Connect with us

Aby język gięt­ki…

Sport i wyścigi

Aby język gięt­ki…

tekst: Jan Skoczylas

Zapewne spo­dzie­wa­cie się, że rzecz będzie o akcep­ta­cji kieł­zna, o pomo­cach jeź­dziec­kich. Będzie, ale póź­niej. Zacznę od spraw tyl­ko pozor­nie nie­jeź­dziec­kich.

Cokolwiek, w jaki­kol­wiek spo­sób sty­ka się z czymś innym – wcho­dzi z tym czymś w kon­takt. Powstają inte­rak­cje, two­rzy się rela­cja. Dłuższa rela­cja mię­dzy świa­do­my­mi, wyso­ko roz­wi­nię­ty­mi isto­ta­mi żywy­mi – to więź. Możemy nie życzyć sobie wię­zi, ale ile­kroć ist­nie­ją jakieś współ­za­leż­no­ści i bli­skość – więź powsta­je. Automatycznie. Czy wpły­nie na nasz roz­wój, czy destruk­cyj­nie – to już inna spra­wa.

W rela­cji skom­pli­ko­wa­nych istot mamy do czy­nie­nia z pod­mio­ta­mi. Występuje wza­jem­ność, zna­czą­ca syme­tria. Nikt nie jest trwa­le obiek­tem-przed­mio­tem, to nie­moż­li­we. Życie to aktyw­ność, a nasza aktyw­ność spo­tka się z aktyw­no­ścią innych, o ile odle­głość – w cza­sie, prze­strze­ni czy sym­bo­licz­na – umoż­li­wi nam uświa­do­mie­nie sobie ist­nie­nia dru­gie­go pod­mio­tu lub licz­nych pod­mio­tów rela­cji. Jakakolwiek bli­skość rodzi kon­takt. Rodzi inte­rak­cje, wza­jem­ne oddzia­ły­wa­nia. Nadawanie i odbiór. Jak dowo­dzą ludz­kie doświad­cze­nia życio­we – jakość rela­cji zasad­ni­czo zale­ży od jako­ści komu­ni­ka­cji.

Jeśli prze­czy­my ist­nie­niu rela­cji (co bywa mecha­ni­zmem obron­nym, choć śred­nio sen­sow­nym), pró­bu­je­my odciąć się od part­ne­ra czy part­ne­rów. Próbujemy prze­stać się dobrze komu­ni­ko­wać albo prze­stać się komu­ni­ko­wać w ogó­le.

Wszyscy zna­my konie, któ­rych wła­ści­cie­le w naj­lep­szym razie regu­lu­ją opła­ty za pen­sjo­nat. Koni nie widu­ją, z koń­mi się nie komu­ni­ku­ją. Jakby tych koni nie było, jak­by nie pozo­sta­wa­li z nimi w rela­cji. A prze­cież ta rela­cja nadal trwa. I każ­dy widzi, że mamy do czy­nie­nia z koniem zanie­dba­nym, porzu­co­nym przez wła­ści­cie­la. Przeczenie rela­cjom nie pro­wa­dzi do nicze­go dobre­go.

Ech, upar­cie zno­si mnie w kie­run­ku staj­ni. Chciałbym powró­cić do spraw mię­dzy­ludz­kich.

Otóż cza­sem, ocze­ku­jąc na tre­ning, prze­glą­dam róż­no­ra­kie jeź­dziec­kie publi­ka­cje, na papie­rze i w sie­ci, słow­ne i obra­zo­we. I włos mi się jeży. Co się sta­ło z naszą zdol­no­ścią i umie­jęt­no­ścią komu­ni­ka­cji? Do nie­daw­na moż­na było liczyć, że facho­wy arty­kuł, np. o spra­wach wete­ry­na­ryj­nych, jest sen­sow­ny, został napi­sa­ny jako spój­ny i celo­wy prze­kaz. Już tak nie jest. Trudno się oprzeć wra­że­niu, że cała prze­strzeń komu­ni­ka­cji z wol­na sta­je się prze­strze­nią anty­ko­mu­ni­ka­cji. Podejrzewam, że sta­ło się tak z powo­du prze­dziw­ne­go zja­wi­ska – kom­plet­ne­go zani­ku odpo­wie­dzial­no­ści za sło­wo. Za prze­kaz, za komu­ni­kat. Rozumiem, że coraz gorzej z redak­cją, z korek­tą. Ale do gło­wy by mi nie przy­szło, żeby pró­bo­wać opu­bli­ko­wać cokol­wiek bez jakiej­kol­wiek kon­sul­ta­cji z kimś kry­tycz­nym a zorien­to­wa­nym w tema­cie. Widocznie coraz mniej publi­cy­stów ma tego typu skru­pu­ły.

Trzeba nazwać rzecz po imie­niu.  W prze­strze­ni komu­ni­ka­cyj­nej roi się od ste­ku bzdur, nie­chluj­nych komu­ni­ka­tów, ukry­tych (nie­raz przed samym auto­rem) celów prze­ka­zu. Roi się od zupeł­ne­go lek­ce­wa­że­nia kon­se­kwen­cji publi­ka­cji, od bra­ku reflek­sji, co odbie­rze part­ner komu­ni­ka­cji. Roi się też od mani­pu­la­cji, a mani­pu­la­cja nie jest komu­ni­ka­cją. Co się sta­ło z odpo­wie­dzial­no­ścią, kul­tu­rą, jako­ścią, sta­ran­no­ścią, przy­zwo­ito­ścią, zasa­da­mi dys­ku­sji i wie­lo­ma tego typu „archa­icz­ny­mi” poję­cia­mi? Owszem, sytu­acja dziel­nie słu­ży roz­wo­jo­wi poczu­cia humo­ru (typu boki zry­wać), ale nicze­mu wię­cej.

Koniecznie trze­ba wspo­mnieć, bo to jest bole­sne, o zja­wi­sku pochop­ne­go dys­kre­dy­to­wa­nia jak leci. Nie lubię? Konkurent? Kiedyś krzy­wo na mnie spoj­rzał? Podoba się mojej żonie/mężowi? Może zła opcja poli­tycz­na? Dawaj! Bez naj­mniej­szych pod­staw, bez cie­nia dowo­dów. Nie łudź­my się, dro­dzy kole­dzy i kole­żan­ki konia­rze. Ktokolwiek postę­pu­je w ten spo­sób, wymy­śla­jąc lub powta­rza­jąc oszczer­stwa (nie­praw­dę) czy obma­wia­jąc (roz­po­wszech­nia­jąc nie­ko­rzyst­ną praw­dę), zacho­wu­je się jak uczeń czar­no­księż­ni­ka; sie­je wiatr – zbie­rze burzę. Nie wiem, czy kto­kol­wiek z nas jest bez winy, ale gorą­co ape­lu­ję: zaprze­stań­my tego typu prak­tyk, zaprze­stań­my wszy­scy – bo szko­dzą nam wszyst­kim. Przywróćmy odpo­wie­dzial­ność za prze­kaz.

Co to ma do tema­tu tre­nin­gu spor­to­we­go? Bardzo dużo. Wszystko. Nie ma tre­nin­gu bez rela­cji z ludź­mi. A w jeź­dziec­twie nie ma tre­nin­gu bez rela­cji z koń­mi. Wszystko powyż­sze, oprócz tego że konie nie są auto­ra­mi publi­ka­cji, moż­na odnieść do rela­cji z koń­mi. Wszyscy wie­my, że wierz­cho­wiec ma być „na pomo­cach”, „na kon­tak­cie”. Prawidłowo by było: w kon­tak­cie. Ma akcep­to­wać kon­takt. Ale co to wła­ści­wie zna­czy? Ktoś się nad tym głę­biej zasta­na­wiał? Czy na pew­no poj­mu­je­my, że jakość rela­cji z koniem, jakość wyni­ku spor­to­we­go zale­ży od jako­ści komu­ni­ka­cji? Od nie­ustan­nych aktów prze­ka­zu: nada­wa­nia i odbio­ru?

Zauważmy, że z prze­pi­sów i prak­ty­ki pły­nie pro­sty wnio­sek: naj­moc­niej kara­ny jest opór konia. Opór konia unie­moż­li­wia jaki­kol­wiek suk­ces. Opór konia pro­wa­dzi do klę­ski. Jest świa­dec­twem, że komu­ni­ka­cja leży. Dyscypliny jeź­dziec­kie nicze­go nie testu­ją tak moc­no jak jako­ści komu­ni­ka­cji. W parze jeź­dziec­kiej roz­mów­ców jest dwóch: jeź­dziec i jego wierz­cho­wiec. Żeby naj­sta­ran­niej dobie­rać komu­ni­ka­ty do konia – nie ma gwa­ran­cji, że koń je wła­ści­wie odbie­rze. Ani że wła­ści­wie odpo­wie. Ani że my wła­ści­wie odbie­rze­my jego prze­kaz. Ani że wła­ści­wie zare­agu­je­my. I tak sekun­da po sekun­dzie, od pierw­sze­go zbli­że­nia się do konia po kres.

Najlepszy jeź­dziec nie pomo­że, jeśli jego part­ner będzie głu­chy. Najlepszy koń nie pomo­że, jeśli jego part­ner będzie… tępy.

To jest isto­ta kon­tak­tu: dwie stro­ny rela­cji sku­pio­ne na jako­ści prze­ka­zu, na jako­ści nada­wa­nia i odbio­ru. Ktokolwiek nawią­zał bez­pro­ble­mo­wą komu­ni­ka­cję z koniem, ten ma wierz­chow­ca bez­pro­ble­mo­we­go. O ile kto­kol­wiek taką nawią­zał, bo komu­ni­ka­cja z koń­mi wią­że się z licz­ny­mi pro­ble­ma­mi.

Podstawowym jest odmien­ność… woli obu part­ne­rów. Tak to już jest, że nie­chęt­nie odbie­ra­my komu­ni­ka­ty, któ­re nie są po naszej myśli, któ­re wywo­łu­ją dys­kom­fort. Koń spor­to­wy (czy tyl­ko wierz­cho­wy) w sytu­acji dys­kom­for­tu jest czę­sto. Regularnie nara­ża­my go na (zbęd­ny z jego punk­tu widze­nia) stres, dąży­my do zani­ku prze­ja­wów gatun­ko­wych instynk­tów (np. stad­ne­go czy roz­rod­cze­go). Koń cho­wa­ny przez ludzi nie jest koniem w natu­rze. Nie ma takiej opcji, żeby nic od koni­ka nie chcieć, co nie będzie po jego myśli. Zaczynając od ogro­dzeń. Chyba nikt nie ma wąt­pli­wo­ści, że nie ma konia, któ­ry pra­gnął­by kon­tak­tu z pastu­chem elek­trycz­nym? I takie­go, któ­ry nie był­by żywo zain­te­re­so­wa­ny tra­wą zie­leń­szą za pło­tem? A jesz­cze paku­ją do pyska jakąś paskud­ną pastę, każą stać i poda­wać nogi… Kastrują! Zatem nie­kom­for­to­we ogra­ni­cze­nia woli napo­ty­ka tak­że swo­bod­ny miesz­ka­niec pastwi­ska. Za to nie cier­pi gło­du i pra­gnie­nia i jest względ­nie bez­piecz­ny od dra­pież­ni­ków innych niż czło­wiek.

Od wierz­chow­ców wyma­ga­my znacz­nie wię­cej. Od koni spor­to­wych – jesz­cze wię­cej. Układ jest pro­sty i spra­wie­dli­wy: my żywi­my konie i trosz­czy­my się o nie, czę­sto ratu­je­my im życie i zdro­wie – one mają dla nas pra­co­wać. I tu nastę­pu­je głów­ny punkt zaba­wy. Mają pra­co­wać chęt­nie! Ochoczo! Bo jeśli nie, to nic dobre­go z tego nie wyj­dzie. W naj­lep­szym razie będzie raził widocz­ny brak ocho­czo­ści. W naj­gor­szym – skró­ci­my życie konia. Albo – dru­ga stro­na rela­cji – koń może nas zabić.

Tutaj wie­le osób popeł­nia błąd, nie zasta­na­wia­jąc się nad klu­czo­wym ele­men­tem rela­cji jeź­dziec – koń. Nad klu­czo­wym momen­tem komu­ni­ka­cji. Nad jako­ścią odpo­wie­dzi konia na nasze prze­ka­zy. Bo to odpo­wiedź konia na nasze prze­ka­zy jest naj­istot­niej­sza. Konia, któ­ry traf­nie, bez­błęd­nie, żywo, natych­mia­sto­wo, ocho­czo, sub­tel­nie odpo­wia­da na nasze komu­ni­ka­ty, nazy­wa­my ujeż­dżo­nym, prze­pusz­czal­nym, a w weście – bro­ken hor­se.

To jakoś umy­ka teo­rii kla­sycz­ne­go jeź­dziec­twa – zna­cze­nie natych­mia­sto­wej, traf­nej i ocho­czej odpo­wie­dzi konia na nasze komu­ni­ka­ty. Bo to, że zro­bi­my wszyst­ko, żeby koń zro­zu­miał nasze (traf­ne) komu­ni­ka­ty, że zro­bi­my wszyst­ko, żeby dobrze zro­zu­mieć odpo­wiedź konia, i ogól­nie – prze­kaz od konia, wca­le nie zapew­nia odpo­wie­dzi konia po naszej myśli. Czyni taką odpo­wiedź praw­do­po­dob­ną, ale nie zapew­nia. Bo jed­nak rela­cja z naszym koń­skim part­ne­rem nie jest – ani być nie może – syme­trycz­na. Bo po to koń jest koniem wierz­cho­wym, aby słu­chał czło­wie­ka, a nie po to, żeby czło­wiek słu­chał konia. Bo to czło­wiek ma cele i wizje rela­cji, zna przy­szłość, a koń jest (albo nie jest) tych wizji reali­za­to­rem. Przy czym każ­dy koń jest w sta­nie ludz­kie wizje obró­cić wni­wecz.

Ostatnio porów­nu­ję wierz­chow­ca do… kamer­dy­ne­ra. Ma być zna­ko­mi­cie wycho­wa­ny, ele­ganc­ki, doce­nia­ny i szczo­drze wyna­gra­dza­ny, zado­wo­lo­ny ze swe­go życia, zna­czą­co pomoc­ny i wspie­ra­ją­cy, lojal­ny, kom­pe­tent­ny i spraw­ny. I ma być nie­ustan­nie goto­wy jak naj­szyb­ciej zre­ali­zo­wać każ­de roz­sąd­ne „pole­ce­nie służ­bo­we”. W cza­sie peł­nie­nia służ­by musi nasłu­chi­wać ocze­ki­wań chle­bo­daw­cy. I musi się spraw­nie poro­zu­mie­wać. Musi być z nim… kon­takt.

To wyda­je mi się naj­traf­niej­szym uję­ciem rela­cji jeźdź­ca i konia spor­to­we­go. My jeste­śmy ich… chle­bo­daw­ca­mi. A rola konia jest (jed­nak) słu­żeb­na.

Nie każ­dy koń z natu­ry nada­je się do tego typu rela­cji. Jedne nada­ją się bar­dziej, inne mniej, inne – wca­le. Z tych, któ­re nie nada­ją się wca­le – lepiej od razu rezy­gno­wać, by zaosz­czę­dzić wszyst­kim głę­bo­kiej fru­stra­cji. Ale każ­de­go konia, nawet naj­bar­dziej pod tym wzglę­dem uta­len­to­wa­ne­go – nale­ży w tym kie­run­ku wykształ­cić.

Nasuwa się wie­lo­znacz­ność sło­wa „słu­chać”. Od razu widać dwa źró­dła pro­ble­mów. Jedno to posłu­szeń­stwo. Opór woli. Przyjaciel rodzi­ny zwykł był mawiać: „Ja mam bar­dzo sil­ną wolę, ile­kroć chcę się nachlać – uda mi się na pew­no!”. To był żart, ale poru­szał bar­dzo waż­ną kwe­stię. Najmocniej moty­wu­je nas to, co nam dostar­cza czy­tel­nej satys­fak­cji. Konie, z tego co o nich wie­my, nie są w sta­nie dozna­wać satys­fak­cji w bli­żej nie­okre­ślo­nej przy­szło­ści. Zdecydowanie potrze­bu­ją czyn­ni­ków moty­wa­cyj­nych tu i teraz, w moż­li­wie krót­kiej per­spek­ty­wie cza­so­wej. Motywowanie jest koniecz­ne, bo ina­czej wola (isto­ty żywo odczu­wa­ją­cej) będzie w natu­ral­ny spo­sób dążyć do kom­for­tu, a trud­no nazwać kom­for­tem dla konia choć­by odłą­cze­nie od sta­da, nie wspo­mi­na­jąc o śro­do­wi­sku hal Cavaliady. Każdy doświad­czo­ny jeź­dziec zda­je sobie spra­wę, że np. tak pożą­da­ne przez jeźdź­ców zaan­ga­żo­wa­nie zadu wca­le nie jest chęt­nie przyj­mo­wa­ne przez konie, spo­ty­ka się z opo­rem, bo (przej­ścio­wo) wią­że się z dys­kom­for­tem. Konie mają zwy­czaj dość aktyw­nie opo­no­wać prze­ciw­ko skra­ca­niu. Ba! Nie ma się co dzi­wić opo­ro­wi prze­ciw wszel­kim naszym potrze­bom gim­na­sty­ko­wa­nia konia. To jest gim­na­sty­ka. Trzeba się tru­dzić, trze­ba roz­cią­gać i lek­ko nad­wy­rę­żać mię­śnie (bez zmę­cze­nia i rege­ne­ra­cji nie ma efek­tu tre­nin­go­we­go, bez mikro-nad­wy­rę­żeń nie ma wzmoc­nie­nia). Tym waż­niej­sze jest takie pro­wa­dze­nie pro­ce­su ujeż­dża­nia, żeby konio­wi zale­ża­ło na jako­ści rela­cji z jeźdź­cem na tyle, by łatwo przy­jąć przej­ścio­wy, umiar­ko­wa­ny dys­kom­fort. Drugie wyj­ście to nasta­wić konia na upodo­ba­nie do dane­go zaję­cia, i taki koń np. będzie ska­kał „jak zły”, nawet wbrew poczy­na­niom jeźdź­ca, ale jeśli w toku pra­cy nie roz­wi­nie­my komu­ni­ka­cji (popraw­no­ści ze stro­ny jeźdź­ca i respon­su od konia), jej sła­ba jakość odbi­je się na wyż­szych pozio­mach spor­tu.

Tu waż­na kwe­stia. Motywować (a może warun­ko­wać, zależ­nie od poglą­dów) może­my pasyw­nie albo aktyw­nie, bodź­cem pożą­da­nym (przy­jem­no­ścią, ulgą itp.) albo nie­po­żą­da­nym, przy­krym. Aktywna (aktyw­ność ze stro­ny, któ­ra moty­wu­je) przy­jem­ność to nagro­da. Aktywna przy­krość to kara – zde­cy­do­wa­nie, choć nie jest to jedy­na for­ma kary. Nagrody sto­su­je­my, gdy zale­ży nam na kon­ty­nu­acji pożą­da­ne­go zacho­wa­nia. Kary sto­su­je­my, gdy zacho­wa­nie nam się nie podo­ba. Chcemy, żeby nie wystę­po­wa­ło, żeby zani­kło. Przy pasyw­no­ści mamy do czy­nie­nia z samo­na­gra­dza­niem się, samo­ka­ra­niem konia. Np. przy lon­żo­wa­niu na wypi­na­czach nie musi­my być aktyw­ni, koń i tak odczu­je kom­fort lub dys­kom­fort.

W języ­ku beha­wio­ru mowa jest o wzmoc­nie­niach. To jest łatwo zro­zu­mieć. Wzmacniamy dąże­nie do powtó­rze­nia pożą­da­nej reak­cji (choć da się, nie­bacz­nie, wzmoc­nić reak­cje nie­po­żą­da­ne). Wzmocnienie pozy­tyw­ne to nagro­da. Coś miłe­go po(!) miłej dla nas reak­cji. Miły bodziec, któ­ry osob­nik warun­ko­wa­ny może sko­ja­rzyć z reak­cją. Co zna­czy – pozy­tyw­ne? Ano to, że wystę­pu­je aktyw­ny, doda­ny (znak plu­sa, pozy­tyw) bodziec. Nie to, że jest miło. Ani to, że reak­cja pozy­tyw­na. Co zatem zna­czy – nega­tyw­nie? Tylko to, że zaprze­sta­je­my sto­so­wa­nia bodź­ca. Przestajemy dawać (coraz to inne) smacz­ki. Jest duża szan­sa, że pożą­da­na reak­cja konia, wcze­śniej sta­le wzmac­nia­na smacz­ka­mi – zanik­nie. Wygasimy ją nega­tyw­nie. Także wyga­si­my nega­tyw­nie nie­po­żą­da­ną reak­cję szar­pa­nia za kie­szeń, zaprze­sta­jąc nosze­nia smacz­ków w kie­sze­ni. Reakcja wyga­śnie z cza­sem, gdy nie będzie wzmac­nia­na.

A moż­na wzmoc­nić nega­tyw­nie? Można. Usuwając przy­kry bodziec, gdy nastą­pi pożą­da­na (lub nie­po­żą­da­na, ale „tak wyszło”) reak­cja. Koń w myj­ce. Chcemy, żeby stał spo­koj­nie; koń odczu­wa wodę z węża jako przy­krość. Jeśli zaprze­sta­nie­my pole­wa­nia, gdy koń znie­ru­cho­mie­je – wzmoc­ni­my reak­cję nie­ru­cho­mo­ści. Wzmocnimy nega­tyw­nie. Odstawiając przy­kry bodziec. Jeśli będzie­my trą­cać, draż­nić łyd­ką sto­ją­ce­go konia – a prze­sta­nie­my natych­miast, gdy ruszy, wzmoc­ni­my nega­tyw­nie (zanik bodź­ca) reak­cję rusze­nia. Jeśli prze­sta­nie­my natych­miast gdy… sta­nie dęba – wzmoc­ni­my sta­wa­nie dęba.

Karać (dążyć do zaprze­sta­nia nie­chcia­nej reak­cji) też moż­na pozy­tyw­nie i nega­tyw­nie. Pozytywnie – przy­kry bodziec po danym zacho­wa­niu. Negatywnie – zaprze­sta­nie trak­to­wa­nia miłym bodź­cem po nie­chcia­nym zacho­wa­niu. Czyli prze­stać miziać, gdy pod­opiecz­ny zacho­wa się nie­uprzej­mie. To też jest kara. Negatywna. Nie ma gwa­ran­cji, że uda nam się dane­go konia popraw­nie zmotywować/uwarunkować (choć szan­sa duża), a na pew­no nie pomo­że brak wie­dzy, co jest odbie­ra­ne jako bodziec przy­jem­ny, a co jako przy­kry.

Pasywne czyn­ni­ki moty­wu­ją­ce (samo­mo­ty­wu­ją­ce) i demo­ty­wu­ją­ce nie­zwy­kle roz­ra­bia­ją w prze­bie­gu komu­ni­ka­cji i kie­ru­ją wolę konia, bywa, zupeł­nie nie po ludz­kiej myśli. Tak dzia­ła­ją np. nało­gi sta­jen­ne (samo­wzmac­nia­nie), tak powsta­ją uciąż­li­we naro­wy (kie­dy konia przy­pad­kiem spo­ty­ka dys­kom­fort, gdy zacho­wu­je się słusz­nie). Podobno naj­sku­tecz­niej­sza kom­bi­na­cja to słusz­ne reak­cje wzmac­niać pozy­tyw­nie miły­mi bodź­ca­mi, a nie­słusz­nych nie wzmac­niać, dać im wyga­snąć; ewen­tu­al­nie pozwo­lić, by koń „karał się sam”, ale trze­ba pamię­tać, że konie są emo­cjo­nal­ny­mi indy­wi­du­al­no­ścia­mi i czę­sto „pro­po­nu­ją” (komu­ni­ka­cja!) nie­stan­dar­do­wy spo­sób moty­wo­wa­nia.

Warto też wziąć pod uwa­gę, że teo­ria warun­ko­wa­nia nie jest jedy­na; koni może doty­czyć tak­że teo­ria ocze­ki­wań, czy­li w skró­cie – sza­co­wa­nie opła­cal­no­ści wła­sne­go wysił­ku w zesta­wie­niu z moż­li­wo­ścia­mi i oto­cze­niem wobec dane­go dąże­nia.

Drugi pro­blem ze „słu­chać” to… słu­chać. Nasłuchiwać i sły­szeć. Tu grze­szy wie­lu jeźdź­ców. Zarówno głu­cho­tą na komu­ni­ka­ty ze stro­ny konia, jak i rado­snym pozwa­la­niem, żeby koń nie był w goto­wo­ści do przy­ję­cia komu­ni­ka­tu od jeźdź­ca, aby był głu­chy. Głuchy na język pomo­cy jeź­dziec­kich, bo to nim prze­ma­wia­my do wierz­chow­ca, w ten spo­sób się komu­ni­ku­je­my.

Zauważmy, ze komu­ni­ku­je­my się nie­bez­po­śred­nio. Komunikujemy się za pośred­nic­twem sprzę­tu. Poprzez sio­dło, wodze, kieł­zno, ofi­cer­ki, ostro­gi, bat. To są nośni­ki naszych (wza­jem­nych) komu­ni­ka­tów. Muszą dzia­łać bez pudła. Nieść prze­kaz bez zakłó­ceń. W tytu­le jest „język”. Nie tyl­ko w zna­cze­niu nośni­ka komu­ni­ka­tów. Także w dosłow­nym. Niestety, woju­ją­cy z kieł­znem język konia wystar­cza­ją­co dowo­dzi, że z komu­ni­ka­cją jest źle. Z powo­du nie­chę­ci konia (uwa­ga na dobór sta­wia­nych wyma­gań), nie­kom­pe­tent­nych prze­ka­zów od jeźdź­ca lub złe­go nośni­ka infor­ma­cji – czy­li kieł­zna. Koń, któ­ry akcep­tu­je kon­takt, przy­jął też kieł­zno. W peł­ni. Możemy się z nim bez pro­ble­mu komu­ni­ko­wać. Fizyczne ozna­ki przy­ję­cia kieł­zna wie­le mówią o jako­ści komu­ni­ka­cji, a jakość komu­ni­ka­cji – w tym sta­ła goto­wość konia do ode­bra­nia komu­ni­ka­tu i chęt­nej, popraw­nej odpo­wie­dzi – nie­zwy­kle wpły­wa na ozna­ki przy­ję­cia kieł­zna. I tak wpły­wa­ją na sie­bie jeź­dziec – jego cia­ło i jego spra­wy, koń – jego cia­ło i jego spra­wy, w nie­ustan­nej dro­dze do wyra­fi­no­wa­nej komu­ni­ka­cji.

Na chwi­lę wró­cę do „czy­sto ludz­kiej” czę­ści arty­ku­łu. I powtó­rzę apel: przy­wróć­my odpo­wie­dzial­ność za sło­wo. Za komu­ni­ka­cję. Za język. W kon­tak­cie z wierz­chow­ca­mi – za język (prze­kaz) pomo­cy jeź­dziec­kich. Przy czym – to czło­wiek pono­si odpo­wie­dzial­ność za jakość komu­ni­ka­cji. Nie koń.

Na koniec przy­to­czę stro­fę z pie­śni pią­tej poema­tu Beniowski Juliusza Słowackiego:

Chodzi mi o to, aby język gięt­ki

Powiedział wszyst­ko, co pomy­śli gło­wa:

A cza­sem był jak pio­run jasny, pręd­ki,

A cza­sem smut­ny jako pieśń ste­po­wa,

A cza­sem jako skar­ga nim­fy mięt­ki,

A cza­sem pięk­ny jak anio­łów mowa…

Aby prze­le­ciał wszyst­ka ducha skrzy­dłem.

Strofa być win­na tak­tem, nie wędzi­dłem.

Niekoniecznie z wiel­kie­go upodo­ba­nia do poezji. Szalenie waż­ny jest ostat­ni wers. Rytm jest pod­sta­wą jeź­dziec­twa, wraz z komu­ni­ka­cją.

Więcej w Sport i wyścigi

Na górę