Get Adobe Flash player

Challenge is challenge

Rozmawiał: Michał Wierusz-Kowalski

Do komercji czy działania społecznego bliżej federacji sportowej; czy da się pogodzić amatorską masówkę z profesjonalnym wyczynem; jaką strategię powinien obrać nowoczesny związek; czy da się kreować wynik olimpijski bez udziału marketingu i strategicznych aliansów – na te oraz szereg innych ważkich tematów rozmawiamy z Michałem Szubskim, świeżo wybranym prezesem Polskiego Związku Jeździeckiego, byłym prezesem PGNiG (strategicznej spółki energetycznej), a także założycielem i właścicielem Stanicy Kresowej – ośrodka jeździeckiego i gospodarstwa agroturystycznego na Podlasiu.

Podczas sierpniowego Walnego Zjazdu dużą liczbą głosów wygrał Pan wybory na funkcję prezesa PZJ. Czy ten wynik dał Panu satysfakcję?
– Szczerze mówiąc, wynik dość mocno mnie zaskoczył. Odnoszę wrażenie, że również część mojej programowej „opozycji” zagłosowała na mnie. To na pewno daje satysfakcję, że oto przez tych kilka minut mojego wystąpienia udało się parę osób, wcześniej dość sceptycznych, przekonać do obcego kandydata. Zaiste w środowisku jeździeckim, szczególnie tym wyczynowym, mogę być człowiekiem mało rozpoznawalnym, wręcz anonimowym, mimo że z końmi jestem związany już wiele lat. To generuje oczywiście dużą presję na efekty pracy. Im więcej osób nam zaufa, tym większe moralne zobowiązanie, żeby tego zaufania nie zawieść. Oprócz satysfakcji jest więc też determinacja, żeby osoby, które na mnie postawiły, nie poczuły się kiedyś zawiedzione.

Przypomnijmy, że o fotel prezesa ubiegało się jeszcze dwóch innych kandydatów: Marek Szewczyk, który dostał 6 głosów, oraz Wojciech Pisarski – 16. Pana wynik to pięćdziesiąt parę…
– Owszem. Niestety ze względu na wakacyjny okres i urlopy na zjeździe nie było stu procent delegatów.

Michał Szubski fot. Łukasz Kowalski

Michał Szubski
fot. Łukasz Kowalski

Przejmuje Pan stery w związku na rok przed końcem kadencji obecnie sprawującego władzę zarządu. Oględnie mówiąc, ostatnie czasy i sytuację wokół federacji możemy uznać za skomplikowaną. Chce Pan uporządkować całokształt spraw oraz uspokoić relacje środowiskowe czy ma Pan zupełnie inną wizję i będzie próbował odciąć się od zastanego „porządku”?
– Większość spraw wymaga „wyprowadzenia”, bo zmiana prezesa jest jakąś cezurą. Liczy się tak naprawdę życie tej organizacji, stowarzyszenia sportowego z długą i zacną historią, swoją teraźniejszością i przyszłością. A to, co teraz przede mną, to jakiś wycinek, krótki fragment, zgoła epizod. Czy dobrze to czy źle, że mam rok, trudno jeszcze powiedzieć. Sytuacja powszechnie uchodzi za pogmatwaną, ludzie są skłóceni, potworzyły się frakcje. Dałem sobie więc, a priori, rok na decyzję, czy o mój mariaż z PZJ powalczę w kolejnej kadencji. Generalnie uważam, że jeżeli środowisko się nie skonsoliduje, to będzie postępował proces jego marginalizacji, a życie nie zna próżni i w pewnym momencie związek popadnie w totalny niebyt. Już teraz widać taką tendencję, że na poziomie sportu amatorskiego zamiast organizować zawody regionalne w ramach struktur PZJ ludzie chętnie się skrzykują i organizują zawody towarzyskie. Sami sobie piszą regulaminy itd. To jest trend sygnalizujący, iż środowisko jeździeckie poradzi sobie ze związkiem czy bez niego. Moim zdaniem związek powinien być organizatorem jeździectwa w Polsce. Bo oprócz sportu wyczynowego ma w swoim statucie również krzewienie powszechnego sportu jeździeckiego. Związek powinien stać się synonimem wysokiej jakości uprawianego w jego ramach sportu. Tymczasem poziom wyszkolenia w sporcie amatorskim jest żenująco niski. Zatem to PZJ powinien sugerować kierunki ewolucji edukacyjnej, które będzie wspierał swoim autorytetem, i poprzez okresową ich weryfikację będzie gwarantował normy dotrzymania standardów wyszkolenia. Jeszcze wracając do środowiskowych animozji, o czym szerzej mówiłem na zjeździe, jeżeli dyskusję będziemy prowadzili za pomocą forów internetowych, a tam będziemy taplać się w błocie, oskarżać nawzajem o najgorsze czyny, jakie zna ludzkość, to jaką opinie wystawiamy temu środowisku? Bo kalumnie serwowane w internecie czyta cały świat, mniej czy bardziej zainteresowany jeździectwem, i może sobie wyrobić fatalną opinię na temat dżentelmenów – koniarzy z Polski. Dajmy przykład – szukam sportu dla mojego dziecka, który ma w nim wykształcić pozytywne cechy osobowościowe, ambicję, rywalizację fair play, kształtować charakter, odpowiedzialność i właściwe podejście do zwierząt. Jeśli więc szukam informacji na temat jeździectwa w internecie, który dzisiaj stanowi dół kloaczny tego środowiska, to w życiu bym nie przyprowadził swojego dziecka na jazdę konną. Przecież tam (w orbicie PZJ – przyp. red.) są sami złodzieje, ignoranci i hochsztaplerzy… Poważni ludzie oskarżają się o brak kompetencji, o złe metody treningowe, o kumoterstwo, przekręty finansowe, patologiczny układ władzy itp. – słowem nie ma w tym przekazie nic pozytywnego. Jeżeli środowisko w końcu się nie skonsoliduje wokół pozytywnych wartości, jakie niesie ze sobą jeździectwo, to grozi nam poważna zapaść. Jako człowiek spoza jakichkolwiek koterii chciałbym, żeby towarzystwo koniarzy zaczęło ze sobą merytorycznie rozmawiać. Muszę wypracować taką metodę komunikacji, która zneutralizuje panujące złe nastroje i pozwoli na realizację ambitniejszych wizji.

Czyli strategia na najbliższe 12 miesięcy to szukanie i budowanie zgody, a na ewentualną kolejną 4-letnią kadencję?
– Najbliższa perspektywa to przede wszystkim chęć stworzenia strategii. A doraźnie trzeba uspokoić nastroje, poprawić sytuację finansową związku, żeby nie było ryzyka jakiejś nagłej zapaści ekonomicznej, utraty płynności. Dalej przygotowanie pewnych regulacji, których brak trochę mnie dziwi. A są to m.in.: organizacja pracy biura, współpraca biura PZJ z OZJ/ WZJ, przywrócenie niektórych instytucji, które moim zdaniem były dobre, a które zanikły, jak np. konferencje dyscyplin, na których środowisko związane z daną konkurencją mogło się spotkać i dyskutować swe problemy.
Moją idée fixe na ten rok jest wypracowanie dokumentu, który moglibyśmy nazwać strategią rozwoju jeździectwa na okres co najmniej dekady, do 2025 r. Bo moim zdaniem to jest coś, czego bardzo związkowi brakuje. Nie ma nawet zarysu programowego, który by wytyczał pewne priorytetowe kierunki; takiej mapy drogowej, ale na tyle praktycznej i nieoderwanej od realiów, żeby miała rzeczywisty sens. To muszą być weryfikowalne cele, tak abyśmy mogli regularnie oceniać, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy oraz co osiągnęliśmy pozytywnego, a co zrobiliśmy źle. To oczywiście nie jest projekt dla jednej osoby, np. prezesa i biura PZJ. Taką strategię winno wygenerować całe środowisko.
Mamy za sobą sezon wielu nadzwyczaj ważnych imprez jeździeckich. Koniec kanikuły akurat nakłada się na mój funkcyjny start, ale chciałbym, żeby od jesieni zaczęło funkcjonować kilka zespołów, których praca byłaby wkładem do wspomnianej długofalowej strategii. Wyobrażam sobie to w ten sposób, iż jeśli uda nam się zbudować strategiczny dokument, to będę gotowy rzeczowo przedstawić go na Zjeździe Wyborczym z nadzieją na przychylną akceptację oraz wolę jego wdrożenia w perspektywie kolejnej kadencji.

Pracował Pan w dużym biznesie. Czy Pana zdaniem (przez pryzmat osobistych doświadczeń) aktywności PZJ bliżej do wolontariatu czy może jednak twardego działania komercyjnego? Jaki model jest Panu bliższy?
– W moim subiektywnym odczuciu obecny model to dość zaawansowana hybryda. Z jednej strony sport wyczynowy z niebagatelnym udziałem komercji, nieuchronnym uprzemysłowieniem branży (szczególnie na świecie), a z drugiej strony my próbujący w Polsce robić ciągle coś ad hoc, na zasadzie pospolitego ruszenia, spontanicznej akcji społecznej, zwoływania wolontariuszy celem wielkiej improwizacji, która nie zawsze się udaje. Potem nic dziwnego, że toniemy w ciągłych pretensjach i wzajemnych oskarżeniach, czego ktoś nie zrobił i z czym nie zdążył.
Związek powinien prowadzić profesjonalnie zorganizowaną działalność, przynajmniej na poziomie biura PZJ, ewentualnie w poszczególnych projektach wspartą wolontariatem. Bo jest ruch społeczny, który powinien być przez nas kreowany jako model stylu życia. Jeździectwa, z którego my, Polacy, będziemy dumni, mając piękne karty historii i tradycji. I tutaj zasadna uwaga – jeździectwo nie powinno być tylko sportem elitarnym i tego określenia wolałbym unikać. Raczej trzeba mówić, że jest to sport dla każdego, kto chce go uprawiać. Spróbujmy sobie zbudować nowy aparat pojęciowy, który w odczuciu społecznym nie będzie ograniczający. Niech to będzie unikatowe, ale nie reglamentujące dostęp. Nie hermetyczna finansowo aktywność, lecz nobilitująco ogólnospołeczna frajda i przygoda.
Osobiście do jeździectwa trafiłem już jako osoba dorosła, nie wyrastałem w klubie od dziecka, nie snułem się po stajniach. Zauważyłem więc dość obiektywnie, i potwierdziło się to w rozmowach z rzeszą różnych ludzi o podobnej biografii, że środowisko polskich koniarzy nie jest specjalnie otwarte i przyjazne dla nowych członków. To dość ekskluzywna kasta, do której trudno się przebić, zresztą podobnie jak do innych środowisk subkulturowych, które rządzą się swoimi prawami i są mało życzliwe nowym osobom w swoich szeregach. To trzeba zatem jak najszybciej odmitologizować, żeby poszła w świat, wzorem krajów zachodnich, informacja o powszechności tego sportu. Stąd istota strategii, gdzie tego typu cele winny być precyzyjnie wytyczone. Drugi mit, który należy czym prędzej obalić, to pomówienie, iż jeździectwo jest sportem ekstremalnie niebezpiecznym. To niestety pokutuje wśród ludzi. Prowadziłem kiedyś ciekawą rozmowę, którą warto krótko przytoczyć. Jeden człowiek, którego dobrze znam i wiem, że jest niezwykle sprawny fizycznie, przyznał, że bardzo się boi upadku z konia, bo jego zdaniem oznacza to śmierć lub co najmniej trwałe kalectwo. Przekaz medialny na ten temat rzeczywiście jest skrajnie negatywny. A jak się popatrzy na statystyki, nagle się okazuje, że wcale nie jest to sport bardziej niebezpieczny od nart, rowerów, a już na pewno bezpieczniejszy niż jazda samochodem na co dzień po mieście. To podobnie jak wypadki samolotowe, które są najbardziej spektakularne, ale statystycznie ciągle jest to najbezpieczniejszy środek komunikacji. Jednym słowem – musimy zacząć walczyć ze złymi stereotypami na temat jeździectwa…

Jest Pan za centralizacją związku czy oddelegowaniem szerszego spektrum spraw i przeniesieniem odpowiedzialności na OZJ/WZJ?
– Zawsze byłem zwolennikiem decentralizacji, gdyż najlepiej swoją pracę wykonuje ten, kto jest najbliżej rzeczywistości. A im wyżej w strukturach organizacyjnych, tym rzeczywistość się oddala. W ogóle nie wyobrażam sobie głębokiej centralizacji, bo to by oznaczało albo stworzenie gigantycznego aparatu urzędniczego, który miałby to obrabiać, albo niedowład funkcjonowania. Uważam, że musi być kilka poziomów. Jestem zwolennikiem delegowania kompetencji, a tym samym swobody. Jest oczywiście część zagadnień, które są statutowo przypisane PZJ, ale codzienna rzeczywistość powinna się dziać w terenie.

Dyskusje internetowe są na różnym poziomie i przeważnie negatywne. Kontrowersyjny temat to np. formuła BPK (bez przynależności klubowej). Co Pan o tym myśli?
– Jestem jak najbardziej za. Podoba mi się, że taka opcja istnieje. Będę się przy niej upierał, ale tak naprawdę widzę trzy racjonalne powody dla podtrzymania status quo. Pierwszy to to, że jest prawnie dopuszczalna. Drugi, że są osoby, które nie wierzą w instytucje, nie chcą się zrzeszać, a chcą sobie wystartować od czasu do czasu, bo jest to ich marzenie albo aspiracja życiowa i nie ma powodu im tego odbierać. Są gotowi za to zapłacić i ja to szanuję. I wreszcie trzeci powód to nadzieja na motywowanie klubów do lepszego, efektywniejszego działania, bo klub musi pokazać, co robi dla swoich zawodników, żeby oni chcieli w jego barwach jeździć. Utrzymanie starej zasady, że gdy chcesz startować, musisz być członkiem klubu, dla zawodnika de facto oznacza to przymus. Stąd powstawały fikcyjne kluby na papierze. I teraz niezrzeszeni kończą chorą fikcję wirtualnych klubów, bowiem żeby zdobyć dostęp do zawodów, nie muszą się do nich zapisywać. To może podziałać na ambicje właścicieli i zarządy klubów, żeby dać zawodnikom jak najwięcej w postaci trenerów, koni, transportu na zawody itp. Wszak te koszty atrakcyjniej się rozkładają, kiedy jedziemy na imprezę dużym koniowozem, niż kiedy każdy ciągnie swojego rumaka w przyczepce.

Zgoda, tylko skąd tyle emocji wokół BPK? Ludzi stać na prywatnego trenera, utrzymanie w luksusach konia i jego zawiezienie na zawody, a buntują się przeciw składce klubowej i opłacie na rzecz PZJ, dlaczego?
– Moim zdaniem cała awantura ma swoje źródło w złym interpretowaniu rzeczywistości. Oni uważają, że są inaczej traktowani wobec prawa i poniekąd tak to może wyglądać. Jednak walcząc o idee i zasady zapominają, iż zawodnicy niezrzeszeni generują zwiększone koszty obsługi. Tutaj negatywnie rozkłada się relacja kosztów biurowych do nakładu pracy. Toczy się więc nieprzyjemna dyskusja, za której jakość część środowiska jak zwykle nie bierze odpowiedzialności, pisząc, co ślina na język przyniesie, absolutnie nie biorąc pod uwagę skutków takiego czy innego rozwiązania dla całego sektora, ale przede wszystkim tych negatywnych. Ja bym apelował więc o rozsądek. Na marginesie mam taką obserwację, czytując fora, że grono ludzi produkujących się w tzw. eterze, nie jest specjalnie liczne, że często są to te same osoby pod różnymi nikami. Zadają sobie sami pytania, które stwarzają możliwość destrukcyjnego perorowania. Apeluję zatem o opamiętanie, gdyż podcinają gałąź, na której wszyscy siedzimy. Jak nie będziemy mieli zawodników, klientów, nowej młodzieży napływającej do tego sportu, to nie będziemy w ogóle światu potrzebni. Czy do tego dążymy?

Czy składka klubowa, przez wielu negatywnie oceniana, wzięła się z sufitu?
– Nie ja ją ustalałem, ale według mojej wiedzy i rozmów to taki indywidualny jeździec generuje większe koszty. A kluby też płacą składki, więc dlaczego mają być na poszkodowanej pozycji…

Czy da się dzisiaj robić sport bez marketingu?
– Utopia. Dzisiaj żadnego sportu nie da się robić bez marketingu i bez sponsoringu. Słychać głosy, że środki wydatkowane na marketing to środki zmarnotrawione, ale pogląd ten wynika z niezrozumienia, skąd się w ogóle biorą w sporcie pieniądze. Skoro skończyliśmy w Polsce z systemem tzw. rewaloryzacji budżetowych, gdzie sport miał dotacje i był w całości utrzymywany przez państwo, to nie można teraz lekceważyć innych źródeł i narzędzi jego finansowania. Teraz sport to sponsorzy. Żeby pozyskać ich pieniądze, potrzebny jest marketing, a on kosztuje. Pokazanie naszego sponsora w mediach, żeby widział, jaki ma ekwiwalent za to, że inwestuje w taką a nie inną dyscyplinę sportu, wymaga mozolnej pracy i niebagatelnych wydatków. Wiem, że to budzi wiele emocji, ale ja próbuję cały czas mówić, że szeroko rozumiany sport tak naprawdę jest handlem rozrywką. Nasi kibice chcą rozrywki, sportowego dreszczyku. Jeżeli mamy realizować zawody sportowe sami dla siebie i jakiegoś wąskiego grona kibiców-ekspertów, to mija się to z ideą sportu, jaką żyje dzisiaj cały świat. Sport to współczesne igrzyska. A ludzie chcą atrakcyjnie spędzać wolny czas i lepiej, kiedy oglądają sport niż jakieś ogłupiacze. Potem bywa, że z fotela wstają, zdejmują kapcie i chcą tego, co obejrzeli, posmakować.

Mówi Pan o sponsorach i marketingu. Jaki zatem będzie dalszy los produktów typu: Jeździeckie Grand Prix Wolnej Polski, Cała Polska Jeździ Konno, Rio Plus itp.?
– Na temat Rio Plus nie chcę się wypowiadać, bo nie znam tego projektu. Pozostałe to produkty marketingowe, które trzeba odpowiednio opakować i sprzedać. Każdy z nich ma trochę inne zadanie, ale sądzę, że wszystkie te projekty powinniśmy kontynuować i twórczo rozwijać. Dobrze, że pojawiła się taka świeżość, o której możemy dyskutować, ale co do zasady nie ma już odwrotu od wytyczonego kierunku zmian. Ludzie widzą coraz więcej koni w telewizji, zauważalnie więcej mają przekazów w mediach elektronicznych, co żywiołowo komentują, także w kontekście, niestety, sporych nakładów finansowych. Jednak powtórzę – dostajemy to, za co płacimy, a że to dużo kosztuje… cóż, to są naczynia połączone, im więcej inwestujemy, tym więcej powinniśmy otrzymać nowych środków. Patrzę może z trochę innej perspektywy, ale jak się przyglądam temu, co się dzieje w polskim jeździectwie, to wciąż są to śladowe pieniądze w porównaniu z budżetami innych sportów. Oczywiście na razie nie mamy większych, więc nie ma się co śmiać z tego, co mamy. Trzeba sukcesywnie, dysponując naszymi skromnymi zasobami, ten wir rozkręcać. Wierzę, że jest to taka machina, co sama się nakręci. Im więcej będzie koni w telewizji, tym większa będzie widownia i większy będzie to stanowiło magnes dla sponsorów. Musimy też sukcesywnie zmieniać formułę samych zawodów jeździeckich, gdyż poza małą grupą fachowców, dla normalnych widzów mogą być one po prostu nudne. Trzeba tworzyć widowisko, żeby edukować i tłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi, żeby publiczność rozumiała i połykała bakcyla. Tak jak w innych dziedzinach. A jak sponsorzy zobaczą większą oglądalność, to chętniej zainwestują. Kto się przebija w mediach, staje się podatnym gruntem dla procesów komunikacyjno-reklamowych. Róbmy zatem swoje, a oni z pewnością prędzej czy później sami będą przychodzić do nas, a nie tak jak teraz – my chodzimy po sponsorach, prosząc, namawiając, żebrząc itd. Dobrze by było doprowadzić w przyszłości do takiej sytuacji, że jeździectwo było równoprawnym uczestnikiem rynku medialnego. Wtedy potencjalni sponsorzy sami przyjdą i będą nas namawiać, żebyśmy im dali wolny pakiet. Jeżeli osiągniemy ten stan, to będziemy mogli mówić o sukcesie.

Proszę pociągnąć wątek, który hasłowo nazwę – strategiczne alianse…
– Jestem dopiero parę tygodni na stanowisku i nie zdążyłem się ze wszystkimi spotkać. PZHK czy Jockey Club jest dla mnie naturalnym partnerem. Dalej, udało się moim poprzednikom zwabić w orbitę jeździectwa Totalizatora Sportowego. To wielki sukces. Dzięki tegorocznemu, historycznemu dla polskiego jeździectwa CSIO5* w Sopocie wiele zupełnie unikatowych dróg zostało przetartych, wiec to może rodzić dla PZJ szanse na nowe alianse strategiczne. Na tym etapie nie chcę generalnie rozmawiać o trendach, bowiem żeby o tym mówić poważnie, muszę „pochodzić” po ludziach, zaliczyć kilkadziesiąt spotkań, porozmawiać i ocenić realistycznie naszą sytuację. Na dzisiaj bardzo doceniam Totalizatora Sportowego, jest to dla związku wartościowy partner, ale doceniam też wkład wszystkich pozostałych sponsorów, większych czy mniejszych. To co robią np. Międzynarodowe Targi Poznańskie, organizując Cavaliadę, jest wspaniałe, ale nie mogą w zamian oczekiwać monopolu w sporcie jeździeckim. Liczę zatem na zrozumienie i daleko idącą wolę współpracy.
Moim zdaniem mamy czasami do czynienia z chorą sytuacją, kiedy do jednego sponsora przychodzi pięciu różnych, niezależnych od siebie organizatorów, aby wyprosić pieniądze na swoją imprezę. Każdy tłumaczy, dlaczego jemu dać, i czyni to niestety nie przez pochwalenie się, jak dobrze to robi (żonglując zaletami), tylko przez krytykę i deprecjację innych. Efekt jest taki, że sponsor nie daje żadnemu. Musimy skończyć z tak egoistycznym patrzeniem na otaczającą nas i kreowaną przez nas samych rzeczywistość, oczywiście jeśli chcemy na zdrowych zasadach pracować ze sponsorami. To powiedziałem zresztą na zjeździe, że oferta środowiska jeździeckiego dla sponsorów jest żadna. Przepraszam za stwierdzenie, iż umiejętność pracy ze sponsorem i kreowania jego satysfakcji jest beznadziejna, a chodzenie od drzwi do drzwi przez różnego typu kontakty towarzyskie i wyrywanie sobie przysłowiowych 5 złotych nie ma sensu. I to jest patologia, z którą trzeba walczyć. Przez takie działanie zbieramy z rynku sponsorskiego 25% tego, co moglibyśmy osiągnąć w sposób racjonalny, metodyczny i spójny. Nie może być oczywiście centralizacji. Żyjemy w wolnym kraju i nie możemy nikomu nic narzucić, możemy tylko proponować, przekonywać do wspólnej wizji. Strategia wobec sponsorów wypracowana z organizatorami winna być naszą wspólną troską.
Rynek jeździecki w Polsce nie jest na tyle zamożny, abyśmy mogli realizować wszystkie nasze fantazje. Niektórzy jednak próbują zaklinać rzeczywistość i mówią o przemyśle konnym. Lecz to na razie raczej pierwsze wzrastające pędy, a nie silna gałąź gospodarki.

archiwum Michała Szubskiego

zdjęcie z archiwum Michała Szubskiego

Ma Pan własną stajnię, ale hoduje Pan też konie, zarówno polskie jak i zagraniczne. Ostatnio jednak mniej się u Pana rodzi źrebiąt. Dlaczego – kryzys czy zmiana koncepcji?
– Moim zdaniem – płytkość polskiego rynku. Końskiego rynku, rzecz jasna. Hoduję dość nietypową rasę, bo tinkery. Jest to pochodzący z Irlandii ogólnoużytkowy koń rekreacyjny. To, czego nigdy nie mogłem zrozumieć, to to, że w mentalności wielu polskich klientów funkcjonuje błędny stereotyp konia sportowego. Więc jak chcą kupić dziecku pierwszego wierzchowca, to z marszu szukają czempiona, tak jakby za rok miało na nim wystartować na igrzyskach olimpijskich. Moim zdaniem nieporozumienie tkwi u podstaw takiego myślenia. Podaję zazwyczaj taką analogię, że jak idę sobie wiosną kupić rower na wakacje, to się zastanawiam, co z nim będę robił. Czy pojadę na wyścigi szosowe na MŚ, czy będę jeździł turystyczne crossy po lesie? Ostatecznie kupuję rower, który będzie najwygodniejszy na urlopowe wyprawy. Czemu zatem kiedy idziemy kupować konia, to robimy to przez pryzmat nieuzasadnionych aspiracji i ambicji rodzicielskich? W efekcie najczęściej dostajemy wierzchowca, który jest przez to bardzo biedny, bo ani nie dostaje jeźdźca na swoim poziomie, ani perspektyw rozwoju, i kończy jako zdegradowane zwierzę, które miało papier, zdrowie i potencjał, tylko szczęścia w życiu mu zabrakło.
Hoduję również konie małopolskie, ale właściwie tylko dla przyjemności. Nie mam zawodników, nie mam klubu sportowego ani nawet tego typu ambicji, a żeby handlować końmi sportowymi, trzeba je w sporcie pokazywać. Tinkery zaś bez wspomnianych kosztów promocji raczej dość dobrze się sprzedają. Jest to bowiem idealny koń dla jeźdźców amatorów. A małopolaki to moje hobby, bo po prostu lubię na takich koniach jeździć. Piękna użytkowa rasa z tradycjami. Z temperamentem i dobrymi cechami. Kończąc, rynek się zmniejszył, jest mało kupujących, więc mniej kryję.

Czy jako właściciel i hodowca chciałby Pan, żeby Pana konie były na zawodach anonimowe? Nawiązuję do współpracy PZJ – PZHK i tematu wspólnej bazy (rodowodowo-personalnej), który od lat nie może się spiąć… PZHK ma tę bazę w 80 procentach sfinalizowaną, ale PZJ ciągle jest w tyle. Zderzamy się z jakimś absurdalnym niezrozumieniem. Na zachodnich zawodach regionalnych, ogólnokrajowych czy światowych to już standard. Za koniem kryje się hodowca, właściciel, który w danym momencie dysponuje tym koniem, potem jeździec, który potrafi tego konia pokazać itd. U nas to ciągle kuleje. Z punktu widzenia PZJ koń to sprzęt, ale wspólna inwentaryzacja tegoż prezentowana kompleksowo za pomocą bazy (wspólnej wymiany i prezentacji danych), mogłaby stanowić element promocji branży. Była już taka próba, ale się nie powiodła. Może chciałby Pan, żeby źrebaki z Pańskiej stadniny były jednak oznaczone i prezentowane jako produkt Pana myśli hodowlanej?
– Pytanie retoryczne. Choć tych baz jest już w Polsce stosunkowo dużo. Tak to u nas jest, że wystarczy postawić serwer i ogłosić, że się prowadzi bazę danych, a i tak następnego dnia powstaną kolejne „unikatowe” bazy. Myślę, że powinien powstać wspólny zbiór, do którego można dołączyć pochodzenie do kilku pokoleń wstecz. Wspólny standard informatyczny wymiany informacji, żeby można było sobie wzajemnie uzupełniać te zasoby. Niejednokrotnie słyszałem o wymianie obopólnych życzliwych deklaracji, ale z konkretami gorzej. Ja bym zatem na tym etapie zadał pytanie, czy PZHK jest gotów przedstawić ofertę koni dla polskiego jeździectwa zarówno zawodowego, jak i amatorskiego. Naturalnie moglibyśmy przy okazji robić razem tę bazę, i to jest wyjście, ale są rzeczy zdecydowanie ważniejsze. Najwyższy czas zadać sobie pytanie – co moglibyśmy razem robić, dwa siostrzane związki.

A co ze współpracą przy MPMK? Czy PZJ nie zależy na młodych koniach? Można odnieść wrażenie, że PZJ przez ostatnie lata jest mało zainteresowany tą imprezą. Wprawdzie zaangażowani odpłatnie są weń sędziowie, stewardzi czy gospodarze toru PZJ, ale czym innym jest działanie zarobkowe, a czym innym partnerstwo instytucjonalne i działanie na rzecz rozwoju jakiegoś projektu. Ciągle jakoś się to chybocze – to jest trochę bliżej, następnie znowu się rozjeżdża. Czy MPMK nie mogłoby być nareszcie wspólnym świętem wszystkich hodowców, jeźdźców i właścicieli koni realizowanym siłami obu związków?
– Chciałbym, żeby to była nasza wspólna impreza.

Jeśli się patrzy, jaką PZJ przyjął postawę, czy raczej brak postawy, to nasuwa się pytanie, czy nie zależy mu na młodych koniach?
– Myślę, że PZJ powinno zależeć na wszystkich koniach, które nadają się do sportu czy rekreacji. Jesteśmy jako PZJ zdecydowanie za działaniami, które podejmuje PZHK, szczególnie za tymi komplementarnymi. Osobiście kibicuję wszelkim formom promowania polskich koni. Wszystkie imprezy PZHK ułatwiają kojarzenie jeźdźców z środowiskiem hodowców, ergo pomagają zawodników ubierać w konie, a hodowcom przedstawiać jeźdźców zdolnych zaprezentować ich towar. Chciałbym tutaj sformułować pytanie pod adresem PZHK – czy włączy się w prace nad strategią, w której powinny znaleźć się punkty dotyczące kierunku działania i rozwoju pt. Polska hodowla koni a jeździectwo czy Ośrodki jeździeckie a hodowla koni. Bowiem pamiętajmy – konie są zarówno potrzebne PZJ do sportu wyczynowego, ale i rekreacyjnego tramwaju.

Waga promocji rekreacji konnej i zawodów amatorskich a szczyt piramidy sportu wyczynowego. Może Pan wskazać wspólny mianownik?
– Jeżeli chcemy mówić o sporcie, to wszystko sprowadza się do brutalnej statystyki. Jest uzależnione od ilości osób uprawiających daną dyscyplinę. Możemy uprawiać sport na dwa sposoby. Pierwszy to, że urodzi nam się fantastyczny talent ludzki i ma konia, a następnie te dwa talenty na zasadzie cudu sięgną wyżyn. Takiego szczęścia w postaci efemerydy wybitnego jeźdźca na wybitnym koniu nie mieliśmy przez ostatnie 35 lat, od czasów Jana Kowalczyka. A i w tym wypadku złośliwi powiedzą, że był to zawodnik, który mógł sobie wybierać spośród wszystkich dostępnych wówczas koni z niczym nieograniczonych zasobów państwowych.
Natomiast drugi sposób to zbudowanie profesjonalnego modelu jeździectwa sfokusowanego na wynik sportowy, który jest elementem powtarzalnym, przewidywalnym i przez nas oczekiwanym. Ale to tylko wtedy, kiedy możemy dokonywać statystycznej selekcji jeźdźców i koni. To znaczy im więcej osób zajmuje się jeździectwem, tym więcej selekcjonerzy mają do wyboru zawodników i możliwości promowania najzdolniejszych. Dzisiaj najgorsze jest to, że jeździectwem rządzi cenzus majątkowy. Nieważne, czy jest się zdolnym, tylko czy ma się na to pieniądze. Zachodzi zatem następujące pytanie – czy jesteśmy w stanie to zmienić? Wiem, że ta część środowiska, która jest związana ze sportem wyczynowym, stawia mi zarzut, że się na tym nie znam i że nie mam do tego serca, ale to nie jest prawda. Ja mam pragnienie sukcesów sportowych i chcę być dumny z wyników Polaków, tylko nie wierzę w cuda. Długoterminowy sukces może być tylko pochodną ilości jeżdżących ludzi i dokonywania selekcji spośród nich. Od rekreacji przez sport amatorski do wielkiego wyczynu. Im bardziej spopularyzujemy ten sport, tym większą będziemy mieli szansę na sukcesy. Jak popatrzymy na naszych sąsiadów, to wszystkie kraje, nawet w Europie, gdzie jeździectwo odnosi sukcesy, to są kraje, gdzie jazda konna jest chlebem powszechnym, czytaj – sportem narodowym.

Kiedy dzwoniłem, żeby się z Panem umówić na wywiad, powiedział Pan, żartując, że nie wie, czy powinienem Mu gratulować czy współczuć. Wszak spotyka Pan zarówno gesty przyjaznej radości, jak słowa ubolewania, co Pan sobie najlepszego „zafundował”. Pan jednak na to pogodnie odpowiada – challenge is challenge. Odnajduje Pan w sobie dostateczną determinację, ponad infantylną wiarę, aby wyzwaniu, jakim jest PZJ, podołać?
– W swoim dotychczasowym życiu zawodowym wszystko już sobie udowodniłem, a nawet więcej niż planowałem, więc ambicjonalnie jestem człowiekiem usatysfakcjonowanym. Mnie pełnienie tej funkcji interesuje tylko o tyle, o ile mogę spróbować coś zmienić w jeździectwie na lepsze bądź coś nowego wykreować. Jestem osobą dość zajętą i absolutnie spełnioną, więc dotąd będę wypełniał moje zobowiązania wobec środowiska jeździeckiego, dokąd to środowisko naprawdę będzie chciało, abym coś dla niego sensownego robił. Jeżeli jest w środowisku chęć konsolidacji i pozytywnego działania – służę całym sobą.
Gratuluję i trzymam kciuki za pomyślne sprawowanie władzy… Uprzejmie dziękuję Panu za rozmowę.



Partner przy wydawaniu pisma
Prenumerata "Hodowcy i Jeźdźca" w wyjątkowej cenie! Teraz tylko 44 zł rocznie zamiast 75,96 zł.
Prenumerata "HiJ" się opłaca!

Reklama:

Ubezpieczenia
Ubezpieczenia
Monitoring Stajni
Stajnia Wygoda
LEX HIPPICA
SO Sieraków
Jagodne
Cichondressage