Connect with us

Challenge is chal­len­ge

Wywiad

Challenge is chal­len­ge

Rozmawiał: Michał Wierusz-Kowalski

Do komer­cji czy dzia­ła­nia spo­łecz­ne­go bli­żej fede­ra­cji spor­to­wej; czy da się pogo­dzić ama­tor­ską masów­kę z pro­fe­sjo­nal­nym wyczy­nem; jaką stra­te­gię powi­nien obrać nowo­cze­sny zwią­zek; czy da się kre­ować wynik olim­pij­ski bez udzia­łu mar­ke­tin­gu i stra­te­gicz­nych alian­sów – na te oraz sze­reg innych waż­kich tema­tów roz­ma­wia­my z Michałem Szubskim, świe­żo wybra­nym pre­ze­sem Polskiego Związku Jeździeckiego, byłym pre­ze­sem PGNiG (stra­te­gicz­nej spół­ki ener­ge­tycz­nej), a tak­że zało­ży­cie­lem i wła­ści­cie­lem Stanicy Kresowej – ośrod­ka jeź­dziec­kie­go i gospo­dar­stwa agro­tu­ry­stycz­ne­go na Podlasiu.

Podczas sierp­nio­we­go Walnego Zjazdu dużą licz­bą gło­sów wygrał Pan wybo­ry na funk­cję pre­ze­sa PZJ. Czy ten wynik dał Panu satys­fak­cję?
– Szczerze mówiąc, wynik dość moc­no mnie zasko­czył. Odnoszę wra­że­nie, że rów­nież część mojej pro­gra­mo­wej „opo­zy­cji” zagło­so­wa­ła na mnie. To na pew­no daje satys­fak­cję, że oto przez tych kil­ka minut moje­go wystą­pie­nia uda­ło się parę osób, wcze­śniej dość scep­tycz­nych, prze­ko­nać do obce­go kan­dy­da­ta. Zaiste w śro­do­wi­sku jeź­dziec­kim, szcze­gól­nie tym wyczy­no­wym, mogę być czło­wie­kiem mało roz­po­zna­wal­nym, wręcz ano­ni­mo­wym, mimo że z koń­mi jestem zwią­za­ny już wie­le lat. To gene­ru­je oczy­wi­ście dużą pre­sję na efek­ty pra­cy. Im wię­cej osób nam zaufa, tym więk­sze moral­ne zobo­wią­za­nie, żeby tego zaufa­nia nie zawieść. Oprócz satys­fak­cji jest więc też deter­mi­na­cja, żeby oso­by, któ­re na mnie posta­wi­ły, nie poczu­ły się kie­dyś zawie­dzio­ne.

Przypomnijmy, że o fotel pre­ze­sa ubie­ga­ło się jesz­cze dwóch innych kan­dy­da­tów: Marek Szewczyk, któ­ry dostał 6 gło­sów, oraz Wojciech Pisarski – 16. Pana wynik to pięć­dzie­siąt parę…
– Owszem. Niestety ze wzglę­du na waka­cyj­ny okres i urlo­py na zjeź­dzie nie było stu pro­cent dele­ga­tów.

Michał Szubski fot. Łukasz Kowalski

Michał Szubski
fot. Łukasz Kowalski

Przejmuje Pan ste­ry w związ­ku na rok przed koń­cem kaden­cji obec­nie spra­wu­ją­ce­go wła­dzę zarzą­du. Oględnie mówiąc, ostat­nie cza­sy i sytu­ację wokół fede­ra­cji może­my uznać za skom­pli­ko­wa­ną. Chce Pan upo­rząd­ko­wać cało­kształt spraw oraz uspo­ko­ić rela­cje śro­do­wi­sko­we czy ma Pan zupeł­nie inną wizję i będzie pró­bo­wał odciąć się od zasta­ne­go „porząd­ku”?
– Większość spraw wyma­ga „wypro­wa­dze­nia”, bo zmia­na pre­ze­sa jest jakąś cezu­rą. Liczy się tak napraw­dę życie tej orga­ni­za­cji, sto­wa­rzy­sze­nia spor­to­we­go z dłu­gą i zacną histo­rią, swo­ją teraź­niej­szo­ścią i przy­szło­ścią. A to, co teraz przede mną, to jakiś wyci­nek, krót­ki frag­ment, zgo­ła epi­zod. Czy dobrze to czy źle, że mam rok, trud­no jesz­cze powie­dzieć. Sytuacja powszech­nie ucho­dzi za pogma­twa­ną, ludzie są skłó­ce­ni, potwo­rzy­ły się frak­cje. Dałem sobie więc, a prio­ri, rok na decy­zję, czy o mój mariaż z PZJ powal­czę w kolej­nej kaden­cji. Generalnie uwa­żam, że jeże­li śro­do­wi­sko się nie skon­so­li­du­je, to będzie postę­po­wał pro­ces jego mar­gi­na­li­za­cji, a życie nie zna próż­ni i w pew­nym momen­cie zwią­zek popad­nie w total­ny nie­byt. Już teraz widać taką ten­den­cję, że na pozio­mie spor­tu ama­tor­skie­go zamiast orga­ni­zo­wać zawo­dy regio­nal­ne w ramach struk­tur PZJ ludzie chęt­nie się skrzy­ku­ją i orga­ni­zu­ją zawo­dy towa­rzy­skie. Sami sobie piszą regu­la­mi­ny itd. To jest trend sygna­li­zu­ją­cy, iż śro­do­wi­sko jeź­dziec­kie pora­dzi sobie ze związ­kiem czy bez nie­go. Moim zda­niem zwią­zek powi­nien być orga­ni­za­to­rem jeź­dziec­twa w Polsce. Bo oprócz spor­tu wyczy­no­we­go ma w swo­im sta­tu­cie rów­nież krze­wie­nie powszech­ne­go spor­tu jeź­dziec­kie­go. Związek powi­nien stać się syno­ni­mem wyso­kiej jako­ści upra­wia­ne­go w jego ramach spor­tu. Tymczasem poziom wyszko­le­nia w spo­rcie ama­tor­skim jest żenu­ją­co niski. Zatem to PZJ powi­nien suge­ro­wać kie­run­ki ewo­lu­cji edu­ka­cyj­nej, któ­re będzie wspie­rał swo­im auto­ry­te­tem, i poprzez okre­so­wą ich wery­fi­ka­cję będzie gwa­ran­to­wał nor­my dotrzy­ma­nia stan­dar­dów wyszko­le­nia. Jeszcze wra­ca­jąc do śro­do­wi­sko­wych ani­mo­zji, o czym sze­rzej mówi­łem na zjeź­dzie, jeże­li dys­ku­sję będzie­my pro­wa­dzi­li za pomo­cą forów inter­ne­to­wych, a tam będzie­my taplać się w bło­cie, oskar­żać nawza­jem o naj­gor­sze czy­ny, jakie zna ludz­kość, to jaką opi­nie wysta­wia­my temu śro­do­wi­sku? Bo kalum­nie ser­wo­wa­ne w inter­ne­cie czy­ta cały świat, mniej czy bar­dziej zain­te­re­so­wa­ny jeź­dziec­twem, i może sobie wyro­bić fatal­ną opi­nię na temat dżen­tel­me­nów – konia­rzy z Polski. Dajmy przy­kład – szu­kam spor­tu dla moje­go dziec­ka, któ­ry ma w nim wykształ­cić pozy­tyw­ne cechy oso­bo­wo­ścio­we, ambi­cję, rywa­li­za­cję fair play, kształ­to­wać cha­rak­ter, odpo­wie­dzial­ność i wła­ści­we podej­ście do zwie­rząt. Jeśli więc szu­kam infor­ma­cji na temat jeź­dziec­twa w inter­ne­cie, któ­ry dzi­siaj sta­no­wi dół klo­acz­ny tego śro­do­wi­ska, to w życiu bym nie przy­pro­wa­dził swo­je­go dziec­ka na jaz­dę kon­ną. Przecież tam (w orbi­cie PZJ – przyp. red.) są sami zło­dzie­je, igno­ran­ci i hochsz­ta­ple­rzy… Poważni ludzie oskar­ża­ją się o brak kom­pe­ten­cji, o złe meto­dy tre­nin­go­we, o kumo­ter­stwo, prze­krę­ty finan­so­we, pato­lo­gicz­ny układ wła­dzy itp. – sło­wem nie ma w tym prze­ka­zie nic pozy­tyw­ne­go. Jeżeli śro­do­wi­sko w koń­cu się nie skon­so­li­du­je wokół pozy­tyw­nych war­to­ści, jakie nie­sie ze sobą jeź­dziec­two, to gro­zi nam poważ­na zapaść. Jako czło­wiek spo­za jakich­kol­wiek kote­rii chciał­bym, żeby towa­rzy­stwo konia­rzy zaczę­ło ze sobą mery­to­rycz­nie roz­ma­wiać. Muszę wypra­co­wać taką meto­dę komu­ni­ka­cji, któ­ra zneu­tra­li­zu­je panu­ją­ce złe nastro­je i pozwo­li na reali­za­cję ambit­niej­szych wizji.

Czyli stra­te­gia na naj­bliż­sze 12 mie­się­cy to szu­ka­nie i budo­wa­nie zgo­dy, a na ewen­tu­al­ną kolej­ną 4-let­nią kaden­cję?
– Najbliższa per­spek­ty­wa to przede wszyst­kim chęć stwo­rze­nia stra­te­gii. A doraź­nie trze­ba uspo­ko­ić nastro­je, popra­wić sytu­ację finan­so­wą związ­ku, żeby nie było ryzy­ka jakiejś nagłej zapa­ści eko­no­micz­nej, utra­ty płyn­no­ści. Dalej przy­go­to­wa­nie pew­nych regu­la­cji, któ­rych brak tro­chę mnie dzi­wi. A są to m.in.: orga­ni­za­cja pra­cy biu­ra, współ­pra­ca biu­ra PZJ z OZJ/ WZJ, przy­wró­ce­nie nie­któ­rych insty­tu­cji, któ­re moim zda­niem były dobre, a któ­re zani­kły, jak np. kon­fe­ren­cje dys­cy­plin, na któ­rych śro­do­wi­sko zwią­za­ne z daną kon­ku­ren­cją mogło się spo­tkać i dys­ku­to­wać swe pro­ble­my.
Moją idée fixe na ten rok jest wypra­co­wa­nie doku­men­tu, któ­ry mogli­by­śmy nazwać stra­te­gią roz­wo­ju jeź­dziec­twa na okres co naj­mniej deka­dy, do 2025 r. Bo moim zda­niem to jest coś, cze­go bar­dzo związ­ko­wi bra­ku­je. Nie ma nawet zary­su pro­gra­mo­we­go, któ­ry by wyty­czał pew­ne prio­ry­te­to­we kie­run­ki; takiej mapy dro­go­wej, ale na tyle prak­tycz­nej i nie­oder­wa­nej od realiów, żeby mia­ła rze­czy­wi­sty sens. To muszą być wery­fi­ko­wal­ne cele, tak aby­śmy mogli regu­lar­nie oce­niać, gdzie jeste­śmy i dokąd zmie­rza­my oraz co osią­gnę­li­śmy pozy­tyw­ne­go, a co zro­bi­li­śmy źle. To oczy­wi­ście nie jest pro­jekt dla jed­nej oso­by, np. pre­ze­sa i biu­ra PZJ. Taką stra­te­gię win­no wyge­ne­ro­wać całe śro­do­wi­sko.
Mamy za sobą sezon wie­lu nad­zwy­czaj waż­nych imprez jeź­dziec­kich. Koniec kani­ku­ły aku­rat nakła­da się na mój funk­cyj­ny start, ale chciał­bym, żeby od jesie­ni zaczę­ło funk­cjo­no­wać kil­ka zespo­łów, któ­rych pra­ca była­by wkła­dem do wspo­mnia­nej dłu­go­fa­lo­wej stra­te­gii. Wyobrażam sobie to w ten spo­sób, iż jeśli uda nam się zbu­do­wać stra­te­gicz­ny doku­ment, to będę goto­wy rze­czo­wo przed­sta­wić go na Zjeździe Wyborczym z nadzie­ją na przy­chyl­ną akcep­ta­cję oraz wolę jego wdro­że­nia w per­spek­ty­wie kolej­nej kaden­cji.

Pracował Pan w dużym biz­ne­sie. Czy Pana zda­niem (przez pry­zmat oso­bi­stych doświad­czeń) aktyw­no­ści PZJ bli­żej do wolon­ta­ria­tu czy może jed­nak twar­de­go dzia­ła­nia komer­cyj­ne­go? Jaki model jest Panu bliż­szy?
– W moim subiek­tyw­nym odczu­ciu obec­ny model to dość zaawan­so­wa­na hybry­da. Z jed­nej stro­ny sport wyczy­no­wy z nie­ba­ga­tel­nym udzia­łem komer­cji, nie­uchron­nym uprze­my­sło­wie­niem bran­ży (szcze­gól­nie na świe­cie), a z dru­giej stro­ny my pró­bu­ją­cy w Polsce robić cią­gle coś ad hoc, na zasa­dzie pospo­li­te­go rusze­nia, spon­ta­nicz­nej akcji spo­łecz­nej, zwo­ły­wa­nia wolon­ta­riu­szy celem wiel­kiej impro­wi­za­cji, któ­ra nie zawsze się uda­je. Potem nic dziw­ne­go, że tonie­my w cią­głych pre­ten­sjach i wza­jem­nych oskar­że­niach, cze­go ktoś nie zro­bił i z czym nie zdą­żył.
Związek powi­nien pro­wa­dzić pro­fe­sjo­nal­nie zor­ga­ni­zo­wa­ną dzia­łal­ność, przy­naj­mniej na pozio­mie biu­ra PZJ, ewen­tu­al­nie w poszcze­gól­nych pro­jek­tach wspar­tą wolon­ta­ria­tem. Bo jest ruch spo­łecz­ny, któ­ry powi­nien być przez nas kre­owa­ny jako model sty­lu życia. Jeździectwa, z któ­re­go my, Polacy, będzie­my dum­ni, mając pięk­ne kar­ty histo­rii i tra­dy­cji. I tutaj zasad­na uwa­ga – jeź­dziec­two nie powin­no być tyl­ko spor­tem eli­tar­nym i tego okre­śle­nia wolał­bym uni­kać. Raczej trze­ba mówić, że jest to sport dla każ­de­go, kto chce go upra­wiać. Spróbujmy sobie zbu­do­wać nowy apa­rat poję­cio­wy, któ­ry w odczu­ciu spo­łecz­nym nie będzie ogra­ni­cza­ją­cy. Niech to będzie uni­ka­to­we, ale nie regla­men­tu­ją­ce dostęp. Nie her­me­tycz­na finan­so­wo aktyw­ność, lecz nobi­li­tu­ją­co ogól­no­spo­łecz­na fraj­da i przy­go­da.
Osobiście do jeź­dziec­twa tra­fi­łem już jako oso­ba doro­sła, nie wyra­sta­łem w klu­bie od dziec­ka, nie snu­łem się po staj­niach. Zauważyłem więc dość obiek­tyw­nie, i potwier­dzi­ło się to w roz­mo­wach z rze­szą róż­nych ludzi o podob­nej bio­gra­fii, że śro­do­wi­sko pol­skich konia­rzy nie jest spe­cjal­nie otwar­te i przy­ja­zne dla nowych człon­ków. To dość eks­klu­zyw­na kasta, do któ­rej trud­no się prze­bić, zresz­tą podob­nie jak do innych śro­do­wisk sub­kul­tu­ro­wych, któ­re rzą­dzą się swo­imi pra­wa­mi i są mało życz­li­we nowym oso­bom w swo­ich sze­re­gach. To trze­ba zatem jak naj­szyb­ciej odmi­to­lo­gi­zo­wać, żeby poszła w świat, wzo­rem kra­jów zachod­nich, infor­ma­cja o powszech­no­ści tego spor­tu. Stąd isto­ta stra­te­gii, gdzie tego typu cele win­ny być pre­cy­zyj­nie wyty­czo­ne. Drugi mit, któ­ry nale­ży czym prę­dzej oba­lić, to pomó­wie­nie, iż jeź­dziec­two jest spor­tem eks­tre­mal­nie nie­bez­piecz­nym. To nie­ste­ty poku­tu­je wśród ludzi. Prowadziłem kie­dyś cie­ka­wą roz­mo­wę, któ­rą war­to krót­ko przy­to­czyć. Jeden czło­wiek, któ­re­go dobrze znam i wiem, że jest nie­zwy­kle spraw­ny fizycz­nie, przy­znał, że bar­dzo się boi upad­ku z konia, bo jego zda­niem ozna­cza to śmierć lub co naj­mniej trwa­łe kalec­two. Przekaz medial­ny na ten temat rze­czy­wi­ście jest skraj­nie nega­tyw­ny. A jak się popa­trzy na sta­ty­sty­ki, nagle się oka­zu­je, że wca­le nie jest to sport bar­dziej nie­bez­piecz­ny od nart, rowe­rów, a już na pew­no bez­piecz­niej­szy niż jaz­da samo­cho­dem na co dzień po mie­ście. To podob­nie jak wypad­ki samo­lo­to­we, któ­re są naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ne, ale sta­ty­stycz­nie cią­gle jest to naj­bez­piecz­niej­szy śro­dek komu­ni­ka­cji. Jednym sło­wem – musi­my zacząć wal­czyć ze zły­mi ste­reo­ty­pa­mi na temat jeź­dziec­twa…

Jest Pan za cen­tra­li­za­cją związ­ku czy odde­le­go­wa­niem szer­sze­go spek­trum spraw i prze­nie­sie­niem odpo­wie­dzial­no­ści na OZJ/WZJ?
– Zawsze byłem zwo­len­ni­kiem decen­tra­li­za­cji, gdyż naj­le­piej swo­ją pra­cę wyko­nu­je ten, kto jest naj­bli­żej rze­czy­wi­sto­ści. A im wyżej w struk­tu­rach orga­ni­za­cyj­nych, tym rze­czy­wi­stość się odda­la. W ogó­le nie wyobra­żam sobie głę­bo­kiej cen­tra­li­za­cji, bo to by ozna­cza­ło albo stwo­rze­nie gigan­tycz­ne­go apa­ra­tu urzęd­ni­cze­go, któ­ry miał­by to obra­biać, albo nie­do­wład funk­cjo­no­wa­nia. Uważam, że musi być kil­ka pozio­mów. Jestem zwo­len­ni­kiem dele­go­wa­nia kom­pe­ten­cji, a tym samym swo­bo­dy. Jest oczy­wi­ście część zagad­nień, któ­re są sta­tu­to­wo przy­pi­sa­ne PZJ, ale codzien­na rze­czy­wi­stość powin­na się dziać w tere­nie.

Dyskusje inter­ne­to­we są na róż­nym pozio­mie i prze­waż­nie nega­tyw­ne. Kontrowersyjny temat to np. for­mu­ła BPK (bez przy­na­leż­no­ści klu­bo­wej). Co Pan o tym myśli?
– Jestem jak naj­bar­dziej za. Podoba mi się, że taka opcja ist­nie­je. Będę się przy niej upie­rał, ale tak napraw­dę widzę trzy racjo­nal­ne powo­dy dla pod­trzy­ma­nia sta­tus quo. Pierwszy to to, że jest praw­nie dopusz­czal­na. Drugi, że są oso­by, któ­re nie wie­rzą w insty­tu­cje, nie chcą się zrze­szać, a chcą sobie wystar­to­wać od cza­su do cza­su, bo jest to ich marze­nie albo aspi­ra­cja życio­wa i nie ma powo­du im tego odbie­rać. Są goto­wi za to zapła­cić i ja to sza­nu­ję. I wresz­cie trze­ci powód to nadzie­ja na moty­wo­wa­nie klu­bów do lep­sze­go, efek­tyw­niej­sze­go dzia­ła­nia, bo klub musi poka­zać, co robi dla swo­ich zawod­ni­ków, żeby oni chcie­li w jego bar­wach jeź­dzić. Utrzymanie sta­rej zasa­dy, że gdy chcesz star­to­wać, musisz być człon­kiem klu­bu, dla zawod­ni­ka de fac­to ozna­cza to przy­mus. Stąd powsta­wa­ły fik­cyj­ne klu­by na papie­rze. I teraz nie­zrze­sze­ni koń­czą cho­rą fik­cję wir­tu­al­nych klu­bów, bowiem żeby zdo­być dostęp do zawo­dów, nie muszą się do nich zapi­sy­wać. To może podzia­łać na ambi­cje wła­ści­cie­li i zarzą­dy klu­bów, żeby dać zawod­ni­kom jak naj­wię­cej w posta­ci tre­ne­rów, koni, trans­por­tu na zawo­dy itp. Wszak te kosz­ty atrak­cyj­niej się roz­kła­da­ją, kie­dy jedzie­my na impre­zę dużym konio­wo­zem, niż kie­dy każ­dy cią­gnie swo­je­go ruma­ka w przy­czep­ce.

Zgoda, tyl­ko skąd tyle emo­cji wokół BPK? Ludzi stać na pry­wat­ne­go tre­ne­ra, utrzy­ma­nie w luk­su­sach konia i jego zawie­zie­nie na zawo­dy, a bun­tu­ją się prze­ciw skład­ce klu­bo­wej i opła­cie na rzecz PZJ, dla­cze­go?
– Moim zda­niem cała awan­tu­ra ma swo­je źró­dło w złym inter­pre­to­wa­niu rze­czy­wi­sto­ści. Oni uwa­ża­ją, że są ina­czej trak­to­wa­ni wobec pra­wa i ponie­kąd tak to może wyglą­dać. Jednak wal­cząc o idee i zasa­dy zapo­mi­na­ją, iż zawod­ni­cy nie­zrze­sze­ni gene­ru­ją zwięk­szo­ne kosz­ty obsłu­gi. Tutaj nega­tyw­nie roz­kła­da się rela­cja kosz­tów biu­ro­wych do nakła­du pra­cy. Toczy się więc nie­przy­jem­na dys­ku­sja, za któ­rej jakość część śro­do­wi­ska jak zwy­kle nie bie­rze odpo­wie­dzial­no­ści, pisząc, co śli­na na język przy­nie­sie, abso­lut­nie nie bio­rąc pod uwa­gę skut­ków takie­go czy inne­go roz­wią­za­nia dla całe­go sek­to­ra, ale przede wszyst­kim tych nega­tyw­nych. Ja bym ape­lo­wał więc o roz­są­dek. Na mar­gi­ne­sie mam taką obser­wa­cję, czy­tu­jąc fora, że gro­no ludzi pro­du­ku­ją­cych się w tzw. ete­rze, nie jest spe­cjal­nie licz­ne, że czę­sto są to te same oso­by pod róż­ny­mi nika­mi. Zadają sobie sami pyta­nia, któ­re stwa­rza­ją moż­li­wość destruk­cyj­ne­go pero­ro­wa­nia. Apeluję zatem o opa­mię­ta­nie, gdyż pod­ci­na­ją gałąź, na któ­rej wszy­scy sie­dzi­my. Jak nie będzie­my mie­li zawod­ni­ków, klien­tów, nowej mło­dzie­ży napły­wa­ją­cej do tego spor­tu, to nie będzie­my w ogó­le świa­tu potrzeb­ni. Czy do tego dąży­my?

Czy skład­ka klu­bo­wa, przez wie­lu nega­tyw­nie oce­nia­na, wzię­ła się z sufi­tu?
– Nie ja ją usta­la­łem, ale według mojej wie­dzy i roz­mów to taki indy­wi­du­al­ny jeź­dziec gene­ru­je więk­sze kosz­ty. A klu­by też pła­cą skład­ki, więc dla­cze­go mają być na poszko­do­wa­nej pozy­cji…

Czy da się dzi­siaj robić sport bez mar­ke­tin­gu?
– Utopia. Dzisiaj żad­ne­go spor­tu nie da się robić bez mar­ke­tin­gu i bez spon­so­rin­gu. Słychać gło­sy, że środ­ki wydat­ko­wa­ne na mar­ke­ting to środ­ki zmar­no­tra­wio­ne, ale pogląd ten wyni­ka z nie­zro­zu­mie­nia, skąd się w ogó­le bio­rą w spo­rcie pie­nią­dze. Skoro skoń­czy­li­śmy w Polsce z sys­te­mem tzw. rewa­lo­ry­za­cji budże­to­wych, gdzie sport miał dota­cje i był w cało­ści utrzy­my­wa­ny przez pań­stwo, to nie moż­na teraz lek­ce­wa­żyć innych źró­deł i narzę­dzi jego finan­so­wa­nia. Teraz sport to spon­so­rzy. Żeby pozy­skać ich pie­nią­dze, potrzeb­ny jest mar­ke­ting, a on kosz­tu­je. Pokazanie nasze­go spon­so­ra w mediach, żeby widział, jaki ma ekwi­wa­lent za to, że inwe­stu­je w taką a nie inną dys­cy­pli­nę spor­tu, wyma­ga mozol­nej pra­cy i nie­ba­ga­tel­nych wydat­ków. Wiem, że to budzi wie­le emo­cji, ale ja pró­bu­ję cały czas mówić, że sze­ro­ko rozu­mia­ny sport tak napraw­dę jest han­dlem roz­ryw­ką. Nasi kibi­ce chcą roz­ryw­ki, spor­to­we­go dresz­czy­ku. Jeżeli mamy reali­zo­wać zawo­dy spor­to­we sami dla sie­bie i jakie­goś wąskie­go gro­na kibi­ców-eks­per­tów, to mija się to z ideą spor­tu, jaką żyje dzi­siaj cały świat. Sport to współ­cze­sne igrzy­ska. A ludzie chcą atrak­cyj­nie spę­dzać wol­ny czas i lepiej, kie­dy oglą­da­ją sport niż jakieś ogłu­pia­cze. Potem bywa, że z fote­la wsta­ją, zdej­mu­ją kap­cie i chcą tego, co obej­rze­li, posma­ko­wać.

Mówi Pan o spon­so­rach i mar­ke­tin­gu. Jaki zatem będzie dal­szy los pro­duk­tów typu: Jeździeckie Grand Prix Wolnej Polski, Cała Polska Jeździ Konno, Rio Plus itp.?
– Na temat Rio Plus nie chcę się wypo­wia­dać, bo nie znam tego pro­jek­tu. Pozostałe to pro­duk­ty mar­ke­tin­go­we, któ­re trze­ba odpo­wied­nio opa­ko­wać i sprze­dać. Każdy z nich ma tro­chę inne zada­nie, ale sądzę, że wszyst­kie te pro­jek­ty powin­ni­śmy kon­ty­nu­ować i twór­czo roz­wi­jać. Dobrze, że poja­wi­ła się taka świe­żość, o któ­rej może­my dys­ku­to­wać, ale co do zasa­dy nie ma już odwro­tu od wyty­czo­ne­go kie­run­ku zmian. Ludzie widzą coraz wię­cej koni w tele­wi­zji, zauwa­żal­nie wię­cej mają prze­ka­zów w mediach elek­tro­nicz­nych, co żywio­ło­wo komen­tu­ją, tak­że w kon­tek­ście, nie­ste­ty, spo­rych nakła­dów finan­so­wych. Jednak powtó­rzę – dosta­je­my to, za co pła­ci­my, a że to dużo kosz­tu­je… cóż, to są naczy­nia połą­czo­ne, im wię­cej inwe­stu­je­my, tym wię­cej powin­ni­śmy otrzy­mać nowych środ­ków. Patrzę może z tro­chę innej per­spek­ty­wy, ale jak się przy­glą­dam temu, co się dzie­je w pol­skim jeź­dziec­twie, to wciąż są to śla­do­we pie­nią­dze w porów­na­niu z budże­ta­mi innych spor­tów. Oczywiście na razie nie mamy więk­szych, więc nie ma się co śmiać z tego, co mamy. Trzeba suk­ce­syw­nie, dys­po­nu­jąc naszy­mi skrom­ny­mi zaso­ba­mi, ten wir roz­krę­cać. Wierzę, że jest to taka machi­na, co sama się nakrę­ci. Im wię­cej będzie koni w tele­wi­zji, tym więk­sza będzie widow­nia i więk­szy będzie to sta­no­wi­ło magnes dla spon­so­rów. Musimy też suk­ce­syw­nie zmie­niać for­mu­łę samych zawo­dów jeź­dziec­kich, gdyż poza małą gru­pą fachow­ców, dla nor­mal­nych widzów mogą być one po pro­stu nud­ne. Trzeba two­rzyć wido­wi­sko, żeby edu­ko­wać i tłu­ma­czyć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi, żeby publicz­ność rozu­mia­ła i poły­ka­ła bak­cy­la. Tak jak w innych dzie­dzi­nach. A jak spon­so­rzy zoba­czą więk­szą oglą­dal­ność, to chęt­niej zain­we­stu­ją. Kto się prze­bi­ja w mediach, sta­je się podat­nym grun­tem dla pro­ce­sów komu­ni­ka­cyj­no-rekla­mo­wych. Róbmy zatem swo­je, a oni z pew­no­ścią prę­dzej czy póź­niej sami będą przy­cho­dzić do nas, a nie tak jak teraz – my cho­dzi­my po spon­so­rach, pro­sząc, nama­wia­jąc, żebrząc itd. Dobrze by było dopro­wa­dzić w przy­szło­ści do takiej sytu­acji, że jeź­dziec­two było rów­no­praw­nym uczest­ni­kiem ryn­ku medial­ne­go. Wtedy poten­cjal­ni spon­so­rzy sami przyj­dą i będą nas nama­wiać, żeby­śmy im dali wol­ny pakiet. Jeżeli osią­gnie­my ten stan, to będzie­my mogli mówić o suk­ce­sie.

Proszę pocią­gnąć wątek, któ­ry hasło­wo nazwę – stra­te­gicz­ne alian­se…
– Jestem dopie­ro parę tygo­dni na sta­no­wi­sku i nie zdą­ży­łem się ze wszyst­ki­mi spo­tkać. PZHK czy Jockey Club jest dla mnie natu­ral­nym part­ne­rem. Dalej, uda­ło się moim poprzed­ni­kom zwa­bić w orbi­tę jeź­dziec­twa Totalizatora Sportowego. To wiel­ki suk­ces. Dzięki tego­rocz­ne­mu, histo­rycz­ne­mu dla pol­skie­go jeź­dziec­twa CSIO5* w Sopocie wie­le zupeł­nie uni­ka­to­wych dróg zosta­ło prze­tar­tych, wiec to może rodzić dla PZJ szan­se na nowe alian­se stra­te­gicz­ne. Na tym eta­pie nie chcę gene­ral­nie roz­ma­wiać o tren­dach, bowiem żeby o tym mówić poważ­nie, muszę „pocho­dzić” po ludziach, zali­czyć kil­ka­dzie­siąt spo­tkań, poroz­ma­wiać i oce­nić reali­stycz­nie naszą sytu­ację. Na dzi­siaj bar­dzo doce­niam Totalizatora Sportowego, jest to dla związ­ku war­to­ścio­wy part­ner, ale doce­niam też wkład wszyst­kich pozo­sta­łych spon­so­rów, więk­szych czy mniej­szych. To co robią np. Międzynarodowe Targi Poznańskie, orga­ni­zu­jąc Cavaliadę, jest wspa­nia­łe, ale nie mogą w zamian ocze­ki­wać mono­po­lu w spo­rcie jeź­dziec­kim. Liczę zatem na zro­zu­mie­nie i dale­ko idą­cą wolę współ­pra­cy.
Moim zda­niem mamy cza­sa­mi do czy­nie­nia z cho­rą sytu­acją, kie­dy do jed­ne­go spon­so­ra przy­cho­dzi pię­ciu róż­nych, nie­za­leż­nych od sie­bie orga­ni­za­to­rów, aby wypro­sić pie­nią­dze na swo­ją impre­zę. Każdy tłu­ma­czy, dla­cze­go jemu dać, i czy­ni to nie­ste­ty nie przez pochwa­le­nie się, jak dobrze to robi (żon­glu­jąc zale­ta­mi), tyl­ko przez kry­ty­kę i depre­cja­cję innych. Efekt jest taki, że spon­sor nie daje żad­ne­mu. Musimy skoń­czyć z tak ego­istycz­nym patrze­niem na ota­cza­ją­cą nas i kre­owa­ną przez nas samych rze­czy­wi­stość, oczy­wi­ście jeśli chce­my na zdro­wych zasa­dach pra­co­wać ze spon­so­ra­mi. To powie­dzia­łem zresz­tą na zjeź­dzie, że ofer­ta śro­do­wi­ska jeź­dziec­kie­go dla spon­so­rów jest żad­na. Przepraszam za stwier­dze­nie, iż umie­jęt­ność pra­cy ze spon­so­rem i kre­owa­nia jego satys­fak­cji jest bez­na­dziej­na, a cho­dze­nie od drzwi do drzwi przez róż­ne­go typu kon­tak­ty towa­rzy­skie i wyry­wa­nie sobie przy­sło­wio­wych 5 zło­tych nie ma sen­su. I to jest pato­lo­gia, z któ­rą trze­ba wal­czyć. Przez takie dzia­ła­nie zbie­ra­my z ryn­ku spon­sor­skie­go 25% tego, co mogli­by­śmy osią­gnąć w spo­sób racjo­nal­ny, meto­dycz­ny i spój­ny. Nie może być oczy­wi­ście cen­tra­li­za­cji. Żyjemy w wol­nym kra­ju i nie może­my niko­mu nic narzu­cić, może­my tyl­ko pro­po­no­wać, prze­ko­ny­wać do wspól­nej wizji. Strategia wobec spon­so­rów wypra­co­wa­na z orga­ni­za­to­ra­mi win­na być naszą wspól­ną tro­ską.
Rynek jeź­dziec­ki w Polsce nie jest na tyle zamoż­ny, aby­śmy mogli reali­zo­wać wszyst­kie nasze fan­ta­zje. Niektórzy jed­nak pró­bu­ją zakli­nać rze­czy­wi­stość i mówią o prze­my­śle kon­nym. Lecz to na razie raczej pierw­sze wzra­sta­ją­ce pędy, a nie sil­na gałąź gospo­dar­ki.

archiwum Michała Szubskiego

zdję­cie z archi­wum Michała Szubskiego

Ma Pan wła­sną staj­nię, ale hodu­je Pan też konie, zarów­no pol­skie jak i zagra­nicz­ne. Ostatnio jed­nak mniej się u Pana rodzi źre­biąt. Dlaczego – kry­zys czy zmia­na kon­cep­cji?
– Moim zda­niem – płyt­kość pol­skie­go ryn­ku. Końskiego ryn­ku, rzecz jasna. Hoduję dość nie­ty­po­wą rasę, bo tin­ke­ry. Jest to pocho­dzą­cy z Irlandii ogól­no­użyt­ko­wy koń rekre­acyj­ny. To, cze­go nigdy nie mogłem zro­zu­mieć, to to, że w men­tal­no­ści wie­lu pol­skich klien­tów funk­cjo­nu­je błęd­ny ste­reo­typ konia spor­to­we­go. Więc jak chcą kupić dziec­ku pierw­sze­go wierz­chow­ca, to z mar­szu szu­ka­ją czem­pio­na, tak jak­by za rok mia­ło na nim wystar­to­wać na igrzy­skach olim­pij­skich. Moim zda­niem nie­po­ro­zu­mie­nie tkwi u pod­staw takie­go myśle­nia. Podaję zazwy­czaj taką ana­lo­gię, że jak idę sobie wio­sną kupić rower na waka­cje, to się zasta­na­wiam, co z nim będę robił. Czy poja­dę na wyści­gi szo­so­we na MŚ, czy będę jeź­dził tury­stycz­ne cros­sy po lesie? Ostatecznie kupu­ję rower, któ­ry będzie naj­wy­god­niej­szy na urlo­po­we wypra­wy. Czemu zatem kie­dy idzie­my kupo­wać konia, to robi­my to przez pry­zmat nie­uza­sad­nio­nych aspi­ra­cji i ambi­cji rodzi­ciel­skich? W efek­cie naj­czę­ściej dosta­je­my wierz­chow­ca, któ­ry jest przez to bar­dzo bied­ny, bo ani nie dosta­je jeźdź­ca na swo­im pozio­mie, ani per­spek­tyw roz­wo­ju, i koń­czy jako zde­gra­do­wa­ne zwie­rzę, któ­re mia­ło papier, zdro­wie i poten­cjał, tyl­ko szczę­ścia w życiu mu zabra­kło.
Hoduję rów­nież konie mało­pol­skie, ale wła­ści­wie tyl­ko dla przy­jem­no­ści. Nie mam zawod­ni­ków, nie mam klu­bu spor­to­we­go ani nawet tego typu ambi­cji, a żeby han­dlo­wać koń­mi spor­to­wy­mi, trze­ba je w spo­rcie poka­zy­wać. Tinkery zaś bez wspo­mnia­nych kosz­tów pro­mo­cji raczej dość dobrze się sprze­da­ją. Jest to bowiem ide­al­ny koń dla jeźdź­ców ama­to­rów. A mało­po­la­ki to moje hob­by, bo po pro­stu lubię na takich koniach jeź­dzić. Piękna użyt­ko­wa rasa z tra­dy­cja­mi. Z tem­pe­ra­men­tem i dobry­mi cecha­mi. Kończąc, rynek się zmniej­szył, jest mało kupu­ją­cych, więc mniej kry­ję.

Czy jako wła­ści­ciel i hodow­ca chciał­by Pan, żeby Pana konie były na zawo­dach ano­ni­mo­we? Nawiązuję do współ­pra­cy PZJ – PZHK i tema­tu wspól­nej bazy (rodo­wo­do­wo-per­so­nal­nej), któ­ry od lat nie może się spiąć… PZHK ma tę bazę w 80 pro­cen­tach sfi­na­li­zo­wa­ną, ale PZJ cią­gle jest w tyle. Zderzamy się z jakimś absur­dal­nym nie­zro­zu­mie­niem. Na zachod­nich zawo­dach regio­nal­nych, ogól­no­kra­jo­wych czy świa­to­wych to już stan­dard. Za koniem kry­je się hodow­ca, wła­ści­ciel, któ­ry w danym momen­cie dys­po­nu­je tym koniem, potem jeź­dziec, któ­ry potra­fi tego konia poka­zać itd. U nas to cią­gle kule­je. Z punk­tu widze­nia PZJ koń to sprzęt, ale wspól­na inwen­ta­ry­za­cja tegoż pre­zen­to­wa­na kom­plek­so­wo za pomo­cą bazy (wspól­nej wymia­ny i pre­zen­ta­cji danych), mogła­by sta­no­wić ele­ment pro­mo­cji bran­ży. Była już taka pró­ba, ale się nie powio­dła. Może chciał­by Pan, żeby źre­ba­ki z Pańskiej stad­ni­ny były jed­nak ozna­czo­ne i pre­zen­to­wa­ne jako pro­dukt Pana myśli hodow­la­nej?
– Pytanie reto­rycz­ne. Choć tych baz jest już w Polsce sto­sun­ko­wo dużo. Tak to u nas jest, że wystar­czy posta­wić ser­wer i ogło­sić, że się pro­wa­dzi bazę danych, a i tak następ­ne­go dnia powsta­ną kolej­ne „uni­ka­to­we” bazy. Myślę, że powi­nien powstać wspól­ny zbiór, do któ­re­go moż­na dołą­czyć pocho­dze­nie do kil­ku poko­leń wstecz. Wspólny stan­dard infor­ma­tycz­ny wymia­ny infor­ma­cji, żeby moż­na było sobie wza­jem­nie uzu­peł­niać te zaso­by. Niejednokrotnie sły­sza­łem o wymia­nie obo­pól­nych życz­li­wych dekla­ra­cji, ale z kon­kre­ta­mi gorzej. Ja bym zatem na tym eta­pie zadał pyta­nie, czy PZHK jest gotów przed­sta­wić ofer­tę koni dla pol­skie­go jeź­dziec­twa zarów­no zawo­do­we­go, jak i ama­tor­skie­go. Naturalnie mogli­by­śmy przy oka­zji robić razem tę bazę, i to jest wyj­ście, ale są rze­czy zde­cy­do­wa­nie waż­niej­sze. Najwyższy czas zadać sobie pyta­nie – co mogli­by­śmy razem robić, dwa sio­strza­ne związ­ki.

A co ze współ­pra­cą przy MPMK? Czy PZJ nie zale­ży na mło­dych koniach? Można odnieść wra­że­nie, że PZJ przez ostat­nie lata jest mało zain­te­re­so­wa­ny tą impre­zą. Wprawdzie zaan­ga­żo­wa­ni odpłat­nie są weń sędzio­wie, ste­war­dzi czy gospo­da­rze toru PZJ, ale czym innym jest dzia­ła­nie zarob­ko­we, a czym innym part­ner­stwo insty­tu­cjo­nal­ne i dzia­ła­nie na rzecz roz­wo­ju jakie­goś pro­jek­tu. Ciągle jakoś się to chy­bo­cze – to jest tro­chę bli­żej, następ­nie zno­wu się roz­jeż­dża. Czy MPMK nie mogło­by być naresz­cie wspól­nym świę­tem wszyst­kich hodow­ców, jeźdź­ców i wła­ści­cie­li koni reali­zo­wa­nym siła­mi obu związ­ków?
– Chciałbym, żeby to była nasza wspól­na impre­za.

Jeśli się patrzy, jaką PZJ przy­jął posta­wę, czy raczej brak posta­wy, to nasu­wa się pyta­nie, czy nie zale­ży mu na mło­dych koniach?
– Myślę, że PZJ powin­no zale­żeć na wszyst­kich koniach, któ­re nada­ją się do spor­tu czy rekre­acji. Jesteśmy jako PZJ zde­cy­do­wa­nie za dzia­ła­nia­mi, któ­re podej­mu­je PZHK, szcze­gól­nie za tymi kom­ple­men­tar­ny­mi. Osobiście kibi­cu­ję wszel­kim for­mom pro­mo­wa­nia pol­skich koni. Wszystkie impre­zy PZHK uła­twia­ją koja­rze­nie jeźdź­ców z śro­do­wi­skiem hodow­ców, ergo poma­ga­ją zawod­ni­ków ubie­rać w konie, a hodow­com przed­sta­wiać jeźdź­ców zdol­nych zapre­zen­to­wać ich towar. Chciałbym tutaj sfor­mu­ło­wać pyta­nie pod adre­sem PZHK – czy włą­czy się w pra­ce nad stra­te­gią, w któ­rej powin­ny zna­leźć się punk­ty doty­czą­ce kie­run­ku dzia­ła­nia i roz­wo­ju pt. Polska hodow­la koni a jeź­dziec­two czy Ośrodki jeź­dziec­kie a hodow­la koni. Bowiem pamię­taj­my – konie są zarów­no potrzeb­ne PZJ do spor­tu wyczy­no­we­go, ale i rekre­acyj­ne­go tram­wa­ju.

Waga pro­mo­cji rekre­acji kon­nej i zawo­dów ama­tor­skich a szczyt pira­mi­dy spor­tu wyczy­no­we­go. Może Pan wska­zać wspól­ny mia­now­nik?
– Jeżeli chce­my mówić o spo­rcie, to wszyst­ko spro­wa­dza się do bru­tal­nej sta­ty­sty­ki. Jest uza­leż­nio­ne od ilo­ści osób upra­wia­ją­cych daną dys­cy­pli­nę. Możemy upra­wiać sport na dwa spo­so­by. Pierwszy to, że uro­dzi nam się fan­ta­stycz­ny talent ludz­ki i ma konia, a następ­nie te dwa talen­ty na zasa­dzie cudu się­gną wyżyn. Takiego szczę­ścia w posta­ci efe­me­ry­dy wybit­ne­go jeźdź­ca na wybit­nym koniu nie mie­li­śmy przez ostat­nie 35 lat, od cza­sów Jana Kowalczyka. A i w tym wypad­ku zło­śli­wi powie­dzą, że był to zawod­nik, któ­ry mógł sobie wybie­rać spo­śród wszyst­kich dostęp­nych wów­czas koni z niczym nie­ogra­ni­czo­nych zaso­bów pań­stwo­wych.
Natomiast dru­gi spo­sób to zbu­do­wa­nie pro­fe­sjo­nal­ne­go mode­lu jeź­dziec­twa sfo­ku­so­wa­ne­go na wynik spor­to­wy, któ­ry jest ele­men­tem powta­rzal­nym, prze­wi­dy­wal­nym i przez nas ocze­ki­wa­nym. Ale to tyl­ko wte­dy, kie­dy może­my doko­ny­wać sta­ty­stycz­nej selek­cji jeźdź­ców i koni. To zna­czy im wię­cej osób zaj­mu­je się jeź­dziec­twem, tym wię­cej selek­cjo­ne­rzy mają do wybo­ru zawod­ni­ków i moż­li­wo­ści pro­mo­wa­nia naj­zdol­niej­szych. Dzisiaj naj­gor­sze jest to, że jeź­dziec­twem rzą­dzi cen­zus mająt­ko­wy. Nieważne, czy jest się zdol­nym, tyl­ko czy ma się na to pie­nią­dze. Zachodzi zatem nastę­pu­ją­ce pyta­nie – czy jeste­śmy w sta­nie to zmie­nić? Wiem, że ta część śro­do­wi­ska, któ­ra jest zwią­za­na ze spor­tem wyczy­no­wym, sta­wia mi zarzut, że się na tym nie znam i że nie mam do tego ser­ca, ale to nie jest praw­da. Ja mam pra­gnie­nie suk­ce­sów spor­to­wych i chcę być dum­ny z wyni­ków Polaków, tyl­ko nie wie­rzę w cuda. Długoterminowy suk­ces może być tyl­ko pochod­ną ilo­ści jeż­dżą­cych ludzi i doko­ny­wa­nia selek­cji spo­śród nich. Od rekre­acji przez sport ama­tor­ski do wiel­kie­go wyczy­nu. Im bar­dziej spo­pu­la­ry­zu­je­my ten sport, tym więk­szą będzie­my mie­li szan­sę na suk­ce­sy. Jak popa­trzy­my na naszych sąsia­dów, to wszyst­kie kra­je, nawet w Europie, gdzie jeź­dziec­two odno­si suk­ce­sy, to są kra­je, gdzie jaz­da kon­na jest chle­bem powszech­nym, czy­taj – spor­tem naro­do­wym.

Kiedy dzwo­ni­łem, żeby się z Panem umó­wić na wywiad, powie­dział Pan, żar­tu­jąc, że nie wie, czy powi­nie­nem Mu gra­tu­lo­wać czy współ­czuć. Wszak spo­ty­ka Pan zarów­no gesty przy­ja­znej rado­ści, jak sło­wa ubo­le­wa­nia, co Pan sobie naj­lep­sze­go „zafun­do­wał”. Pan jed­nak na to pogod­nie odpo­wia­da – chal­len­ge is chal­len­ge. Odnajduje Pan w sobie dosta­tecz­ną deter­mi­na­cję, ponad infan­tyl­ną wia­rę, aby wyzwa­niu, jakim jest PZJ, podo­łać?
– W swo­im dotych­cza­so­wym życiu zawo­do­wym wszyst­ko już sobie udo­wod­ni­łem, a nawet wię­cej niż pla­no­wa­łem, więc ambi­cjo­nal­nie jestem czło­wie­kiem usa­tys­fak­cjo­no­wa­nym. Mnie peł­nie­nie tej funk­cji inte­re­su­je tyl­ko o tyle, o ile mogę spró­bo­wać coś zmie­nić w jeź­dziec­twie na lep­sze bądź coś nowe­go wykre­ować. Jestem oso­bą dość zaję­tą i abso­lut­nie speł­nio­ną, więc dotąd będę wypeł­niał moje zobo­wią­za­nia wobec śro­do­wi­ska jeź­dziec­kie­go, dokąd to śro­do­wi­sko napraw­dę będzie chcia­ło, abym coś dla nie­go sen­sow­ne­go robił. Jeżeli jest w śro­do­wi­sku chęć kon­so­li­da­cji i pozy­tyw­ne­go dzia­ła­nia – słu­żę całym sobą.
Gratuluję i trzy­mam kciu­ki za pomyśl­ne spra­wo­wa­nie wła­dzy… Uprzejmie dzię­ku­ję Panu za roz­mo­wę.

Więcej w Wywiad

Na górę