Connect with us

Bez pre­ce­den­su… pod każ­dym wzglę­dem

Historia i sztuka

Bez pre­ce­den­su… pod każ­dym wzglę­dem

Jerzy Milczarek

Był począ­tek grud­nia 1971 roku. Statek m/s „Sandomierz” odcu­mo­wy­wał od kei por­tu towa­ro­we­go w Gdańsku. Po dłu­gim zała­dun­ku sta­ło na pokła­dzie jed­na przy dru­giej 25 bok­sów-kla­tek zada­szo­nych przez gdań­skich doke­rów. Odetchnąłem z ulgą, choć w gło­wie kłę­bi­ły mi się jesz­cze wspo­mnie­nia ostat­nich tygo­dni…

Iracki punkt kontroli weterynaryjnej – po przekroczeniu granicy syryjsko-irackiej tam miała się odbyć dwutygodniowa kwarantanna fot. Adam Wąsowski

Iracki punkt kon­tro­li wete­ry­na­ryj­nej – po prze­kro­cze­niu gra­ni­cy syryj­sko-irac­kiej tam mia­ła się odbyć dwu­ty­go­dnio­wa kwa­ran­tan­na
fot. Adam Wąsowski

Zakup przez dele­ga­cję rzą­du i poli­cji Kuwejtu kil­ku­dzie­się­ciu pol­skich koni pół­krwi do celów hodow­la­nych po zna­ko­mi­tych, jak na tam­te cza­sy, cenach był wyda­rze­niem bez pre­ce­den­su w histo­rii pol­skie­go eks­por­tu i nie miał miej­sca już nigdy potem. Dla nowe­go, mło­de­go i peł­ne­go ener­gii sze­fa sek­cji eks­por­tu koni spor­to­wych i hodow­la­nych w nie­ist­nie­ją­cej już cen­tra­li han­dlu zagra­nicz­ne­go Animex, jakim byłem, trans­ak­cja ta wyda­wa­ła się życio­wym osią­gnię­ciem.
Do sprze­da­ży wyse­lek­cjo­no­wa­no 25 wyso­kich koni rasy wiel­ko­pol­skiej: 24 kla­cze, w tym kil­ka źreb­nych, i jed­ne­go ogie­ra. Wysocy poli­cjan­ci kuwejc­cy na rodzi­mych ara­bach wyglą­da­li nie­po­waż­nie, żeby nie powie­dzieć – śmiesz­nie. Zwiększając wyso­kość koni, poli­cja Kuwejtu chcia­ła pod­nieść swój pre­stiż i zwięk­szyć respekt spo­łe­czeń­stwa dla tam­tej­szych stró­żów pra­wa.
Kontrakt sta­no­wił, że stro­na pol­ska była zobo­wią­za­na dostar­czyć „towar” dro­gą mor­ską na nabrze­że w por­cie Bejrut w Libanie. Po naszej stro­nie leża­ły też wszyst­kie zwią­za­ne z tym kosz­ty i całe ryzy­ko. Warunki kon­trak­tu, nie­stan­dar­do­wy cha­rak­ter prze­sył­ki i jej war­tość nie pozo­sta­wia­ły wąt­pli­wo­ści, że w podroż musia­łem udać się oso­bi­ście. W skład nie­wiel­kiej eki­py wcho­dzi­li tak­że masz­ta­lerz i dr Adam Wąsowski, któ­re­go zada­niem było zabez­pie­cze­nie zdro­wia i kon­dy­cji trans­por­to­wa­nych koni.
Właśnie roz­po­czy­na­ła się podróż, któ­ra mia­ła wyryć trwa­ły ślad w naszej pamię­ci…

Tony spie­nio­nej wody

Pan Kazio w trakcie codziennego czyszczenia boksów na m/s „Sandomierz” fot. Adam Wąsowski

Pan Kazio w trak­cie codzien­ne­go czysz­cze­nia bok­sów na m/s „Sandomierz”
fot. Adam Wąsowski

Bałtyk tam­te­go roku oka­zał się dla nas łaska­wy. Wiał umiar­ko­wa­ny jak na tę porę roku wiatr, a pro­wi­zo­rycz­na drew­nia­na staj­nia spra­wo­wa­ła się bez zarzu­tu. Po dwóch dobach, doświad­cza­jąc przy­jem­no­ści kapi­tań­skiej kuch­ni i dobrze zaopa­trzo­ne­go bar­ku, dotar­li­śmy do Kanału Kilońskiego. Tam pod­czas krót­kie­go posto­ju i ruty­no­wej odpra­wy sta­li­śmy się obiek­tem zain­te­re­so­wa­nia grup­ki foto­re­por­te­rów. Myśleliśmy naiw­nie, że to nie­zwy­kła staj­nia na wyso­kim pokła­dzie budzi taką cie­ka­wość, jed­nak dopie­ro czas miał ujaw­nić praw­dzi­wy powód tego zain­te­re­so­wa­nia.
Po kolej­nych kil­ku dobach żeglu­gi minę­li­śmy kanał La Manche, a następ­nie wpły­nę­li­śmy na Zatokę Biskajską, gdzie wiatr się wzmógł. W peł­ni zała­do­wa­ny i głę­bo­ko zanu­rzo­ny sta­tek, z dodat­ko­wo wyso­ko zabu­do­wa­nym pokła­dem, cięż­ko wal­czył z napo­rem wia­tru i wyso­ką falą. Dowodzący stat­kiem kapi­tan pod­jął decy­zję, żeby pły­nąć jak naj­bli­żej linii brze­go­wej. Statkiem rzu­ca­ło we wszyst­kie stro­ny. Tony spie­nio­nej wody na zmia­nę obni­ża­ły się i pod­no­si­ły, gro­żąc zala­niem. Choroba mor­ska nie dawa­ła spo­ko­ju zarów­no zało­dze, jak i pasa­że­rom. Obsługa i dozór powie­rzo­nych nam koni w tych warun­kach były bar­dzo trud­ne. Z prze­ra­że­niem patrzy­li­śmy na ich zmę­cze­nie, a kur­czą­ce się przy każ­dym prze­chy­le mię­śnie kla­tek pier­sio­wych pro­wo­ko­wa­ły do dodat­ko­wych, pil­nych wizyt na rufie. Czas w sztor­mie zda­wał się cią­gnąć bez koń­ca. Mijane nocą wybrze­że Portugalii, a zwłasz­cza roz­świe­tlo­na nocą Lizbona dostrze­gal­na gołym okiem, to rzad­kie i nie­za­po­mnia­ne rado­sne chwi­le. W jakiś czas póź­niej ska­ły u wej­ścia do Cieśniny Gibraltarskiej, groź­nie ster­czą­ce w mrocz­nej bli­sko­ści prze­pły­wa­ją­ce­go w sztor­mie stat­ku, budzi­ły nie­od­par­te sko­ja­rze­nia z histo­rią 1943 roku. Po chwi­li byli­śmy już na Morzu Śródziemnym.

Kadłubem o ska­łę

Krótka przerwa na papierosa arabskich kierowców i pana Kazia fot. Adam Wąsowski

Krótka prze­rwa na papie­ro­sa arab­skich kie­row­ców i pana Kazia
fot. Adam Wąsowski

Było cięż­ko, ale zaczy­na­ło się robić jesz­cze gorzej… Jedna ze źreb­nych kla­czy ze Stadniny Koni Rzeczna zacho­ro­wa­ła. Na domiar złe­go wiatr cią­gle tężał, by na wyso­ko­ści Sycylii prze­ro­dzić się już w potęż­ny sztorm. Chora klacz sła­bła. Stajnia była coraz bar­dziej zagro­żo­na zmy­ciem z pokła­du. Ludzie led­wo żyli. Gdy wresz­cie zbli­ży­li­śmy się do upra­gnio­ne­go Bejrutu, w odle­gło­ści kil­ku mil mor­skich od brze­gu oka­za­ło się, że w por­cie nie ma miej­sca. Byliśmy 21. stat­kiem ocze­ku­ją­cym na wej­ście. Nie pozo­sta­wa­ło nic inne­go jak prze­cze­kać noc, w warun­kach sztor­mo­wych, na redzie, któ­ra w Bejrucie jest zwy­kłym kotwi­co­wi­skiem na otwar­tym morzu.
Pamiętam to jak dziś. Była to noc z 20 na 21 grud­nia. Spychająca na brzeg sztor­mo­wa wichu­ra nie pozwa­la­ła utrzy­mać się w dosta­tecz­nie bez­piecz­nej odle­gło­ści od brze­gu. Każdy z 20 ocze­ku­ją­cych stat­ków co jakiś czas uru­cha­miał maszy­ny, wyry­wał kotwi­ce i odpły­wał w morze, by ponow­nie rzu­cić je dalej od lądu. I tak godzi­na­mi. Około 23 kapi­tan roz­po­czął manewr po raz kolej­ny. Tym razem decy­zja pod­ję­ta zosta­ła zbyt póź­no…
Siedzieliśmy w mesie. Oprócz mnie, dr. Adama, masz­ta­le­rza pana Kazia prze­by­wa­ło tam jesz­cze kil­ku mary­na­rzy. Dał się usły­szeć potęż­ny huk, za sekun­dę dru­gi. Uderzenie takie, że wysko­czy­li­śmy w górę. W kil­ka sekund potem wpadł do nas czar­ny jak upiór, zala­ny mazu­tem mary­narz z maszy­now­ni, wrzesz­cząc: – K…a, rozpier…ło całą maszy­nę, idzie­my na dno! Ogarnęła nas kom­plet­na cisza i ciem­ność. Słychać było tyl­ko świst wichu­ry. Gdy wybie­gli­śmy na pokład w oba­wie przed naj­gor­szym, wokół stat­ku widać już było pły­wa­ją­cą ciem­ną maź. To mazut, pali­wo stat­ku. Zrobiło się jakoś spo­koj­niej. Mniej kiwa­ło.
Statek ude­rzył dol­ną czę­ścią żela­zne­go kadłu­ba o pod­wod­ną ska­łę. Na nasze szczę­ście znisz­cze­niu ule­gło tyl­ko pierw­sze, zewnętrz­ne poszy­cie. Statek utrzy­my­wał się na wodzie, ale był nie­ste­row­ny. W sytu­acji zagro­że­nia życia wła­dze por­to­we wyda­ły decy­zję wpro­wa­dze­nia nas jako pierw­szych… jeśli uda­ło­by się nam prze­trwać do rana. W nocy, w warun­kach sztor­mo­wych, manewr wpro­wa­dze­nia nie­ste­row­ne­go i tak duże­go stat­ku jak nasz był nie­moż­li­wy.
Kompletnie zde­wa­sto­wa­na maszy­now­nia, nie­czyn­ne wszyst­kie urzą­dze­nia, świa­tło, ogra­ni­czo­ne do mini­mum, pozy­ski­wa­ne z agre­ga­tu… Wobec tych znisz­czeń i groź­by zato­nię­cia zgro­ma­dzo­nych na stat­ku ogar­nę­ło prze­ra­że­nie i roz­pacz. Wiara, że może uda się docze­kać świ­tu, powró­ci­ła dopie­ro po godzi­nie, gdy wiatr zaczął wiać z mniej­szym natę­że­niem. Wczesnym ran­kiem przy­by­ła pomoc. Z nie­do­wie­rza­niem patrzy­li­śmy na pod­pły­wa­ją­cy holow­nik, któ­ry za pomo­cą jed­nej liny, w sil­nym cią­gle jesz­cze wie­trze, miał wpro­wa­dzić uszko­dzo­ny M/S „Sandomierz” do por­tu. Miejscowy ski­per z nie­by­wa­łą wpra­wą na prze­mian to popy­chał, to pocią­gał sta­tek, by osta­tecz­nie dopiąć swe­go. Stanęliśmy w koń­cu bez­piecz­ni w bej­ruc­kim por­cie. Nie był to jed­nak koniec naszych przy­gód…

Bez pie­nię­dzy, wiz i sił

widok z jednej z ciężarówek – gdzieś między Bagdadem a Basrą fot. Adam Wąsowski

widok z jed­nej z cię­ża­ró­wek – gdzieś mię­dzy Bagdadem a Basrą
fot. Adam Wąsowski

Tuż po zacu­mo­wa­niu roz­po­czął się roz­ła­du­nek wymę­czo­nych podró­żą koni. Boksy prze­no­szo­ne były na ląd przez dźwig por­to­wy. Wszystko szło dobrze dopó­ty, dopó­ki dźwi­go­wy nie ruszył z pokła­du klat­ki z cho­rą kla­czą z Rzecznej. Będąc jesz­cze wyso­ko w powie­trzu, osła­bio­ny koń stra­cił rów­no­wa­gę i prze­chy­lił się, wypy­cha­jąc zadem część tyl­ne­go zamknię­cia klat­ki. Niedoświadczony i naj­praw­do­po­dob­niej tak samo jak my prze­ra­żo­ny dźwi­go­wy stra­cił gło­wę i szyb­ko, zbyt szyb­ko, zwol­nił linę. Klatka pole­cia­ła w dół, ude­rza­jąc z dużą siłą o nabrze­że. Klacz zgi­nę­ła na miej­scu.
Obecny na nabrze­żu kon­sul Kuwejtu potwier­dził, że wina za ten wypa­dek leża­ła po stro­nie odbior­cy, ale rów­no­cze­śnie oświad­czył, że dostał od swo­je­go rzą­du pole­ce­nie, aby­śmy nad­zo­ro­wa­li dosta­wę do koń­ca – to zna­czy do mia­sta Kuwejt. Na nic zda­ły się nasze argu­men­ty: że kon­trakt sta­no­wił ina­czej, że nie mamy ani dosta­tecz­nej ilo­ści pie­nię­dzy i wiz, ani sił, aby pod­jąć się dal­szej podró­ży. W koń­cu, po otrzy­ma­niu zapew­nie­nia, że amba­sa­da Kuwejtu wszyst­ko zała­twi, i po uzy­ska­niu zgo­dy Warszawy zde­cy­do­wa­li­śmy się dowieźć konie do celu…
Do dys­po­zy­cji dosta­li­śmy tak­sów­kę, tak­sów­ka­rza mówią­ce­go po angiel­sku i kil­ku Arabów do pomo­cy. Zapewniono nas też, że tak­sów­karz będzie miał pie­nią­dze umoż­li­wia­ją­ce nam uisz­cze­nie opłat tran­zy­to­wych, kup­no wyży­wie­nia czy wyna­jem hote­lu.
Na pięć odkry­tych cię­ża­ró­wek typu long vehic­le zała­do­wa­no pozo­sta­łe 24 konie w tych samych klat­kach, w któ­rych przy­pły­nę­ły z Polski. Wczesnym popo­łu­dniem ruszy­li­śmy w kie­run­ku Damaszku. Przejście gra­nicz­ne mię­dzy Libanem a Syrią poko­na­li­śmy bez prze­szkód. Gdy kon­wój osią­gnął Damaszek, nastą­pi­ła wymia­na tak­sów­ka­rzy. Odtąd byli­śmy wie­zie­ni przez syryj­skie­go kie­row­cę.

Bakszysz nie dzia­ła

Dr Adam Wąsowski i autor przed hotelem w przeddzień wylotu do Polski fot. Adam Wąsowski

Dr Adam Wąsowski i autor przed hote­lem w przed­dzień wylo­tu do Polski
fot. Adam Wąsowski

Po nie­dłu­giej prze­rwie na napo­je­nie koni ruszy­li­śmy w kie­run­ku Iraku. Po kil­ku godzi­nach, jesz­cze na tery­to­rium Syrii, dro­ga asfal­to­wa się skoń­czy­ła i dalej jecha­li­śmy już piasz­czy­stym szla­kiem wyzna­czo­nym sta­ry­mi kole­ina­mi. Trwało to kil­ka godzin. Zachodziłem w gło­wę, jak w dobie bra­ku GPS-u i bez kom­pa­su kie­row­cy orien­to­wa­li się w kie­run­ku jaz­dy. A orien­to­wa­li się zna­ko­mi­cie. Z godzin­nym wyprze­dze­niem poin­for­mo­wa­no nas, że zbli­ża­my się do gra­ni­cy syryj­sko-irac­kiej i po kolej­nej godzi­nie osią­gnie­my punkt kon­tro­li pasz­por­to­wo-wete­ry­na­ryj­nej. W Syrii odpra­wa prze­bie­gła bez­pro­ble­mo­wo. Mieliśmy nadzie­ję, że tak­że w Iraku będzie podob­nie. Zaczął nas odpra­wiać mło­dziut­ki, nie­zna­ją­cy języ­ka angiel­skie­go lekarz wete­ry­na­rii. W poro­zu­mie­niu poma­gał tak­sów­karz. Dowiedzieliśmy się, że nasz trans­port musi zostać zatrzy­ma­ny na dwu­ty­go­dnio­wą kwa­ran­tan­nę. Do tego pole­co­no, aby konie pozo­sta­ły cały czas na cię­ża­rów­kach, bo w oko­li­cy nie było ani staj­ni, ani pado­ku. Nie było tak­że wody, sia­na ani sło­my… Niczego… Otaczała nas tyl­ko pusty­nia, a stan­dard punk­tu gra­nicz­ne­go przy­po­mi­nał wie­rzę kon­tro­l­ną na smo­leń­skim lot­ni­sku w 2010 roku.
Wymęczone dotych­cza­so­wą podró­żą konie już i tak były w opła­ka­nym sta­nie. Perspektywa kolej­nych dwóch tygo­dni w takich warun­kach gro­zi­ła uni­ce­stwie­niem zwie­rząt. Podjąłem roz­pacz­li­we pró­by poro­zu­mie­nia się z amba­sa­dą Kuwejtu w Bagdadzie, ale na tym odlu­dziu nie było prze­cież w tam­tym cza­sie żad­nych tele­fo­nów. Kilka prób zała­twie­nia spra­wy bak­szy­szem tak­że speł­zły na niczym. Weterynarz był nie­ugię­ty. Mijały godzi­ny, a ja tra­ci­łem nadzie­ję. Nagle i nie­spo­dzie­wa­nie spo­koj­ny i zwy­kle bar­dzo opa­no­wa­ny dr Adam wycią­gnął z tak­sów­ki jed­ną z dwóch wali­zek, któ­re zabrał ze sobą z Warszawy, i udał się do pomiesz­cze­nia leka­rza. Mijały minu­ty, godzi­na, a może wię­cej, wresz­cie wyszedł jakiś uśmiech­nię­ty, ale bez wali­zy. Podbiegliśmy do nie­go z panem Kaziem, pyta­jąc: – No i co? Co? – na co dok­tor odpo­wie­dział try­um­fal­nie: – Zbieramy się. Za aptecz­kę, któ­rą mia­łem na potrze­by tej dele­ga­cji, puści­li nas dalej. Ale teraz nie mam już żad­nych leków…
Do dzi­siaj zacho­dzę w gło­wę, dla­cze­go na irac­kim wete­ry­na­rzu, któ­ry wcze­śniej wie­lo­krot­nie odmó­wił przy­ję­cia pie­nię­dzy, ta aptecz­ka zro­bi­ła aż takie wra­że­nie. W tam­tym cza­sie pra­wie wszyst­kie leki wete­ry­na­ryj­ne były pol­skiej pro­duk­cji, a jeśli nie, to ety­kie­ty i opa­ko­wa­nia prze­wo­żo­nych przez nas medy­ka­men­tów były w języ­ku pol­skim. Wydawało się, że moż­li­wo­ści wyko­rzy­sta­nia tego skar­bu były nie­mal żad­ne.
Po wie­lu stra­co­nych godzi­nach dotar­li­śmy w koń­cu do Bagdadu. Tam ponow­nie nastą­pi­ła zmia­na tak­sów­ki i tak­sów­ka­rza, któ­ry tym razem miał nas już dowieźć do same­go Kuwejtu.

Jeszcze burza pia­sko­wa

Konie nie piły prze­szło dwie doby, więc usta­li­li­śmy, że kie­row­cy cię­ża­ró­wek poja­dą pierw­si i zatrzy­ma­ją się na poje­nie w zna­nej im oazie na tra­sie Bagdad – Basra. Nasza tak­sów­ka podą­ża­ła w pew­nej odle­gło­ści za nimi. Po pew­nym cza­sie na hory­zon­cie zauwa­ży­li­śmy kępę soczy­stej zie­le­ni i góru­ją­cych nad nią palm, co szcze­gól­nie ostro kon­tra­sto­wa­ło z pia­skiem dooko­ła. Podjechaliśmy i zoba­czy­li­śmy, jak nasi kie­row­cy pro­wa­dzą burz­li­wą dys­ku­sję z wła­ści­cie­lem oazy. W pew­nym momen­cie gospo­darz znik­nął za drzwia­mi domu. Po chwi­li wysko­czył znów, tym razem z kara­bi­nem skie­ro­wa­nym w naszym kie­run­ku. Ruszyliśmy natych­miast. Jak się potem dowie­dzie­li­śmy, cho­dzi­ło o to, że według wła­ści­cie­la stud­ni wybra­nie wody w ilo­ści potrzeb­nej dla 24 koni zała­twi­ło­by stud­nię na amen. Jechaliśmy więc dalej, bez poje­nia. Po pustej asfal­to­wej szo­sie w samym środ­ku pia­sków pusty­ni samo­cho­dy poru­sza­ły się z łatwo­ścią. Zatrzymaliśmy się jed­nak bez waha­nia, gdy na pobo­czu poja­wił się zajazd – nie­wiel­ka buda z bla­chy fali­stej. Po 24 godzi­nach nie­je­dze­nia pod­pło­myk przy­po­mi­na­ją­cy w sma­ku dobrze wyżu­tą gumę i czar­na zupa ze spo­rym, podob­nym do bura­ka, a sma­ku­ją­cym jak bru­kiew warzy­wem w środ­ku sma­ko­wa­ły cał­kiem nie­źle.
Gdy po skoń­czo­nym posił­ku ruszy­li­śmy w dal­szą dro­gę, nie­spo­dzie­wa­nie ład­na sło­necz­na pogo­da w cią­gu zale­d­wie paru minut zmie­ni­ła się w kosz­mar. Znaleźliśmy się w środ­ku burzy pia­sko­wej. Zaczął wiać dość sil­ny wiatr, wokół zro­bi­ło się czer­wo­no od pyłu. Piasek uno­sił się nie­mal wszę­dzie. Maść koni po paru chwi­lach zmie­ni­ła się w brud­ny kasz­tan. A ich oczy, wiel­ko­ści oczu nie­wy­spa­ne­go chiń­czy­ka, sta­ły się prze­krwio­ne i spuch­nię­te. Po godzi­nie, może dwóch takiej jaz­dy wszyst­ko skoń­czy­ło się tak samo nagle, jak się zaczę­ło.
Niedługo potem osią­gnę­li­śmy gra­ni­cę irac­ko-kuwejc­ką. Czekała tam na nas już dele­ga­cja miej­sco­wej poli­cji i straż gra­nicz­na. Sami męż­czyź­ni, ele­ganc­cy, wyso­cy, w pięk­nych śnież­no­bia­łych gala­bi­jach. Po przy­jeź­dzie z sier­mięż­ne­go już wów­czas Iraku Saddama Husajna naszym oczom uka­zał się cał­kiem inny świat. Bogaty Kuwejt z luk­su­so­wy­mi samo­cho­da­mi zro­bił na nas ogrom­ne wra­że­nie. Na zapro­sze­nie wice­sze­fa tam­tej­szej poli­cji prze­sie­dli­śmy się do ele­ganc­kie­go ben­tleya i doje­cha­li­śmy już bez koni do sto­li­cy kra­ju.
Następnego dnia poka­za­no nam staj­nie, w któ­rych umiesz­czo­no konie z Polski. Były to bok­sy z otwar­ty­mi górą boka­mi, zada­szo­ne. Całe w pięk­nej gla­zu­rze i tera­ko­cie. Śmialiśmy się, że jej trze­ci gatu­nek mogli­by­śmy mieć w naszych domo­wych łazien­kach w Warszawie. Następnie wzię­li­śmy udział w orga­ni­zo­wa­nej przez poli­cję para­dzie. Część z poli­cyj­nych koni sta­no­wi­ły nasze, przy­wie­zio­ne z Polski. Prezentowały się napraw­dę dobrze. Aż dziw, że po tych wszyst­kich prze­ży­ciach tak szyb­ko uda­ło im się zre­ge­ne­ro­wać. Tylko oczy pozo­sta­ły czer­wo­ne i wąskie jak szpar­ki…

Zielony gro­szek”

Tego same­go dnia, po połu­dniu, poka­za­no nam jesz­cze zapi­sy, a następ­nie prze­bieg kil­ku gonitw miej­sco­wych koni arab­skich. Rozgrywane były w bez­po­śred­niej bli­sko­ści mia­sta, w szcze­rym polu, to zna­czy na otwar­tej pusty­ni. Wokół wyty­czo­nych na pia­sku linii star­tu i mety sta­ło spo­ro ludzi robią­cych zakła­dy. Wszystko pod gołym nie­bem i na sto­ją­co.
Następnym dniem była Wigilia Bożego Narodzenia. Czuliśmy się jakoś nie­swo­jo, smut­ni i wyob­co­wa­ni. Wciąż nie pozwa­la­no nam wró­cić do Polski. Codziennie musie­li­śmy odpo­wia­dać na wie­le pytań z zakre­su żywie­nia, sta­nów­ki itp. Ze swo­jej stro­ny zacie­ka­wie­ni tym, skąd w tej czę­ści świa­ta tak świet­ne sia­no dla koni, dowie­dzie­li­śmy się, że Kuwejt impor­tu­je je samo­lo­ta­mi m.in. z Europy. Wreszcie poin­for­mo­wa­no nas, że mamy zare­zer­wo­wa­ne bile­ty na samo­lot wyla­tu­ją­cy 2 stycz­nia.
Zbliżał się rok 1972. W obję­tym peł­ną pro­hi­bi­cją Kuwejcie świę­to­wa­nie syl­we­stra tra­dy­cyj­ną lamp­ką szam­pa­na nie wcho­dzi­ło w grę. Z pomo­cą przy­szedł nam jed­nak pol­ski kon­sul, któ­ry nie kry­jąc sła­bo­ści do Animexu (skąd został wyde­le­go­wa­ny na pla­ców­kę), dał nam w pre­zen­cie butel­kę konia­ku. W tam­tych oko­licz­no­ściach był to pre­zent wyjąt­ko­wy.
Wróciliśmy do kra­ju zgod­nie z pla­nem – 2 stycz­nia. Już w kra­ju, z Radia Wolna Europa, dowie­dzie­li­śmy się o afe­rze, któ­rej byli­śmy nie­świa­do­my­mi uczest­ni­ka­mi. Okazało się, że m/s „Sandomierz”, któ­ry trans­por­to­wał nasze konie, wcze­śniej, jesz­cze przed ich przy­jaz­dem do por­tu, zała­do­wał pod pokład amu­ni­cję i broń prze­zna­czo­ną dla Syrii. Wszystko wyszło na jaw w Bejrucie na sku­tek zde­rze­nia ze ska­łą. Tam bowiem, a nie – jak pla­no­wa­no – w syryj­skim por­cie Latakia, musiał zostać cał­ko­wi­cie roz­ła­do­wa­ny. Ujawniono rów­nież, że wywiad zachod­ni wie­dział, co wie­zie m/s „Sandomierz”, co tłu­ma­czy­ło szcze­gól­ne zain­te­re­so­wa­nie nami w Kanale Kilońskim. To nie staj­nia i nie konie na otwar­tym pokła­dzie, ale „zie­lo­ny gro­szek” – jak nazy­wa­no wte­dy tego rodza­ju pro­dukt eks­por­to­wy – był przy­czy­ną uwa­gi i doku­men­ta­cji, jaką nam zafun­do­wa­no.
Z per­spek­ty­wy cza­su mogę dzię­ko­wać Bogu za to, że co naj­mniej trzy­krot­nie uda­ło nam się wyjść cało z tej eska­pa­dy. Po pierw­sze, że nie wyle­cie­li­śmy w powie­trze po ude­rze­niu stat­ku o ska­łę. Nie trze­ba wiel­kiej wyobraź­ni, aby stwier­dzić, że groź­ba wybu­chu „zie­lo­ne­go grosz­ku” była bar­dzo real­na. Następnie – że nie uto­nę­li­śmy na redzie w Bejrucie. No i osta­tecz­nie, że uda­ło się nam nie dopu­ścić do uni­ce­stwie­nia 24 koni na irac­kim pogra­ni­czu.
Nie wiem jak pan, dr. Adamie, ale ja wybio­rę się chy­ba na nie­co już spóź­nio­ną piel­grzym­kę na Jasną Górę. Jest za co dzię­ko­wać.

Więcej w Historia i sztuka

  • Historia i sztuka

    Tradycyjnie i na ludo­wo

    By

    tekst: Marek Doruch, Tadeusz Kołacz, Krzysztof Szuster zdję­cia: Karol Rzeczycki III Międzynarodowy Konkurs Tradycyjnego Powożenia o Trofeum...

  • Historia i sztuka

    WAHO i wia­dro kawio­ru

    By

    tekst: Jerzy Milczarek Gdy zimo­wa aura sprzy­ja tęsk­no­cie za słoń­cem i cie­płem lata, powra­cam wspo­mnie­nia­mi do gorą­cej...

  • Historia i sztuka

    Ku dosko­na­ło­ści

    By

    Andrzej Novák-Zempliński Czwarta edy­cja Międzynarodowego Konkursu Tradycyjnego Powożenia w Książu odby­ła się w dniach 23 – 24 lip­ca pod hono­ro­wym...

Na górę