opra­co­wa­niu pro­gra­mów dowol­nych. Trzeba poka­zać wszyst­kie moc­ne stro­ny konia, a ukryć słab­sze. Skomponować cały spek­takl rucho­wy, dobrze roz­kła­da­jąc akcen­ty efek­tow­no­ści (kie­dy ten wspa­nia­ły kłus wycią­gnię­ty, żeby wra­że­nie było naj­więk­sze?). Muzyką całość ozdo­bić (a nie oszpe­cić). Jeśli z wyko­na­niem cen­ne­go ele­men­tu są pro­ble­my – prze­wi­dzieć moment, w któ­rym będzie moż­na coś powtó­rzyć. Zaplanować np. moż­li­wość poje­cha­nia mniej­sze­go lub więk­sze­go koła, dłuż­szej czy krót­szej prze­kąt­nej, gdy gro­zi „roz­je­cha­nie się z muzy­ką”.
Jak na pew­no nie moż­na ukła­dać kürów? Nie moż­na tak: spoj­rzeć w net, zoba­czyć „o, ten jest faj­ny”, i sko­pio­wać. Bo jeśli napraw­dę podo­ba nam się czyjś pro­gram dowol­ny, to ozna­cza, że został sta­ran­nie dobra­ny do dane­go konia. Z uwzględ­nie­niem, jego wiel­ko­ści, rasy, syl­wet­ki, ryt­mu i sty­lu cho­dów, pro­por­cji płyn­no­ści i eks­pre­sji. Oraz umie­jęt­no­ści pary. Co zro­bić, gdy kür potrzeb­ny „na cito”? Najprościej: moż­na wybrać pro­gram obo­wiąz­ko­wy i raz dwa wyszu­kać w sie­ci muzy­kę o sto­sow­nej dłu­go­ści i dobra­nej żywo­ści. Żywości dobra­nej do konia, bo jeśli cho­dzi o cho­dy, to „ujdzie” każ­dy takt na 4 do każ­de­go cho­du i ele­men­tu!
Zdaję sobie spra­wę, że fachow­cy wszyst­ko to wie­dzą (i dużo wię­cej), ale jest wie­lu instruk­to­rów i tre­ne­rów, któ­rzy nie­co… boją się ujeż­dże­nia jako dys­cy­pli­ny, nie­wie­le o niej wie­dząc i uwa­ża­jąc za dość her­me­tycz­ną. A prze­cież na czwo­ro­bo­ku może wystą­pić każ­dy jeź­dziec i każ­dy koń! Taki występ, nawet jed­no­ra­zo­wy, może być z pożyt­kiem dla przy­szłej karie­ry w innej dys­cy­pli­nie, nawet gdy nie będzie sza­le­nie uda­ny. Ujeżdżenie jako dys­cy­pli­na ma w sobie coś bar­dzo pozy­tyw­ne­go – zawsze jest wła­śnie… pozy­tyw­ne. Zawsze moż­na zna­leźć coś, co nas pod­nie­sie na duchu. „O! Udało mi się ukoń­czyć czwo­ro­bok! A nie sądzi­łem…” – to też już coś pozy­tyw­ne­go. Następny start już na pew­no będzie zawie­rał ele­ment, któ­ry choć u jed­ne­go sędzie­go zosta­nie oce­nio­ny lepiej. Nie zapo­mi­naj­my też, że od ośmiu lat każ­dy mło­dy zawod­nik zda­je egza­mi­ny na odzna­ki, czy­li każ­dy choć raz wystę­po­wał na czwo­ro­bo­ku. Przygotowanie do odznak to waż­ne zada­nie instruk­to­ra i każ­dy instruk­tor powi­nien „zaczerp­nąć ducha ujeż­dże­nia”, odro­bi­nę zorien­to­wać się w prak­tycz­nych zasa­dach dys­cy­pli­ny, nawet gdy jest zago­rza­łym skocz­kiem i nigdy nie był „mię­dzy bia­ły­mi płot­ka­mi”.
Jeśli po pro­stu chce­my spraw­dzić się na czwo­ro­bo­ku, to pamię­taj­my, że w zawo­dach regio­nal­nych moż­na star­to­wać: w krót­kiej mary­nar­ce, we wszech­stron­nym sio­dle, na wędzi­dle (tak­że w kla­sie CC), bez ostróg, z batem (chy­ba że to mistrzo­stwa). Jak jest na ZO i CDI, to uczest­ni­cy raczej wie­dzą (choć mogą nie wie­dzieć jed­ne­go – że zgod­nie z obec­ny­mi prze­pi­sa­mi zawod­nik decy­du­ją­cy na się na cylinder/melonik ma do nie­go pra­wo wyłącz­nie w dro­dze ze staj­ni, na roz­prę­żal­ni przed kon­kur­sem, objeż­dża­jąc czwo­ro­bok i na czwo­ro­bo­ku, w pozo­sta­łych sytu­acjach dosia­da­nia konia obo­wią­zu­je go zapi­na­ny ate­sto­wa­ny kask).
Czy w innych dys­cy­pli­nach pre­zen­ta­cja jest nie­istot­na? Jest bar­dzo istot­na. Z każ­dym dniem bar­dziej. „Jak cię widzą, tak cię piszą” nie ozna­cza tyl­ko ocen sędziow­skich na czwo­ro­bo­kach ujeż­dże­nia i WKKW (tu dziś czwo­ro­bok decy­du­je wła­ści­wie o osta­tecz­nym suk­ce­sie albo klę­sce) ani ocen przy sędzio­wa­niu na styl w sko­kach i na kro­sach. Żyjemy w cza­sach, gdy coraz waż­niej­szy sta­je się wize­ru­nek. PR. Media spo­łecz­no­ścio­we i stro­ny WWW. Promocja wła­snych osią­gnięć. Brzydko jeż­dżą­ce­mu i brzyd­ko pre­zen­tu­ją­ce­mu się skocz­ko­wi będzie dużo trud­niej zabie­gać o wspar­cie dla swo­jej pasji. Trzeba mieć czym się pochwa­lić!
Nie jest praw­dą, że w sko­kach to „byle na czy­sto”. Owszem, na czy­sto, ale nie­praw­da, że ład­ny styl nie ma nic wspól­ne­go ze sku­tecz­no­ścią. Na styl w ogrom­nej mie­rze skła­da się nie­po­peł­nia­nie błę­dów tech­nicz­nych, błę­dów wyszko­le­nia, a tak­że płyn­na, ryt­micz­na jaz­da w opty­mal­nym tem­pie, prze­my­śla­na i zre­ali­zo­wa­na tra­sa prze­jaz­du, pre­cy­zyj­ne pre­zen­to­wa­nie prze­szko­dy, popraw­ny układ cia­ła wobec prze­szko­dy i w sko­ku. Na każ­de­go przy­cho­dzi taki moment w karie­rze, gdy wszyst­kie zlek­ce­wa­żo­ne błę­dy, błę­dy sty­lu odbi­ją się czkaw­ką. Odbije się brak ele­gan­cji jaz­dy, odbi­je się też brak… oso­bi­stej kla­sy. Zarówno gdy cho­dzi o potocz­ną ele­gan­cję wyglą­du i dobre­go wycho­wa­nia, jak i rze­czy znacz­nie poważ­niej­sze (a prze­cież nie bez związ­ku): posta­wę wobec życia, wyzwań, same­go sie­bie, innych ludzi i… koni. Postawę moral­ną. Niejeden jeź­dziec w nie­sła­wie zakoń­czył karie­rę, bo „był bura­kiem” i „spra­wa się rypła”. Jeździectwo zawsze było ele­ganc­kim spor­tem, spor­tem dla ludzi z kla­są, dla elit. I tego się trzy­maj­my. Z pożyt­kiem dla wszyst­kich.

Więcej w Sport i wyścigi

Na górę