Get Adobe Flash player

Aby język giętki…

tekst: Jan Skoczylas

Zapewne spodziewacie się, że rzecz będzie o akceptacji kiełzna, o pomocach jeździeckich. Będzie, ale później. Zacznę od spraw tylko pozornie niejeździeckich.

Cokolwiek, w jakikolwiek sposób styka się z czymś innym – wchodzi z tym czymś w kontakt. Powstają interakcje, tworzy się relacja. Dłuższa relacja między świadomymi, wysoko rozwiniętymi istotami żywymi – to więź. Możemy nie życzyć sobie więzi, ale ilekroć istnieją jakieś współzależności i bliskość – więź powstaje. Automatycznie. Czy wpłynie na nasz rozwój, czy destrukcyjnie – to już inna sprawa.

W relacji skomplikowanych istot mamy do czynienia z podmiotami. Występuje wzajemność, znacząca symetria. Nikt nie jest trwale obiektem-przedmiotem, to niemożliwe. Życie to aktywność, a nasza aktywność spotka się z aktywnością innych, o ile odległość – w czasie, przestrzeni czy symboliczna – umożliwi nam uświadomienie sobie istnienia drugiego podmiotu lub licznych podmiotów relacji. Jakakolwiek bliskość rodzi kontakt. Rodzi interakcje, wzajemne oddziaływania. Nadawanie i odbiór. Jak dowodzą ludzkie doświadczenia życiowe – jakość relacji zasadniczo zależy od jakości komunikacji.

Jeśli przeczymy istnieniu relacji (co bywa mechanizmem obronnym, choć średnio sensownym), próbujemy odciąć się od partnera czy partnerów. Próbujemy przestać się dobrze komunikować albo przestać się komunikować w ogóle.

Wszyscy znamy konie, których właściciele w najlepszym razie regulują opłaty za pensjonat. Koni nie widują, z końmi się nie komunikują. Jakby tych koni nie było, jakby nie pozostawali z nimi w relacji. A przecież ta relacja nadal trwa. I każdy widzi, że mamy do czynienia z koniem zaniedbanym, porzuconym przez właściciela. Przeczenie relacjom nie prowadzi do niczego dobrego.

Ech, uparcie znosi mnie w kierunku stajni. Chciałbym powrócić do spraw międzyludzkich.

Otóż czasem, oczekując na trening, przeglądam różnorakie jeździeckie publikacje, na papierze i w sieci, słowne i obrazowe. I włos mi się jeży. Co się stało z naszą zdolnością i umiejętnością komunikacji? Do niedawna można było liczyć, że fachowy artykuł, np. o sprawach weterynaryjnych, jest sensowny, został napisany jako spójny i celowy przekaz. Już tak nie jest. Trudno się oprzeć wrażeniu, że cała przestrzeń komunikacji z wolna staje się przestrzenią antykomunikacji. Podejrzewam, że stało się tak z powodu przedziwnego zjawiska – kompletnego zaniku odpowiedzialności za słowo. Za przekaz, za komunikat. Rozumiem, że coraz gorzej z redakcją, z korektą. Ale do głowy by mi nie przyszło, żeby próbować opublikować cokolwiek bez jakiejkolwiek konsultacji z kimś krytycznym a zorientowanym w temacie. Widocznie coraz mniej publicystów ma tego typu skrupuły.

Trzeba nazwać rzecz po imieniu.  W przestrzeni komunikacyjnej roi się od steku bzdur, niechlujnych komunikatów, ukrytych (nieraz przed samym autorem) celów przekazu. Roi się od zupełnego lekceważenia konsekwencji publikacji, od braku refleksji, co odbierze partner komunikacji. Roi się też od manipulacji, a manipulacja nie jest komunikacją. Co się stało z odpowiedzialnością, kulturą, jakością, starannością, przyzwoitością, zasadami dyskusji i wieloma tego typu „archaicznymi” pojęciami? Owszem, sytuacja dzielnie służy rozwojowi poczucia humoru (typu boki zrywać), ale niczemu więcej.

Koniecznie trzeba wspomnieć, bo to jest bolesne, o zjawisku pochopnego dyskredytowania jak leci. Nie lubię? Konkurent? Kiedyś krzywo na mnie spojrzał? Podoba się mojej żonie/mężowi? Może zła opcja polityczna? Dawaj! Bez najmniejszych podstaw, bez cienia dowodów. Nie łudźmy się, drodzy koledzy i koleżanki koniarze. Ktokolwiek postępuje w ten sposób, wymyślając lub powtarzając oszczerstwa (nieprawdę) czy obmawiając (rozpowszechniając niekorzystną prawdę), zachowuje się jak uczeń czarnoksiężnika; sieje wiatr – zbierze burzę. Nie wiem, czy ktokolwiek z nas jest bez winy, ale gorąco apeluję: zaprzestańmy tego typu praktyk, zaprzestańmy wszyscy – bo szkodzą nam wszystkim. Przywróćmy odpowiedzialność za przekaz.

Co to ma do tematu treningu sportowego? Bardzo dużo. Wszystko. Nie ma treningu bez relacji z ludźmi. A w jeździectwie nie ma treningu bez relacji z końmi. Wszystko powyższe, oprócz tego że konie nie są autorami publikacji, można odnieść do relacji z końmi. Wszyscy wiemy, że wierzchowiec ma być „na pomocach”, „na kontakcie”. Prawidłowo by było: w kontakcie. Ma akceptować kontakt. Ale co to właściwie znaczy? Ktoś się nad tym głębiej zastanawiał? Czy na pewno pojmujemy, że jakość relacji z koniem, jakość wyniku sportowego zależy od jakości komunikacji? Od nieustannych aktów przekazu: nadawania i odbioru?

Zauważmy, że z przepisów i praktyki płynie prosty wniosek: najmocniej karany jest opór konia. Opór konia uniemożliwia jakikolwiek sukces. Opór konia prowadzi do klęski. Jest świadectwem, że komunikacja leży. Dyscypliny jeździeckie niczego nie testują tak mocno jak jakości komunikacji. W parze jeździeckiej rozmówców jest dwóch: jeździec i jego wierzchowiec. Żeby najstaranniej dobierać komunikaty do konia – nie ma gwarancji, że koń je właściwie odbierze. Ani że właściwie odpowie. Ani że my właściwie odbierzemy jego przekaz. Ani że właściwie zareagujemy. I tak sekunda po sekundzie, od pierwszego zbliżenia się do konia po kres.

Najlepszy jeździec nie pomoże, jeśli jego partner będzie głuchy. Najlepszy koń nie pomoże, jeśli jego partner będzie… tępy.

To jest istota kontaktu: dwie strony relacji skupione na jakości przekazu, na jakości nadawania i odbioru. Ktokolwiek nawiązał bezproblemową komunikację z koniem, ten ma wierzchowca bezproblemowego. O ile ktokolwiek taką nawiązał, bo komunikacja z końmi wiąże się z licznymi problemami.

Podstawowym jest odmienność… woli obu partnerów. Tak to już jest, że niechętnie odbieramy komunikaty, które nie są po naszej myśli, które wywołują dyskomfort. Koń sportowy (czy tylko wierzchowy) w sytuacji dyskomfortu jest często. Regularnie narażamy go na (zbędny z jego punktu widzenia) stres, dążymy do zaniku przejawów gatunkowych instynktów (np. stadnego czy rozrodczego). Koń chowany przez ludzi nie jest koniem w naturze. Nie ma takiej opcji, żeby nic od konika nie chcieć, co nie będzie po jego myśli. Zaczynając od ogrodzeń. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że nie ma konia, który pragnąłby kontaktu z pastuchem elektrycznym? I takiego, który nie byłby żywo zainteresowany trawą zieleńszą za płotem? A jeszcze pakują do pyska jakąś paskudną pastę, każą stać i podawać nogi… Kastrują! Zatem niekomfortowe ograniczenia woli napotyka także swobodny mieszkaniec pastwiska. Za to nie cierpi głodu i pragnienia i jest względnie bezpieczny od drapieżników innych niż człowiek.

Od wierzchowców wymagamy znacznie więcej. Od koni sportowych – jeszcze więcej. Układ jest prosty i sprawiedliwy: my żywimy konie i troszczymy się o nie, często ratujemy im życie i zdrowie – one mają dla nas pracować. I tu następuje główny punkt zabawy. Mają pracować chętnie! Ochoczo! Bo jeśli nie, to nic dobrego z tego nie wyjdzie. W najlepszym razie będzie raził widoczny brak ochoczości. W najgorszym – skrócimy życie konia. Albo – druga strona relacji – koń może nas zabić.

Tutaj wiele osób popełnia błąd, nie zastanawiając się nad kluczowym elementem relacji jeździec–koń. Nad kluczowym momentem komunikacji. Nad jakością odpowiedzi konia na nasze przekazy. Bo to odpowiedź konia na nasze przekazy jest najistotniejsza. Konia, który trafnie, bezbłędnie, żywo, natychmiastowo, ochoczo, subtelnie odpowiada na nasze komunikaty, nazywamy ujeżdżonym, przepuszczalnym, a w weście – broken horse.

To jakoś umyka teorii klasycznego jeździectwa – znaczenie natychmiastowej, trafnej i ochoczej odpowiedzi konia na nasze komunikaty. Bo to, że zrobimy wszystko, żeby koń zrozumiał nasze (trafne) komunikaty, że zrobimy wszystko, żeby dobrze zrozumieć odpowiedź konia, i ogólnie – przekaz od konia, wcale nie zapewnia odpowiedzi konia po naszej myśli. Czyni taką odpowiedź prawdopodobną, ale nie zapewnia. Bo jednak relacja z naszym końskim partnerem nie jest – ani być nie może – symetryczna. Bo po to koń jest koniem wierzchowym, aby słuchał człowieka, a nie po to, żeby człowiek słuchał konia. Bo to człowiek ma cele i wizje relacji, zna przyszłość, a koń jest (albo nie jest) tych wizji realizatorem. Przy czym każdy koń jest w stanie ludzkie wizje obrócić wniwecz.

Ostatnio porównuję wierzchowca do… kamerdynera. Ma być znakomicie wychowany, elegancki, doceniany i szczodrze wynagradzany, zadowolony ze swego życia, znacząco pomocny i wspierający, lojalny, kompetentny i sprawny. I ma być nieustannie gotowy jak najszybciej zrealizować każde rozsądne „polecenie służbowe”. W czasie pełnienia służby musi nasłuchiwać oczekiwań chlebodawcy. I musi się sprawnie porozumiewać. Musi być z nim… kontakt.

To wydaje mi się najtrafniejszym ujęciem relacji jeźdźca i konia sportowego. My jesteśmy ich… chlebodawcami. A rola konia jest (jednak) służebna.

Nie każdy koń z natury nadaje się do tego typu relacji. Jedne nadają się bardziej, inne mniej, inne – wcale. Z tych, które nie nadają się wcale – lepiej od razu rezygnować, by zaoszczędzić wszystkim głębokiej frustracji. Ale każdego konia, nawet najbardziej pod tym względem utalentowanego – należy w tym kierunku wykształcić.

Nasuwa się wieloznaczność słowa „słuchać”. Od razu widać dwa źródła problemów. Jedno to posłuszeństwo. Opór woli. Przyjaciel rodziny zwykł był mawiać: „Ja mam bardzo silną wolę, ilekroć chcę się nachlać – uda mi się na pewno!”. To był żart, ale poruszał bardzo ważną kwestię. Najmocniej motywuje nas to, co nam dostarcza czytelnej satysfakcji. Konie, z tego co o nich wiemy, nie są w stanie doznawać satysfakcji w bliżej nieokreślonej przyszłości. Zdecydowanie potrzebują czynników motywacyjnych tu i teraz, w możliwie krótkiej perspektywie czasowej. Motywowanie jest konieczne, bo inaczej wola (istoty żywo odczuwającej) będzie w naturalny sposób dążyć do komfortu, a trudno nazwać komfortem dla konia choćby odłączenie od stada, nie wspominając o środowisku hal Cavaliady. Każdy doświadczony jeździec zdaje sobie sprawę, że np. tak pożądane przez jeźdźców zaangażowanie zadu wcale nie jest chętnie przyjmowane przez konie, spotyka się z oporem, bo (przejściowo) wiąże się z dyskomfortem. Konie mają zwyczaj dość aktywnie oponować przeciwko skracaniu. Ba! Nie ma się co dziwić oporowi przeciw wszelkim naszym potrzebom gimnastykowania konia. To jest gimnastyka. Trzeba się trudzić, trzeba rozciągać i lekko nadwyrężać mięśnie (bez zmęczenia i regeneracji nie ma efektu treningowego, bez mikro-nadwyrężeń nie ma wzmocnienia). Tym ważniejsze jest takie prowadzenie procesu ujeżdżania, żeby koniowi zależało na jakości relacji z jeźdźcem na tyle, by łatwo przyjąć przejściowy, umiarkowany dyskomfort. Drugie wyjście to nastawić konia na upodobanie do danego zajęcia, i taki koń np. będzie skakał „jak zły”, nawet wbrew poczynaniom jeźdźca, ale jeśli w toku pracy nie rozwiniemy komunikacji (poprawności ze strony jeźdźca i responsu od konia), jej słaba jakość odbije się na wyższych poziomach sportu.

Tu ważna kwestia. Motywować (a może warunkować, zależnie od poglądów) możemy pasywnie albo aktywnie, bodźcem pożądanym (przyjemnością, ulgą itp.) albo niepożądanym, przykrym. Aktywna (aktywność ze strony, która motywuje) przyjemność to nagroda. Aktywna przykrość to kara – zdecydowanie, choć nie jest to jedyna forma kary. Nagrody stosujemy, gdy zależy nam na kontynuacji pożądanego zachowania. Kary stosujemy, gdy zachowanie nam się nie podoba. Chcemy, żeby nie występowało, żeby zanikło. Przy pasywności mamy do czynienia z samonagradzaniem się, samokaraniem konia. Np. przy lonżowaniu na wypinaczach nie musimy być aktywni, koń i tak odczuje komfort lub dyskomfort.

W języku behawioru mowa jest o wzmocnieniach. To jest łatwo zrozumieć. Wzmacniamy dążenie do powtórzenia pożądanej reakcji (choć da się, niebacznie, wzmocnić reakcje niepożądane). Wzmocnienie pozytywne to nagroda. Coś miłego po(!) miłej dla nas reakcji. Miły bodziec, który osobnik warunkowany może skojarzyć z reakcją. Co znaczy – pozytywne? Ano to, że występuje aktywny, dodany (znak plusa, pozytyw) bodziec. Nie to, że jest miło. Ani to, że reakcja pozytywna. Co zatem znaczy – negatywnie? Tylko to, że zaprzestajemy stosowania bodźca. Przestajemy dawać (coraz to inne) smaczki. Jest duża szansa, że pożądana reakcja konia, wcześniej stale wzmacniana smaczkami – zaniknie. Wygasimy ją negatywnie. Także wygasimy negatywnie niepożądaną reakcję szarpania za kieszeń, zaprzestając noszenia smaczków w kieszeni. Reakcja wygaśnie z czasem, gdy nie będzie wzmacniana.

A można wzmocnić negatywnie? Można. Usuwając przykry bodziec, gdy nastąpi pożądana (lub niepożądana, ale „tak wyszło”) reakcja. Koń w myjce. Chcemy, żeby stał spokojnie; koń odczuwa wodę z węża jako przykrość. Jeśli zaprzestaniemy polewania, gdy koń znieruchomieje – wzmocnimy reakcję nieruchomości. Wzmocnimy negatywnie. Odstawiając przykry bodziec. Jeśli będziemy trącać, drażnić łydką stojącego konia – a przestaniemy natychmiast, gdy ruszy, wzmocnimy negatywnie (zanik bodźca) reakcję ruszenia. Jeśli przestaniemy natychmiast gdy… stanie dęba – wzmocnimy stawanie dęba.

Karać (dążyć do zaprzestania niechcianej reakcji) też można pozytywnie i negatywnie. Pozytywnie – przykry bodziec po danym zachowaniu. Negatywnie – zaprzestanie traktowania miłym bodźcem po niechcianym zachowaniu. Czyli przestać miziać, gdy podopieczny zachowa się nieuprzejmie. To też jest kara. Negatywna. Nie ma gwarancji, że uda nam się danego konia poprawnie zmotywować/uwarunkować (choć szansa duża), a na pewno nie pomoże brak wiedzy, co jest odbierane jako bodziec przyjemny, a co jako przykry.

Pasywne czynniki motywujące (samomotywujące) i demotywujące niezwykle rozrabiają w przebiegu komunikacji i kierują wolę konia, bywa, zupełnie nie po ludzkiej myśli. Tak działają np. nałogi stajenne (samowzmacnianie), tak powstają uciążliwe narowy (kiedy konia przypadkiem spotyka dyskomfort, gdy zachowuje się słusznie). Podobno najskuteczniejsza kombinacja to słuszne reakcje wzmacniać pozytywnie miłymi bodźcami, a niesłusznych nie wzmacniać, dać im wygasnąć; ewentualnie pozwolić, by koń „karał się sam”, ale trzeba pamiętać, że konie są emocjonalnymi indywidualnościami i często „proponują” (komunikacja!) niestandardowy sposób motywowania.

Warto też wziąć pod uwagę, że teoria warunkowania nie jest jedyna; koni może dotyczyć także teoria oczekiwań, czyli w skrócie – szacowanie opłacalności własnego wysiłku w zestawieniu z możliwościami i otoczeniem wobec danego dążenia.

Drugi problem ze „słuchać” to… słuchać. Nasłuchiwać i słyszeć. Tu grzeszy wielu jeźdźców. Zarówno głuchotą na komunikaty ze strony konia, jak i radosnym pozwalaniem, żeby koń nie był w gotowości do przyjęcia komunikatu od jeźdźca, aby był głuchy. Głuchy na język pomocy jeździeckich, bo to nim przemawiamy do wierzchowca, w ten sposób się komunikujemy.

Zauważmy, ze komunikujemy się niebezpośrednio. Komunikujemy się za pośrednictwem sprzętu. Poprzez siodło, wodze, kiełzno, oficerki, ostrogi, bat. To są nośniki naszych (wzajemnych) komunikatów. Muszą działać bez pudła. Nieść przekaz bez zakłóceń. W tytule jest „język”. Nie tylko w znaczeniu nośnika komunikatów. Także w dosłownym. Niestety, wojujący z kiełznem język konia wystarczająco dowodzi, że z komunikacją jest źle. Z powodu niechęci konia (uwaga na dobór stawianych wymagań), niekompetentnych przekazów od jeźdźca lub złego nośnika informacji – czyli kiełzna. Koń, który akceptuje kontakt, przyjął też kiełzno. W pełni. Możemy się z nim bez problemu komunikować. Fizyczne oznaki przyjęcia kiełzna wiele mówią o jakości komunikacji, a jakość komunikacji – w tym stała gotowość konia do odebrania komunikatu i chętnej, poprawnej odpowiedzi – niezwykle wpływa na oznaki przyjęcia kiełzna. I tak wpływają na siebie jeździec – jego ciało i jego sprawy, koń – jego ciało i jego sprawy, w nieustannej drodze do wyrafinowanej komunikacji.

Na chwilę wrócę do „czysto ludzkiej” części artykułu. I powtórzę apel: przywróćmy odpowiedzialność za słowo. Za komunikację. Za język. W kontakcie z wierzchowcami – za język (przekaz) pomocy jeździeckich. Przy czym – to człowiek ponosi odpowiedzialność za jakość komunikacji. Nie koń.

Na koniec przytoczę strofę z pieśni piątej poematu Beniowski Juliusza Słowackiego:

Chodzi mi o to, aby język giętki

Powiedział wszystko, co pomyśli głowa:

A czasem był jak piorun jasny, prędki,

A czasem smutny jako pieśń stepowa,

A czasem jako skarga nimfy miętki,

A czasem piękny jak aniołów mowa…

Aby przeleciał wszystka ducha skrzydłem.

Strofa być winna taktem, nie wędzidłem.

Niekoniecznie z wielkiego upodobania do poezji. Szalenie ważny jest ostatni wers. Rytm jest podstawą jeździectwa, wraz z komunikacją.



Partner przy wydawaniu pisma
Prenumerata "Hodowcy i Jeźdźca" w wyjątkowej cenie! Teraz tylko 44 zł rocznie zamiast 75,96 zł.
Prenumerata "HiJ" się opłaca!

Reklama:

Ubezpieczenia
Ubezpieczenia
Monitoring Stajni
LEX HIPPICA
SO Sieraków
Jagodne
Cichondressage