Connect with us

Ekwador za 13 milio­nów euro?

Wywiad

Ekwador za 13 milio­nów euro?

Rozmawiał: Michał Wierusz-Kowalski

Wielokrotna mistrzy­ni Polski i meda­list­ka w dys­cy­pli­nie ujeż­dże­nia, uczest­nicz­ka mistrzostw świa­ta i Europy, któ­ra uczy­ni­ła swo­je hob­by dobrze pro­spe­ru­ją­cym biz­ne­sem - Katarzyna Milczarek mówi o wyni­kach uzy­ska­nych na WEG 2010, o pra­cy z mło­dy­mi koń­mi, zdra­dza swo­je pla­ny na przy­szłość i udzie­la rad hodowlanych.

W roku 2006 w wywia­dzie udzie­lo­nym Wirtualnej Polsce powie­dzia­ła Pani: „Moim marze­niem jest start na igrzy­skach olim­pij­skich na koniu wła­snej hodow­li”. A jak jest dzi­siaj? Na gorą­co, zaraz po star­cie w mistrzo­stwach świa­ta w Kentucky?
- Mój start w Kentucky uwa­żam za nie­zbyt uda­ny. Świadczy o tym choć­by porów­na­nie z wyni­ka­mi cało­rocz­ny­mi. Stać nas było na zde­cy­do­wa­nie wię­cej. Dlaczego więc tak sła­bo? Obserwując Ekwadora już od ponad trzech lat, widzę, że pod­czas sezo­nu hodow­la­ne­go pro­gres jest wyraź­nie zaha­mo­wa­ny. Dlatego mało wte­dy star­tu­ję, bo koń się zwy­czaj­nie nie spraw­dza. Proszę zapy­tać każ­de­go hodow­cę, któ­re­go ogier kry­je czy odda­je nasie­nie regu­lar­nie 2-3 razy w tygo­dniu, czy i jaki wpływ ma to na wyni­ki spor­to­we. Przecież na co dzień mój koń ma dobry cha­rak­ter, a jed­nak inten­syw­na aktyw­ność hodow­la­na wytrą­ca go z rów­no­wa­gi psy­chicz­nej, co prze­kła­da się na jezd­ność. Sezon był w tym roku dość dłu­gi i na WEG doświad­czy­li­śmy wyraź­ne­go kry­zy­su. Dlatego wypo­wie­dzi pana Wojciecha Markowskiego, że star­to­wa­łam na swo­im pozio­mie, uwa­żam tym razem za mało trafione.

Warto było zatem cią­gnąć konia sie­dem tysię­cy kilo­me­trów, sko­ro wie­dzia­ła Pani, że jest poza opty­mal­ną formą?
- Owszem, i teo­re­tycz­nie mia­ły nam pomóc - zmie­nić ów nie­ko­rzyst­ny stan rze­czy - tre­nin­gi z Rudolfem Zeilingerem spon­so­ro­wa­ne przez PZJ. Próbowaliśmy pod­cią­gnąć for­mę Ekwadora, ale uda­ło się to ze skut­kiem 68-procentowym.

Potraktujmy start na ostat­nich MŚ jako etap na dro­dze do…
- Moje marze­nia się nie zmie­ni­ły. To były moje pią­te MŚ; samym star­tem w Kentucky spe­cjal­nie się nie pod­nie­ca­łam. Ale w Stanach nie star­tu­je się czę­sto, więc było to ze wszech miar cie­ka­we doświad­cze­nie. Trochę się oba­wia­łam lotu, ale wszyst­ko poszło gład­ko, bo fir­ma orga­ni­zu­ją­ca trans­port spi­sa­ła się w 100% profesjonalnie.

Czyli dalej azy­mut na olimpiadę?
- Tak, ale nie za wszel­ką cenę. Nie wystar­czy wystar­to­wać, trze­ba zro­bić to dobrze. Dlatego kie­dy mówię: nie wyszło nam tutaj tak, jak bym chcia­ła, to nie zna­czy, że mój koń nie mógł­by tego zro­bić lepiej w innych warun­kach czy oko­licz­no­ściach. Jeżdżąc na koniu pra­wie trze­ci sezon kon­kur­sy ran­gi Grand Prix, czło­wiek cały czas się cze­goś uczy. Szczególnie gdy jest to ogier. A pro­szę pamię­tać, że żaden z koni do 25. miej­sca w kla­sy­fi­ka­cji koń­co­wej, rywa­li Ekwadora na MŚ w USA, nie był ogie­rem kryjącym.

Startuje Pani na koniach pol­skich i zagra­nicz­nych. Czy moż­na powie­dzieć z peł­nym prze­ko­na­niem, że któ­reś są lep­sze, a któ­reś gor­sze? Dostrzega Pani róż­ni­cę mię­dzy dobrym mate­ria­łem pol­skim i zagranicznym?
- Kiedyś jeź­dzi­łam wyłącz­nie na pol­skich koniach. Teraz nie­ste­ty warun­ki się zmie­ni­ły. Zmienił się sys­tem i więk­szość stad­nin pań­stwo­wych pod­upa­da. Nieubłagane pra­wa eko­no­mii spra­wi­ły, że gros stad­nin z tych, co prze­trwa­ły, jest w kiep­skim sta­nie. Jak zatem tutaj mówić o kre­atyw­nej myśli hodow­la­nej… Koń i hodow­la prze­sta­ły być waż­ne dla pań­stwo­we­go mece­na­tu. Tymczasem koń do spor­tu, czy pol­ski, czy zagra­nicz­ny - pocho­dze­nie nie ma zna­cze­nia, musi być naj­wyż­szej jako­ści. Niestety w Polsce rodzi się dzi­siaj tego typu mate­ria­łu zbyt mało. Odwrotnie jest na Zachodzie - głów­nie w Niemczech czy Holandii - wiel­kie nad­wyż­ki dosko­na­łe­go pro­duk­tu. Dlatego coraz czę­ściej tam jeż­dżę na zaku­py, bo nie mam cza­su na szu­ka­nie igły w sto­gu siana.

Szuka Pani konia o okre­ślo­nych pre­dys­po­zy­cjach do ujeżdżenia?
- Truizmem będzie stwier­dze­nie, że koń ma być dobry. Niestety teraz w Polsce coraz trud­niej takie­go zna­leźć. Nad tym bar­dzo ubo­le­wam. Dlatego pró­bu­ję hodo­wać sama. Wierzę, że świa­tli i wytrwa­li hodow­cy powo­li docze­ka­ją się takich koni.

To któ­re konie Pani woli - pol­skie czy zagraniczne?
- Wolę dobre. I chcia­ła­bym, żeby były pol­skie, ale nie­ste­ty nie mogę ich znaleźć.

Coraz wię­cej dole­wa­my krwi z Zachodu, więc chy­ba zmie­nia się final­ny pro­dukt hodow­la­ny. Ekwador jest tego naj­lep­szym przy­kła­dem - figu­ru­je w pol­skich księ­gach stad­nych, choć pocho­dzi od zagra­nicz­nych rodziców.
- Jakby na prze­kór ogól­nej domi­na­cji hodow­li zachod­niej, ojciec Ekwadora - Heraldik - ma korze­nie sło­wac­kie i sta­no­wi potwier­dze­nie mojej teo­rii - nie­waż­na rasa, tyl­ko jakość konia. Jeżeli my wyho­du­je­my w Polsce dobre­go konia, któ­ry ma pocho­dze­nie zagra­nicz­ne, tak jak mój Ekwador, to nikt nie będzie patrzył mu w papie­ry. Kiedy stoi na sta­cji ogie­rów w Niemczech, wszy­scy trak­tu­ją go jak nie­miec­kie­go; kie­dy wra­ca do Polski, sta­je się dla wszyst­kich, nawet dla Niemców, mate­ria­łem pol­skim. Oni nie mają takich pro­ble­mów czy kom­plek­sów jak my. Jest uro­dzo­ny w Polsce, ale uzna­ny w Niemczech i ma doku­men­ty uni­wer­sal­ne. Przestańmy być tacy sztyw­ni i kate­go­rycz­ni. Importowaliśmy kie­dyś z powo­dze­niem, głów­nie fol­blu­ty, i impor­tu­je­my obec­nie, byle robić to z gło­wą, czy­taj - nie spro­wa­dzać odpa­dów, bo liczy się postęp bio­lo­gicz­ny, któ­re­go może doko­nać z suk­ce­sem każ­dy hodow­ca - czy miesz­ka nad Renem, Loarą czy Wisłą.

Na co powin­ni zwró­cić uwa­gę pol­scy hodow­cy koni ujeżdżeniowych?
- Niech kry­ją Ekwadorem… żar­tu­ję odro­bi­nę. Wracając do sed­na - koń musi być przede wszyst­kim ład­ny. Potrzebuje szla­chet­nej gło­wy, kształt­nej szyi, dobrze zbu­do­wa­nej łopat­ki, cien­kich, suchych nóg. Pamiętajmy, wro­dzo­nych cech eks­te­rie­ru nie da się nijak popra­wić. Można codzien­ną pra­cą ufor­mo­wać rzeź­bę mię­śni, ale jeże­li koń ma wiel­ki łeb, źle osa­dzo­ną szy­ję i krót­kie, gru­be nogi, to żaden, nawet naj­więk­szy spe­cja­li­sta mu nie pomo­że. Zatem po pierw­sze - lepiej mieć na star­cie ład­ne­go konia, bo z har­mo­nij­nie zbu­do­wa­nym, szla­chet­nym w typie, łapią­cym za oko, wię­cej jeste­śmy w sta­nie osią­gnąć dzię­ki ogól­ne­mu wra­że­niu. Po dru­gie - waż­ne są cho­dy, głów­nie stęp - jeśli jest za krót­ki, to tego rów­nież nie popra­wi­my. Powyższe cechy to przy­naj­mniej poło­wa szan­sy na sukces.

Zmieńmy temat. Co Pani sądzi na temat sędzio­wa­nia w Polsce? Ma Pani porów­na­nie z zachod­nim świa­tem dre­sa­żu, więc czy podzie­la punkt widze­nia, jako­by w naszych bud­kach sędziow­skich bra­ko­wa­ło kom­pe­ten­cji? Jak moż­na ów stan rze­czy poprawić?
- Niestety nie­czę­sto mam oka­zję do star­tów w kra­ju, jed­nak uwa­żam, że podob­nie jak w bud­kach, rów­nież na czwo­ro­bo­kach nie grze­szy­my mistrzo­stwem. Lecz niech zawod­ni­cy za bar­dzo nie narze­ka­ją na sędziów, ponie­waż im samym tak­że dużo bra­ku­je. Żeby sędzio­wie mogli lepiej sędzio­wać, to jeźdź­cy muszą zacząć lepiej jeź­dzić. Bowiem kie­dy sędzia widzi poziom, jaki pre­zen­tu­ją jeźdź­cy, to na tym pozio­mie sędziu­je i na nim się swe­go fachu uczy. Wszak do cze­goś się musi odno­sić. A ma taki punkt odnie­sie­nia, jaki pre­zen­tu­ją zawodnicy…

Musimy się uczyć?
- Nieustannie, i to na wszyst­kich pozio­mach kom­pe­ten­cji. Ja oso­bi­ście mam bli­sko do Niemiec, mogę star­to­wać zarów­no z pol­ską, jak i z nie­miec­ką licen­cją. Skupiam się głów­nie na rywa­li­za­cji mię­dzy­na­ro­do­wej, obra­cam wśród pro­fe­sjo­na­li­stów, szu­kam naj­ko­rzyst­niej­szych dla sie­bie roz­wią­zań w karie­rze zawo­do­wej, któ­rą zwią­za­łam z jeź­dziec­twem wyczy­no­wym. Dlatego przy­zna­ję - patrzę na wszyst­ko z tro­chę innej per­spek­ty­wy i nie śle­dzę tego, co się dzie­je na pozio­mie lokalno-?-amatorskim.

Jednak zale­ca Pani wię­cej kry­ty­ki wobec samych siebie?
- Oczywiście.

Myśli Pani o peł­nie­niu w przy­szło­ści funk­cji arbitra?
- Może. Nie wiem. Mam trze­cią kla­sę sędziow­ską od 20 lat.

Ciągnie Panią do tego?
- Na razie nie bardzo.

Na minio­nych Mistrzostwach Polski Młodych Koni w ujeż­dże­niu pod Pani nie­obec­ność wystar­to­wał syn. Sztafeta pokoleń?
- To był wiel­ki suk­ces moje­go syna Tomka, któ­re­go mogłam wspie­rać jedy­nie tele­fo­nicz­nie. Niestety na taki stan rze­czy mia­ła wpływ spóź­nio­na zmia­na ter­mi­nu roz­gry­wa­nia MPMK, koli­du­ją­ca z wylo­tem na WEG do Stanów. Tym bar­dziej ucie­szył mnie jego wynik. Wszak wsiadł na tego konia - Star Turn - zale­d­wie dwa tygo­dnie wcze­śniej. Oczywiście poje­chał do Wrocławia z moją obec­ną uczen­ni­cą Anią Mickiewicz, któ­ra mu bar­dzo poma­ga­ła, ale mia­ła pra­wo zjeść go tre­ma. Zresztą pierw­sze­go dnia zaraz po star­cie, stę­pu­jąc na roz­prę­żal­ni, kie­dy sędzio­wie jesz­cze nie okre­śli­li wyni­ku, zdzwo­ni­li­śmy się ze sobą na gorą­co i, cięż­ko dysząc, powie­dział: słu­chaj, mama, takiej kol­ki dosta­łem przed wjaz­dem na plac, że myśla­łem, że nie usie­dzę. Jak wygrać, jadąc z kol­ką, a jed­nak… - ostry zawodnik.

Czy syn osta­tecz­nie posta­wił na ujeżdżenie?
- Nie. Ma nadal dwa konie sko­ko­we. Jeden to 4-let­ni Onasis, mło­dy, cał­kiem faj­ny, a dru­gi to star­sza, doświad­czo­na klacz - Indira, któ­rą teraz testu­je­my, bowiem szu­ka­my „pro­fe­so­ra”. Często też u swe­go taty, Stanisława Jasińskiego, wsia­da na cie­ka­we sko­ko­we talen­ty. Jednocześnie nie stro­ni od „dep­ta­nia kapu­sty” - samo­dziel­nie zajeż­dżał w zeszłym roku moje trzy­let­nie konie i na co dzień z nimi pracuje.

Ma to szczę­ście lub pecha, że mama to wybit­na dre­sa­żyst­ka, a ojciec przed laty meda­li­sta kra­ju w sko­kach, czło­nek kadry, jeź­dziec pucharowy.
- Nie mam wyrzu­tów sumie­nia, bo wiem, że ujeż­dże­nie bar­dzo poma­ga w sko­kach. Te konie, któ­re jeź­dził sko­ko­wo, ma w ręku, wie, gdzie łyd­ki trzy­mać, czu­je każ­de foulee itd. Kiedyś sam zde­cy­du­je, do cze­go moc­niej mu ser­ce bije… Przy oka­zji - obser­wo­wa­łam teraz na MŚ naszą eki­pę skocz­ków i z dumą stwier­dzam, że ci ludzie poko­na­li otchłań jesz­cze nie­daw­no dzie­lą­cą nas od świa­ta zachod­nie­go. Zdecydowanie pod­niósł się poziom. Polacy teraz pięk­nie i - co naj­waż­niej­sze - sku­tecz­nie jeż­dżą, co ludzie z bran­ży widzą, a zachod­ni tre­ne­rzy mie­li oka­zję śle­dzić w tego­rocz­nej edy­cji Super Ligi. Niczym nie ustę­pu­ją innym, chy­ba tyl­ko ilo­ścią dobrych koni. Nasi sie­dzą prze­waż­nie na jed­nym śred­niej kla­sy, a każ­dy powi­nien mieć 10 takich, z któ­rych jeden czy dwa kie­dyś pój­dą wyżej. I star­to­wać nimi rota­cyj­nie, a nie cią­gle te same gonić do upa­dłe­go. W tym nale­ży upa­try­wać tra­ge­dii pol­skie­go spor­tu kon­ne­go - w bie­dzie. A ponad­to sza­le­nie istot­na jest dba­łość o swo­je konie, bo nie stać nas na kupo­wa­nie sprzę­tu na zasa­dzie szej­ków arab­skich, czy­li jak się popsu­ją, to będzie 10 nowych wybit­nych i doświad­czo­nych, goto­wych koni skokowych.

Była Pani nie­gdyś dobrym duchem wyjąt­ko­wych zawo­dów CDI Mierzęcin. Dziś to już histo­ria. Jakie pozo­sta­ły wspo­mnie­nia i czy pod­ję­ła­by się Pani roli orga­ni­za­to­ra ponownie?
- To były pięk­ne lata i wspa­nia­ła impre­za, bo i miej­sce jest cza­ru­ją­ce. Organizatorzy, któ­rym poma­ga­łam, czy­li Jowita Banek z mężem Łukaszem Chrostowskim, nie szczę­dzi­li sił, aby zawo­dy kwi­tły na mia­rę naj­lep­szych wzor­ców zachod­nich. Oczywiście decy­du­ją­ca była przy­chyl­ność dla jeź­dziec­twa wła­ści­cie­li fir­my Novol - Piotra Nowakowskiego i Piotra Olewińskiego. Ja im zale­d­wie słu­ży­łam kon­tak­ta­mi, nakie­ro­wy­wa­łam, pró­bo­wa­łam roz­pro­pa­go­wać impre­zę, szcze­gól­nie na począt­ku, gdy debiu­to­wa­li. Potem, po trzech latach, gdy okrze­pli i mogli śmia­ło kon­ty­nu­ować swo­je dzie­ło, z róż­nych powo­dów nastą­pi­ło zamknię­cie roz­dzia­łu pt. zawo­dy jak z bajki.
W minio­nym roku robi­łam zawo­dy eli­mi­na­cyj­ne do MPMK, do cze­go nie musia­łam doło­żyć ani zło­tów­ki, a wszyst­ko wyszło chy­ba cał­kiem nie­źle. Stąd pozwo­lę sobie zde­men­to­wać infor­ma­cje, jako­by do każ­dej koń­skiej ini­cja­ty­wy trze­ba było dokła­dać. Oczywiście pomoc­ne jest zaple­cze bok­so­we dla koni, ale moż­na unik­nąć defi­cy­tu, jeśli się z gło­wą orga­ni­zu­je. Dlatego pla­nu­je­my w przy­szłym roku zro­bić eli­mi­na­cje do MŚMK, roz­mo­wy z decy­den­ta­mi z PZHK są w toku…

Nie ma wido­ków na powrót zawo­dów do Mierzęcina? A może jakieś nowe miej­sce w Polsce?
- Trudno będzie zna­leźć rów­nie tra­fio­ne po uni­ka­to­wym w każ­dym calu Mierzęcinie. Zawody były faj­ne, bo miej­sce wyjąt­ko­wo pięk­ne i w natu­ral­ny, nie­skrę­po­wa­ny spo­sób pozwa­la­ją­ce na orga­ni­za­cję takiej impre­zy, wygry­wa­ją­ce, jak ład­ny koń, już na wstępie…

W śro­do­wi­sku krą­ży opi­nia, że sto­su­je Pani dość ostre meto­dy szko­le­nio­we. Zatem co sądzi Pani o tzw. naturelsach?
- Co to zna­czy ostre meto­dy?! Sprecyzujmy naj­pierw to poję­cie. Na pew­nym pozio­mie trze­ba być tak samo obiek­tyw­nie wyma­ga­ją­cym w sto­sun­ku do sie­bie, jak i konia. Czy to, że umiem egze­kwo­wać poszcze­gól­ne ele­men­ty w pra­cy z koniem i posu­wam się do przo­du, czy­ni mnie bar­dziej bru­tal­ną od prze­cięt­ne­go jeźdź­ca, któ­ry po omac­ku bije się ze swym koniem, bo nie umie zro­bić tego, co zoba­czył chwi­lę wcze­śniej w tele­wi­zji? Uważam, że trze­ba pew­ne rze­czy roz­gra­ni­czyć. Ja nie sto­su­ję żad­nych ostrych metod. Trenując z zachod­ni­mi tre­ne­ra­mi, taki­mi jak Ernst Hoyos, Rudolf Zeilinger czy Holga Finken, sto­su­ję takie same meto­dy jak wszy­scy naj­lep­si jeźdź­cy w pierw­szej pięć­dzie­siąt­ce ran­kin­gu FEI. Zdecydowana więk­szość czo­ło­wych tre­ne­rów sto­su­je meto­dy dozwo­lo­ne i ogól­nie przy­ję­te na świe­cie. Może zatem naj­pierw ustal­my, o co nam cho­dzi w jeź­dziec­twie - wszak to nie musi być tyl­ko sport na naj­wyż­szym pozio­mie. Większość osób, któ­re sty­ka­ją się z koniem, robi to dla przy­jem­no­ści, jako hob­by, czy­li głów­nie rekre­acyj­nie. Ale nie myl­my rekre­acji ze spor­tem wyczy­no­wym. Jeśli usta­li­my, co to jest sport wyczy­no­wy i czym się cha­rak­te­ry­zu­je, to wów­czas moje meto­dy prze­sta­ją być dys­ku­syj­ne. Natomiast jeże­li mówi­my o rekre­acji jeź­dziec­kiej i zaba­wach z koń­mi, to doty­czy to zupeł­nie cze­go inne­go. Ponieważ w Polsce jest niski poziom jeź­dziec­twa w porów­na­niu do czo­łów­ki świa­to­wej, nastę­pu­je czę­sto krzyw­dzą­ce postrze­ga­nie i myle­nie pojęć. Nie ma jed­no­znacz­nych roz­gra­ni­czeń, że jeż­dżą­cy rekre­acyj­nie nie jeż­dżą jed­no­cze­śnie spor­to­wo. Może dla­te­go nie bar­dzo umie­ją się nawet posłu­gi­wać facho­wym języ­kiem. Ja swój obec­ny warsz­tat zdo­by­łam dzię­ki latom pra­cy z koń­mi i jak arty­sta rze­mieśl­nik posia­dłam pew­ne narzę­dzia, któ­ry­mi umiem ope­ro­wać. Jestem dzi­siaj w sta­nie przy­go­to­wać konia, jeż­dżąc bez prze­mo­cy fizycz­nej. Potrafię grać z każ­dym jak na instru­men­cie muzycz­nym, anga­żu­jąc apa­rat ruchu, budu­jąc musku­la­tu­rę, roz­wi­ja­jąc doj­rza­łość emo­cjo­nal­ną i ucząc tech­ni­ki. Brutalność w obcho­dze­niu się z koniem w dłuż­szej per­spek­ty­wie nie przy­nie­sie nic dobre­go, a clou sztu­ki jeź­dziec­kiej jest tak pokie­ro­wać szko­le­niem, aby koń zechciał się pod­po­rząd­ko­wać i aktyw­nie współ­uczest­ni­czyć w tym procesie.

Dlatego Katarzyna Milczarek jest zawo­dow­cem. W peł­ni świa­do­mie i pro­fe­sjo­nal­nie wyko­nu­je Pani swój zawód i jed­no­cze­śnie czer­pie z tego korzy­ści materialne.
- To pięk­ne, co mnie spo­tka­ło - ze swo­je­go hob­by uczy­ni­łam zawód, w któ­rym, muszę przy­znać, bar­dzo dobrze sobie radzę i któ­ry pozwa­la osią­gać docho­dy dają­ce moż­li­wość wygod­ne­go życia. Szczęśliwie pro­spe­ru­ję i mogę sobie pozwo­lić na wie­le rze­czy, mając jesz­cze wol­ny czas dla rodzi­ny, dla sie­bie i na przy­jem­no­ści. Bo to nie jest jakaś strasz­na harów­ka od rana do nocy, przy roz­sąd­nej orga­ni­za­cji pra­cy daje zado­wo­le­nie. Ja po pro­stu lubię pra­co­wać z mło­dy­mi koń­mi, lubię sama je kształ­to­wać od A do Z. To jest dużo prost­sze, niż prze­ra­biać sta­re. Miałam takie przy­pad­ki w karie­rze, kie­dy pró­bo­wa­łam kory­go­wać konie po przej­ściach. Różnie się to koń­czy­ło, cza­sem musia­łam powie­dzieć pas.

Proszę powie­dzieć, jak wyglą­da Pani tydzień pra­cy z koń­mi. Co lep­sze - na lon­ży, jaz­dy w teren czy sko­ki luzem?
- To jest tra­fio­ne pyta­nie, któ­re może pomóc mło­dym jeźdź­com, z uwzględ­nie­niem ich pre­dys­po­zy­cji i doświad­czeń. Mogę powie­dzieć, że u mnie mło­de konie cho­dzą na lon­ży dwa razy w tygo­dniu. Mamy do tego celu zamknię­ty lon­żow­nik. Ważne jest, żeby mło­de­go konia roz­wi­nąć fizycz­nie, nie obcią­ża­jąc go zbyt­nio. Bez głu­pie­go for­so­wa­nia, ale roz­bu­do­wać mu jak naj­le­piej te mię­śnie, któ­re będą potem potrzeb­ne. Lonżownik jest zde­cy­do­wa­nie poży­tecz­nym zaple­czem staj­ni tre­nin­go­wej, bo zmu­sza konia do wygię­cia to w jed­ną, to w dru­gą stro­nę, a kon­takt pozo­sta­je sta­ły i bez wzglę­du na to, czy mło­dy koń się spło­szy, ręka czło­wie­ka uśnie lub się nie­po­trzeb­nie usztyw­ni. Ponadto lon­żow­nik oszczę­dza mój krę­go­słup i jesz­cze nie­umię­śnio­ny grzbiet konia. Dla trzy­lat­ka taki sys­tem ćwi­czeń jest abso­lut­nie wystar­cza­ją­cy. Oczywiście moż­na zain­we­sto­wać w basen dla koni - taką inwe­sty­cję w minio­nym roku poczy­ni­li­śmy - co pozwo­li wsia­dać tyl­ko raz, dwa razy w tygo­dniu. I tak według mnie do pią­te­go roku życia. Bowiem żeby pię­cio­lat­ka przy­go­to­wać do czem­pio­na­tów, wystar­czy jeź­dzić oko­ło trzech razy w tygo­dniu. Ponadto raz w tygo­dniu sko­ki luzem, a teren tyl­ko po jeź­dzie jako spa­cer na deser. No i karu­ze­la - w naszym przy­pad­ku posa­do­wio­na na gór­ce, z któ­rej nasi pod­opiecz­ni mogą podzi­wiać każ­de­go dnia ład­ny kra­jo­braz Zagozdu. Na powie­trzu, nasło­necz­nio­na, wśród zie­le­ni, a nie zamknię­ty, ciem­ny, dusz­ny kierat!
A pro­pos base­nu - zbior­nik z wodą głę­bo­ko­ści 70 cm, o pod­ło­żu gumo­wym, roz­mia­rów 15 x 20 m, tak że moż­na śmia­ło po takim owa­lu konia rów­nież lon­żo­wać. W 70-cen­ty­me­tro­wej wodzie pra­ca dla konia to jak np. bro­dze­nie w głę­bo­kim śnie­gu. Rewelacja - wszyst­kie mię­śnie pra­cu­ją, zaan­ga­żo­wa­nie każ­dej par­tii cia­ła, bez prze­cią­ża­nia ścię­gien. Taki basen to rów­nież chło­dzik i masaż. W tym roku ze wzglę­du na nasz wyjazd do Kentucky nie zdą­ży­li­śmy, a teraz jest już za zim­no, ale wiem, że to będzie dzia­łać. Na wio­snę wpusz­cza­my wodę i wio…

Generalnie dużo swo­bo­dy, bez pre­sji i uży­cia siły, dba­łość o deta­le w atmos­fe­rze przyjaźni…
- Do pią­te­go roku życia trze­ba konie trak­to­wać jak dzie­ci, ale trze­ba pra­co­wać nad umię­śnie­niem, nad fizycz­nym roz­wo­jem każ­de­go konia. Oczywiście jest on zajeż­dżo­ny w wie­ku trzech lat, ale mając czte­ry lata, jest jesz­cze infan­tyl­ny, cho­ciaż wia­do­mo, że jeśli dwa razy w tygo­dniu wsią­dę i on mi zaczy­na robić jakieś nume­ry, to trze­ba to sko­ry­go­wać. Ale to jest bar­dzo pro­ste. Moje trzy­lat­ki cho­dzą tak, że nie mam żad­nych pro­ble­mów, bowiem żądam od nich tyl­ko kół w pra­wo i w lewo.

A czy lubi Pani uczyć ludzi?
- Nie jest to moją pasją. Mam do tego sto­su­nek ambi­wa­lent­ny. Jeżeli komuś zale­ży i się sta­ra, to i mnie się chce…

Co chcia­ła­by Pani robić za 10, 20, 30 lat?
- Na przy­kład chcia­ła­bym oglą­dać suk­ce­sy moje­go syna.

Nie będzie Pani tre­ne­rem kadry narodowej?
- Na pew­no nie będę sie­dzia­ła na weran­dzie i patrzy­ła na łąki. Uważam, że dobrze jest korzy­stać z czy­je­goś doświad­cze­nia i lepiej go szu­kać u sie­bie, czy­li na domo­wym podwór­ku, niź­li ścią­gać do Polski dru­go­rzęd­nych czy trze­cio­rzęd­nych tre­ne­rów z zagra­ni­cy, dla­te­go chęt­nie bym poma­ga­ła. Natomiast boję się, czy przy funk­cjo­nu­ją­cym w Polsce sys­te­mie, choć­by z uwa­gi na ist­nie­ją­ce prze­pi­sy, będzie moż­li­we zaję­cie się tym polet­kiem z przy­jem­no­ścią i z sukcesami.

Wszystko w naszych rękach. Lepiej zmie­niać rze­czy­wi­stość, niż ją krytykować…
- Dlatego też jestem w zarzą­dzie WZJ. Działamy dość pręż­nie i mamy spo­ro lokal­nych suk­ce­sów. Natomiast dużo łatwiej jest pra­co­wać na swo­im tere­nie w mniej­szym gro­nie niż na szer­szą ska­lę ogól­no­kra­jo­wą. Interesy się tam ście­ra­ją i każ­de­go cią­gnie w inną stronę.

Nie roz­wi­nę­li­śmy tema­tu „natu­rel­sów”. W Pani poko­le­niu jest kil­ku nie­złych zawod­ni­ków, któ­rzy pra­co­wa­li według kla­sycz­nych metod tre­nin­go­wych, i nawet mie­li meda­lo­we wyni­ki, aż tu nagle zro­bi­li zwrot ku eko­lo­gii. Ma to przyszłość?
- Ależ to bar­dzo faj­ne. Lepiej hoł­do­wać eko­lo­gicz­nym niż kani­ba­li­stycz­nym ide­om. Na pew­no są zwo­len­ni­cy Anky i rol­l­ku­ru oraz Pata Parrellego i mar­chew­ko­wych batów. I tu, i tam jest spo­ro tyl­ko pozor­nej świa­do­mo­ści rze­czy. Z pew­no­ścią więk­szość to nie są zawod­ni­cy, któ­rzy mają ambi­cje spor­to­we, bo jeże­li ktoś potrze­bu­je adre­na­li­ny, to szu­ka pomo­cy wśród osób naj­bar­dziej kom­pe­tent­nych, nie zaś zna­cho­rów i wywo­ły­wa­czy duchów. Prawdziwy wyczyn potrze­bu­je naj­wyż­szych kom­pe­ten­cji w kie­run­ku szko­le­nia zawod­ni­ków o cechach spor­to­wych. To jest bar­dzo pro­ste i kla­row­ne, więc nie sądzę, żeby był tutaj jakiś kon­flikt inte­re­sów. Nie sądzę też, aby tyl­ko tzw. szko­ły natu­ral­ne mia­ły patent i wyłącz­ność na zado­wo­lo­ne­go i współ­pra­cu­ją­ce­go konia. Jeżeli ktoś stwier­dzi, że musi jeź­dzić kon­no bar­dziej spor­to­wo niż natu­ral­nie, to zanu­rzy się w kla­sycz­ną szko­łę wyszko­le­nia i zapew­ne będzie musiał cza­sa­mi konia skło­nić do jakie­goś więk­sze­go wysił­ku. Bo musi­my też zdać sobie spra­wę, że nie każ­dy koń ma ambi­cje zdo­by­cia mistrzo­stwa świa­ta czy podium olim­pij­skie­go… Większość nie ma. Przeciętny koń woli sobie pojeść tra­wę na pastwi­sku czy wyta­rzać na pado­ku w pia­chu nagrza­nym słoń­cem. Lecz jeśli mu się nie chce, to jak poka­zać sku­tecz­ną domi­na­cję, któ­ra pozwa­la uzy­skać coś eks­tra? Przecież w sta­dzie rów­nież natu­ral­nym zja­wi­skiem jest domi­na­cja. Tyle że ta nasza, ludz­ka domi­na­cja, to dzia­ła­nie pod meto­dycz­ną kon­tro­lą, bo my nie jeste­śmy z koń­mi w sta­dzie. My musi­my, sie­dząc na koniu, móc spo­wo­do­wać, żeby on pięk­nie prze­szedł pro­gram w poczu­ciu samo­za­do­wo­le­nia. A domi­na­cja w sta­dzie to dużo więcej.

Na koniec - czy Ekwador jest na sprzedaż?
- Każdy koń jest na sprze­daż, to kwe­stia ofer­ty. Patriotyczne kli­ma­ty niko­go w tym biz­ne­sie nie wzru­sza­ją, bowiem jeśli ina­czej by rozu­mo­wa­no, to Holendrzy po ostat­niej trans­ak­cji Edwarda Gala mie­li­by pro­blem, by zdo­być zło­ty medal.

Już go mają… nawet kilka!
- Mają, ale mogą nie mieć wię­cej. A każ­dy chce mieć wię­cej spek­ta­ku­lar­nych zwy­cięstw. Więc sprze­daż Moorland Totilasa była w moim poję­ciu dale­ce nie­po­li­tycz­na. Sprzedali go podob­no za ponad 13 mln euro. To abso­lut­nie per­wer­syj­nie duże pie­nią­dze. Dlatego odpo­wiem - jeże­li ktoś by mi taką sumę za Ekwadora zaofe­ro­wał, to oczy­wi­ście go sprze­dam. Natomiast jest inna kwe­stia - Edward Gal będzie miał teraz kolej­ne olim­pij­skie konie, a ja, gdy­by hipo­te­tycz­nie do takiej trans­ak­cji doszło, nie­pręd­ko doro­bi­ła­bym się kolej­ne­go Ekwadora.

Na ilu olim­pia­dach może jesz­cze Pani wystartować?
- To nie jest dla mnie jedy­ny punkt odnie­sie­nia; choć czas ucie­ka, nie myślę w takich kate­go­riach. Jeżeli mamy jed­ne­go konia dobrze sprze­da­ne­go i za te pie­nią­dze inwe­stu­je­my dalej w konie, zdo­by­wa­my coraz lep­szy mate­riał, roz­wi­ja­my się, wypły­wa­my na szer­sze wody, to nie jest żaden ewe­ne­ment w kra­jach roz­wi­nię­tych jeź­dziec­ko. Są tacy, co mają ponad­prze­cięt­ne moż­li­wo­ści eko­no­micz­ne i chcą się poka­zy­wać na olim­pia­dach, i tacy, któ­rzy z tego żyją, robiąc konie. Dlatego wie­lu jeźdź­ców nie jest wła­ści­cie­la­mi koni.

Jest Katarzyna Milczarek z Ekwadorem, jest Michał Rapcewicz z Randonem i cią­gle nie ma trze­cie­go do kadry. Zna Pani anti­do­tum na tę bolącz­kę pol­skie­go ujeżdżenia?
- Jedynym anti­do­tum jest szko­le­nie. A gdy­by już napraw­dę nikt nowy nie miał poja­wić się na hory­zon­cie, to może za następ­ne trzy lata mój syn Tomek wsią­dzie na świet­ną klacz Florencję, któ­rą trzy­ma­my dla nie­go w odwo­dzie. Tak oto kom­bi­nu­ję, aby tego trze­cie­go wyprodukować…

Junior Jasiński - dopeł­nie­nie eki­py na igrzy­ska olimpijskie?
- Żarty na bok. Osobiście uwa­żam, że to tra­ge­dia. Nie ma dru­ży­ny, nie ma zaple­cza kadry, nie ma szans na kon­fron­ta­cję. Z Harmonią pod Olgą Michalik nie wyszło, ale pró­bo­wa­li­śmy, była jakaś wal­ka, dobrze jeź­dzi­ła. Najgorzej, kie­dy nic się nie dzieje.

Myśli Pani o Ekwadorze w kon­tek­ście IO Londyn 2012?
- Tak, oczy­wi­ście. I jesz­cze na doda­tek o tej klaczy…

Ogier z kla­czą w jed­nym wago­nie pojadą?
- Cały sezon jeź­dzi­ły razem naszym konio­wo­zem, tyl­ko z podwój­nym prze­dziel­ni­kiem. Dało się!

Więcej w Wywiad

Na górę